sobota, 23 lutego 2013

Zaraz Wracam Bistro Łódź - tarta grzechu warta!


            Jeżeli zawsze szukałeś lokalu w ścisłym centrum Łodzi, który serwowałby wyśmienite, nietuzinkowe dania w przystępnych cenach, będąc jednocześnie miejscem przytulnym, cechującym się niepowtarzalnym klimatem i atmosferą, to nie musisz dalej szukać! Bistro Zaraz Wracam spełni wszystkie Twoje oczekiwania, a nazwa lokalu jest jak najbardziej trafna. Jestem bowiem pewien, że na Piotrkowską 101, gdzie mieści się knajpka, wrócisz nie raz! Po trzech wizytach napiszę jednak coś więcej.
            Bistro, choć mieście się w podwórzu, w sezonie letnim wita klienta niewielkim, jednakże uroczym ogródkiem. Wewnątrz jest jeszcze lepiej - przytulnie, nastrojowo i schludnie. To idealne miejsce na odpoczynek od miejskiego zgiełku. Po prawo od wejścia znajduje się wspaniale urządzony bar z licznymi buteleczkami, słoiczkami, filiżankami i talerzykami z ciasteczkami. Uwagę przyciąga też duża tablica w wypisanym kolorowymi kredami menu i przykryta kloszem patera z bajecznymi wypiekami. Zasiąść przyjdzie nam zaś na różnej maści krzesłach z poduszeczkami przy kwadratowych lub okrągłych, postarzanych stolikach. Znalazło się nawet miejsce na pianino i artystyczną grafikę na głównej ścianie. Całość lokalu utrzymana jest w odcieniach brązu i czerni, z dodatkiem czerwieni, co w połączeniu z ciepłym, żółtym oświetleniem czyni ten lokal jednym z najbardziej przytulnych miejsc w Łodzi, szczególnie w zimowe wieczory w sezonie świątecznym, gdy całość dopełnia piękna świąteczna dekoracja i spokojna muzyka.


            Jak na bistro przystało, dania zamawiamy przy barze, po ich odbiór nie musimy się jednak już fatygować, miła i fachowa obsługa przyniesie je bowiem do stolika. A jak prezentuje się menu? Doskonale! Niech nikogo nie zmyli słowo bistro w nazwie, w Zaraz Wracam nie uświadczymy bowiem oklepanego mielonego i pomidorówki, a dużo ciekawsze dla podniebienia pozycje. Znajdzie się między innymi warzywna zupa z soczewicy, zupa szpinakowa z parmezanem, gulasz czy żeberka w sosie korzennym. Część dań zmienia się w zależności od sezonu. Bogata jest oferta sałatek, jednakże specjalnością lokalu są tarty. Jeżeli jesteś ich fanem (a nawet jeżeli nie), koniecznie odwiedź Zaraz Wracam! To z pewnością najlepszy lokal oferujący te dania w mieście.
            Polecę w pierwszej kolejności to co sam jadłem, czyli tarte z konfiturą cebulową, grillowanym kurczakiem i gorgonzolą, tartę z chorizo, pieczoną papryką i czerwoną cebulą czy tartę z grillowanym bakłażanem, pastą z suszonych pomidorów i taleggio. Każda porcja podawana jest na liściach sałaty lodowej polanej kapitalnym sosem miodowo-musztardowym. Ciasto jest kruche a farsz zawsze smaczny i pięknie skomponowany, wszystko łączy się bowiem w rewelacyjną całość! Na dodatek, choć porcje nie wydają się ogromne, zawsze w pełni zaspokajają mój apetyt! Poza tartami na słono, kuszą również te na słodko, jak i wszystkie inne desery.


           Dajmy na przykład, taka tarta orzechowo-śliwkowa, czy sernik z białą czekoladą i suszoną żurawiną...niebo w gębie! Od siebie polecę również rozgrzewającą czekoladę z chilli i liczne piwa regionalne. Tak, Zaraz Wracam też je bowiem serwuje. Na dodatek wybór jest szeroki i nie kończy się na znanych już piwach cytrynowych czy grejpfrutowych, a na piwie Orkiszowym z Czosnkiem czy Magnusie o smaku Cappuccino i czekolady. Czego chcieć więcej?
            Otóż to, lokal praktycznie spełnia wszystkie moje oczekiwania. Do ładnego, przytulnego wystroju, sympatycznej obsługi i pysznych dań, dochodzi bowiem również krótki czas oczekiwania na zamówienie i niewygórowane ceny. Tarty w Zaraz Wracam, choć warte są każdych pieniędzy, kosztują 15zł, nieco tańsze są sałatki, za napoje i desery również nie przyjdzie zapłacić zbyt wygórowanej kwoty (piwko od piątaka wzwyż). I o to właśnie chodzi!
Lokal jest idealnym przykładem na to, że na kulinarnej mapie Łodzi znajdzie się miejsce, do którego nie można mieć żadnych zastrzeżeń. Miejsce w którym każdy zje i poczuje się jak u siebie w domu i do którego zaraz będzie chciał wracać. Za to należą się właścicielom i obsłudze najwyższe słowa uznania i duże brawa!


POLUB NAS RÓWNIEŻ NA FACEBOOK'U: Food Fetish po łódzku

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego logo jak i zdjęć lokalu i potraw. Pochodzą one z oficjalnej strony restauracji. Więcej na:
Oficjalna strona na Facebook'u i http://www.zarazwracambistro.pl/

środa, 30 stycznia 2013

Pozytyvka Łódź - pozytywka, negatywka?


Usytuowana w ścisłym centrum miasta Łodzi jak i samej ulicy Piotrkowskiej, naleśnikarnia Pozytyvka jest bezpośrednią konkurencją dla znajdującego się nieopodal, dobrze znanego i lubianego przez łodziaków Manekina. Czy mieszczący się na parterze reprezentacyjnego Grand Hotelu lokal ma szansę powalczyć o pierwsze miejsce lub chociaż pozycję w czołówce łódzkich naleśnikarnio-pierogarni? Po trzech wizytach postaram się odpowiedzieć na to pytanie.
Za każdym razem, od wejścia witały mnie miłe i sympatyczne, choć nieco nadpobudliwe kelnerki, pragnące niemalże po sekundzie od przekroczenia progu lokalu pokierować mnie do stolika. Gdy już przyszło zając mi miejsce, nadszedł czas na przyjrzenie się wystrojowi. Ten jest estetyczny, stonowany i bardzo poprawny. W gruncie rzeczy nie wyróżnia się ani negatywnie, ani pozytywnie. Na ścianach duże fototapety z czarno-białymi zdjęciami z lat 50-60 w Stanach, na sufitach obszerne, dające przyjemne światło lampy i fajnie rozpięte płaszczyzny pokryte stronami gazet. Poza tym, w lokalu dominują beże i brązy. Wyróżnia się jeszcze otwarta kuchnia z dużym, fajnym logo Pozytyvka.


Zastanawiam się czy „v” zamiast „w” w nazwie to zwykłe widzimisię właściciela, czy też zabieg celowy, mający na przykład zwrócić większą uwagę obcokrajowców na lokal. Chyba jednak nie, o czym przekonałem się podczas jednej z wizyt z moim znajomym z Turcji. Wydawało mi się, że lokal mieszczący się na parterze jednego z najbardziej znanych hoteli w mieście będzie miał w swoim posiadaniu angielskie menu, nadzieje okazały się jednak płonne – menu tylko po polsku...
A co w menu? – po pierwsze spory bałagan. Ciężko się tutaj połapać i szybko odnaleźć to, na co akurat mięlibyśmy ochotę, szczególnie że oferta jest obszerna, w moim odczuciu, zbyt obszerna. Znajdziemy oczywiście naleśniki na słodko i słono i pierogi, lecz także przystawki, przekąski, zupy, sałatki, uszka, spaghetti, desery, napoje ciepłe, zimne i alkoholowe. Widać, że Pozytyvka chciała zaprezentować nieco odbiegające od Manekinowego menu, jest ono z pewnością bogatsze (chociażby o pierogi), ale czy oferowane dania stoją na podobnym poziomie? Przekonajmy się!


Na pierwszy ogień poszła zupa cebulowa – podana po jakiś 10 minutach, była świetna! Wyrazista w smaku, rozgrzewająca, z dużą ilością sera i grzankami, a na dodatek pięknie zaserwowana. Płynnym serem polano bowiem brzegi miseczki - po zastygnięciu wyglądało to bardzo ciekawie i apetycznie. Kolejna wizyta to naleśniki z kurczakiem, pieczarkami, ananasem i warzywami. Porcja nieco mniejsza niż u konkurencji, niestety również mniej smaczna. Było co najwyżej poprawnie, ciasto od naleśników dobre, niegumiaste, ale całość nie miała zbyt wyraźnego smaku i była sucha, sprawę ratował jedynie sos. Ostatnia wizyta upłynęła pod hasłem pierogów. Klasycznie, zdecydowałem się na wersję z mięsem, jednakże z pieca. Tym razem też bez większych rewelacji, pierogi stosunkowo duże i ładnie wypieczone, jednakże mało ciekawe w smaku, poza tym ciasto trochę za grube, przez co bardziej wyszły z tego kruche ciastka z małą ilością farszu niż apetyczne pierogi – radzę więc wybierać wersję z wody lub z innego lokalu.


Ceny w Pozytyvce są przystępne, za danie z napojem wydamy około 20zł, ciężko więc narzekać. Nie mam również zastrzeżeń do obsługi, w moim przypadku zawsze była ona dość sprawna, a na dania nie czekałem zbyt długo, choć dziwić mogło obsługiwanie danego stolika przez dwie czy trzy kelnerki.
Podsumowując, Pozytyvka przegrywa w moim odczuciu z Manekinem, który w podobnych cenach, jednak dużo ciekawszym entourage’u serwuje smaczniejsze dania. Jeżeli macie ochotę na szybki, dobry lunch, kierujcie się najpierw na Struga. Dopiero gdy nie będzie tam miejsca, a wasz brzuch panicznie błagać będzie o naleśnika, udajcie się do Pozytyvki! Nie jest to bowiem miejsce złe, po prostu nie jest ono tak dobre jak Manekin!

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego logo jak i zdjęć lokalu i potraw. Pochodzą one z oficjalnej strony restauracji. Więcej na: https://www.facebook.com/pozytyvka

czwartek, 17 stycznia 2013

Ribs & Rings Łódź - Ameryki nie odkryjesz!



Kuchnia amerykańska chyba nigdy nie była zbyt popularna w naszym mieście. Nie mam oczywiście na myśli fastfoodowych, franczyzowych McDonald'sów czy Burger Kingów, a porządne knajpki gdzie można zjeść dobrze usmażony stek, grillowane żeberka czy porządnego burgera. Ostatnimi czasy sytuacja zmienia się na lepsze, tym razem będzie jednak o miejscu, które smakoszom potraw z USA znane jest pewnie od dawna. Mianowicie o Ribs & Rings mieszczącym się w Łodzi na Placu Wolności 12.
         Po dwóch wizytach, pozwolę sobie na kilka słów na temat lokalu. Umiejscowienie w ścisłym centrum miasta, estetyczna fasada budynku i działający w sezonie letnim, dobrze zaaranżowany „ogródek” zachęcają do odwiedzin. Wnętrza uderzają zaś intensywnością kolorów – głównie zieleni i czerwieni, takie barwy pokrywają bowiem wszystkie ściany. W praktyce wyróżnić możemy trzy pomieszczenia. Główne z całkiem przyjemnym, długim i dobrze zaopatrzonym barem i dwa w głębi. Na ścianach kilka czarno-białych zdjęć z amerykańskimi motywami. Cały wystrój określiłbym mianem poprawnego, jest czysto i estetycznie, brakuje jednak elementów które nadałyby temu miejscu jakiegoś ciekawego charakteru czy klimatu, szkoda...

       
         Karta dań zaskakuje swoją różnorodnością. Wchodząc możnaby się spodziewać głównie dań kuchni amerykańskiej, zaglądając jednak w menu, znajdziemy nie tylko stek T-bone, krążki cebulowe i szaszłyki, ale również śledzika w oliwie, żurek, rosół, pierogi, spaghetti, pizzę, kurczaka słodko-kwaśnego, rybę czy sushi (które trzeba zamówić dzień wcześniej). Z jednej strony przy takim rozwiązaniu każdy znajdzie coś dla siebie, z drugiej zaś liczyłem głównie na kuchnię ze Stanów, a taki misz-masz rodzi obawy o jakość i sposób przyrządzenia potraw.
          Na duży plus zasługuje pokaźny wybór napoi alkoholowych. Ribs & Rings okazuje się bowiem być dobrym miejscem na szybkie piwko lub wódeczkę. Bar, poza klasyczną ofertą, zbliżoną do większości lokali zaserwować nam może bowiem również takie specjały jak oryginalną, koszerną Śliwowicę Strykowską (72%) czy cydry X-Cider – warto spróbować!
          No dobrze, ale my chcemy coś zjeść. Pierwszy raz w lokalu byłem przeszło dwa lata temu – zamówiłem wówczas jednego z trzech pokaźnych burgerów do wyboru, który bardzo miło zaskoczył mnie swoim smakiem (kosztował ok. 12zł) Tym razem, do lokalu wybraliśmy się w kilka osób w sobotni wieczór . Po zajęciu miejsc, nie przyszedł nikt z obsługi, sami więc wzięliśmy karty, wybraliśmy co trzeba i udaliśmy się po zamówienia do baru uznając, że najwidoczniej specyfika lokalu nieco się zmieniła. W karcie widniał już tylko jeden burger – w cenie 6zł, czyli kolejne zmiany. Zdecydowałem się na niego z czystej chęci porównania (wziąłem dwa). Kumpel niemiło rozczarował się chcąc zamówić żeberka (Ribs) a następnie krążki cebulowe (Rings) – wszystko się ponoć akurat skończyło. Jak lokal specjalizujący się w tych daniach i mający je w swojej nazwie może nie być przygotowany na ich serwowanie w sobotę wieczorem...? Ostatecznie każdy zamówił po burgerze, a jedna osoba wybrała tortille z kurczakiem.

       
         Zajęliśmy stolik w sali za barem, łączący się z okienkiem kuchni przy którym wydawane są dania dla kelnerów. Po pewnym czasie kucharz zadzwonił dzwonkiem a w okienku pojawiły się nasze burgery, obsługa jednak nie podała ich do stolika, uznaliśmy więc że ten obowiązek należy do nas (szczególnie że za dania płaciliśmy z góry przy barze). Gdy podszedłem po odbiór talerzy, zdziwiony kucharz powiedział, że przecież wystarczyło poczekać aż kelner poda nam je do stołu...
         Same burgery były dobre, choć nie takie jak kiedyś. Na pewno smaczniejsze od tych z Maca czy Burger Kinga i warte swej ceny, jednak nie rewelacyjne. Mięso dobrze wysmażone, dodatki świeże, bułka oczywiście kupna. Z jednej strony liczyliśmy na więcej, z drugiej przy cenie 6zł za sztukę nie mięliśmy prawa spodziewać się idealnego burgera.
         Podsumowując, Ribs&Rings tym razem wypadło dość blado. Lokal kusi atrakcyjnymi cenami dań (najadłem się za 12zł), szybkim ich serwowaniem, ciekawą kartą alkoholi i dobrą lokalizacją, jednakże widać, że jego specyfika zmieniła się z restauracyjnej na bardziej barową. Obecnie to raczej miejsce na szybki, tani, przeciętny obiad, lunch czy snack podczas dnia czy przed imprezą niż na fajną posiadówkową kolację w gronie znajomych. Duży karniak należy się dodatkowo za praktycznie zerową obsługę naszego stolika i brak podstawowych pozycji z karty....Mam nadzieję, że była to sytuacja, która więcej się nie powtórzy, jej zaistnienie znacznie obniża jednak końcową ocenę restauracji. Jeżeli szukacie kuchni amerykańskiej na najwyższym poziomie, w Ribs & Rings jej niestety nie uświadczycie...

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego logo jak i zdjęć lokalu i potraw. Pochodzą one z oficjalnej strony restauracji. Więcej na: http://ribsandrings.com/

środa, 2 stycznia 2013

Meg Mu Cook & Design Łódź - smaki Czarnego Lądu w Off Piotrkowska


        Meg Mu Cook & Design to kolejny z dość oryginalnych lokali mieszczących się w centrum Łodzi, w tętniącej życiem strefie Off Piotrkowska (Piotrkowska 138/140). Co wyróżnia restaurację na tle konkurencji? Otóż, serwowanie potraw kuchni afrykańskiej i nietuzinkowe, kolorowe wnętrza.
        To co zastaliśmy w środku miło nas bowiem zaskoczyło. Lokal wygląda bardzo eklektycznie, jednocześnie jednak mało restauracyjnie. Część ścian zachowała swój dawny, pofabryczny charakter, czyli litą cegłę. Inne znowu pokryła gładź, na którą naniesiono barwne, etniczne wzory. Po lewo od wejścia znalazła się spora, kolorowa kanapa i fotele do kompletu, a także kamienny stolik i stołki w kształcie beczek. Zasiąść można jednak również na i przy nieco bardziej tradycyjnych i współczesnych meblach, choć na szybkie piwo najlepiej wybrać jedną z huśtawek wiszących przy samym barze – super pomysł. Karniak należy się jednak za brzydkie rury grzewcze i „zimną” podłogę, a także dość dziwne zagospodarowanie wnętrza i niezrozumiałe dla nas wyłączenie z użytku części sali, przez co w lokalu nie pomieściło się zbyt wiele osób. Spora część ludzi, którzy zawitali tego wieczoru do Meg Mu, została odprawiona z kwitkiem przez właścicieli...


         Czas zerknąć w kartę dań, ta budzi jednak mieszane odczucia. Jest bowiem bardzo uboga – nie byłem jeszcze w lokalu z tak krótkim menu. Sytuację ratuje jednak egzotyczność dań. Narzekać nie można również na ofertę napojów. Polecić mogę zarówno napój imbirowy jak i kapitalny sok z owoców szczawiu afrykańskiego. Dobre są również afrykańskie piwa. Poza tym, warto spróbować wina z palmy – osobiście mnie nie urzekło, z pewnością zaskoczy jednak Wasze kubki smakowe. A co można zjeść – 6 dań, w tym jedno zmienne (danie dnia). Smuci jednak fakt, że połowa potraw to ryby – choć sam jestem ich wielkim fanem, to zdaję sobie sprawę, że inni mogą nie dzielić w tym zakresie mojego optymizmu – wówczas pozostaje im zjeść kurczaka z warzywami (bardzo przeciętny), wołowinę w sosie (serwowana jak ta w Ganeshu, zbliżona zresztą nawet w smaku) lub zupę z owoców palmy (podawaną jednak również z rybą!).
         Ja zdecydowałem się na smażoną doradę z sosem i bananem. Rybka była ładnie podana, idealnie wypieczona i smaczna, niestety bardzo oścista (podawana w całości). Dodatkowy sos ładnie podkreślał jej smak, banan zaś był go praktycznie pozbawiony – przypominał nieco nasze rodzime gotowane, jednak nieosolone kartofle...Po rewelacyjnych napojach, spodziewałem się bardziej egzotycznego smaku potraw. Podobnego zdania była większość współtowarzyszy. Jako, że daniem głównym się nie najadłem, postanowiłem zamówić deser – afrykańskie pączki bananowe z masłem orzechowym. Te były bardzo przeciętne – gumiaste i mało wyraziste w smaku (nie przypadły chyba do gustu nikomu z nas), sytuację ratowało masło orzechowe, nie różniące się jednak od tego, które dostać możemy w każdym większym sklepie. Dużo smaczniejszym deserem okazał się mus z mango posypany owocami granatu – polecam! Nie wiedzieć czemu przyszło nam jednak na niego bardzo długo czekać. Na tyle długo, że byłem już pewien, że zupełnie zapomniano o tym zamówieniu.


           Za danie główne, deser i napój zapłaciłem 45zł – w moim odczuciu to trochę za drogo, szczególnie jak na miejsce skierowane w pierwszej kolejności do młodych ludzi, głównie licealistów i studentów.
           Podsumowując – Meg Mu Cook&Design budzi we mnie ambiwalentne uczucia. Dobre wrażenie robi lokalizacja, kolorowy wystrój i ciekawa w smaku oferta napojów. Menu jest jednak zbyt ubogie i mniej atrakcyjne niźli możnaby się tego spodziewać po knajpie afrykańskiej. Ceny też mogłyby być nieco niższe. Z pewnością warto wybrać się do Meg Mu przynajmniej raz - z ciekawości. Ja jednak wiem, że do stałych bywalców lokalu nie będę się zaliczać.

EDIT z 22.01.2013 - Meg Mu zdecydowało się nieco zmienić i poszerzyć kartę dań. Pojawiły się przystawki w korzystnych cenach i parę nowych dań głównych, które zastąpiły część potraw rybnych - pochwała za dobre posunięcie lokalu!

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego logo jak i zdjęć lokalu i potraw. Pochodzą one z oficjalnej strony restauracji. Więcej na: https://www.facebook.com/MEGMUcookdesign

niedziela, 16 grudnia 2012

Pomodoro Łódź - tradycyjna włoska pizza w centrum miasta



            Pomodoro to nowo otwarta pizzeria usytuowana w ścisłym centrum Łodzi, przy ulicy Rewolucji 1905 roku 4. Co niektórzy mogą kojarzyć adres z istniejącą do niedawna pod tym numerem pizzerią Etna. Zmienił się jednak właściciel, nazwa i specyfika lokalu – zamiast zwykłej pizzy, serwowana jest typowa pizza włoska, taka jak w Bella Napoli, Marcello czy Ristorante Doneda. Po starym lokalu został tylko nie do końca ciekawy wystrój.
            Pomalowane na czerwono ściany, proste stoliki z obrusami, parę półeczek z buteleczkami i bibelotami. Na tym koniec, to nieco za mało by powiedzieć, że miejsce jest przytulne czy estetyczne. Wystrój jest co najwyżej poprawny i kojarzy się bardziej z lokalem na osiedlu niż fajną knajpką w centrum miasta....szkoda. Na dodatek, podczas naszej wizyty, w restauracji było stosunkowo zimno. Zaletą jest otwarta kuchnia, dzięki której widzimy jak pizzerman, rodowity włoch Antonio zresztą, przyrządza nasze posiłki, przypiekając je później w prawdziwym piecu opalanym drewnem.
            W menu (po polsku i włosku), poza pizzą znalazło się parę sałatek, prostych przystawek, deserów i smażaków. Wybór jest więc dość przeciętny, choć przecież najbardziej liczy się pizza. Oferta tejże jest zaś bogata. Znalazły się nie tylko klasycznie pozycje znane z każdej pizzeri, lecz również pizze bianche, calzone jak i panozzi, czyli kanapki robione z ciasta na pizzę. Do picia: kawa, herbata, napoje na zimno, piwo i wino. Niestety, choć w lokalu byliśmy już jakieś 2 miesiące od otwarcia, właściciele nadal nie mieli koncesji na alkohol, zaproponowali jednak zakupy w pobliskim sklepie i z możliwością spożycia ich w lokalu :)
            Tu warto wspomnieć o obsłudze. Właścicielka jest bowiem bardzo miła, otwarta i żywiołowa, krząta się po knajpce jak po własnej kuchni, jest rozgadana i sympatyczna. Podobne wrażenie sprawia Antonio, który choć ledwo mówi po polsku, stara się z każdym nawiązać kontakt. Niektórym może to przeszkadzać, dla mnie było jednak miłym zaskoczeniem. Widać, że właściciele wkładają w serce to co robią, a robią to dobrze!
            Sama pizza, choć choć dla niektórych może wydać się nieco za droga, zasługuje na pochwałę. Składniki są świeże i w dużej mierze sprowadzane z Italii. Ciasto cienkie i bardo smaczne - niebo w gębie! Zdecydowanie, pod tym względem jest to jedna z lepszych pizzerii w mieście. Ja, klasycznie już zdecydowałem się na Diavolę i muszę przyznać, że właśnie takiej ostrości spodziewam się po daniach tego typu. Pizza jest pikantna, jednak na tyle, by poza ostrością czuć jeszcze pozostałe smaki (co nie zawsze zdarza się w innych lokalach). Skosztowałem również quattro formaggi znajomych - nie mam  żadnych zastrzeżeń! Większym głodomorom polecam zamówić cały placek, na mniejszy głód, najlepiej wybrać się we dwójkę - jedna pizza w zupełności wystarczy wówczas na dwie osoby. Nie przypadła mi do gustu jedynie oliwa – była zbyt gorzka, poprosiłem więc o inną, zaproponowano mi wersję na ostro – kapitalna, reszcie towarzyszy też przypadła do gustu.
            Pomodoro z pewnością szybko zyska rzeszę fanów. Dobra lokalizacja, miła obsługa i bardzo smaczna włoska pizza, dla wielu będzie wystarczającym argumentem by zostać stałym bywalcem knajpki. Drobne wpadki - zimno w środku czy brak koncesji na alkohol, a także wysoce nieprzemyślana aranżacja wnętrz, nie pozwalają mi jednak wystawić najwyżej oceny. Pomodoro wypada bardzo dobrze na tle licznych łódzkich pizzerii, do czołówki trochę jej jednak jeszcze brakuje. Jeżeli będziecie w okolicy, wstąpcie i przekonajcie się sami!

EDIT z 06.03.2014: Kolejne wizyty w Pomodoro utwierdziły nas tylko w przekonaniu, że Pomodoro to lokal oferujący jedną z najlepszych pizzy w naszym mieście :)

POLUB NAS RÓWNIEŻ NA FACEBOOK'U: Food Fetish po łódzku

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonych zdjęć i logo. Pochodzą one z oficjalnej strony internetowej lokalu. Więcej na https://www.facebook.com/pomodoropizza

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Vinda Łódź - kawiarnia z charakterem

Vinda to stosunkowo nowa, łódzka klubo-kawiarnia. Choć działa raptem od dwóch miesięcy i została dość odważnie zlokalizowana, to już zyskała wielu fanów i stałych klientów. Lokal nie jest położony bowiem w ścisłym centrum miasta a przy ulicy Zgierskiej 69, na dole charakterystycznego pawilonu ABC. Dojechać można bez problemu tramwajem linii 4,11,16 lub 46, na właścicieli samochodów czeka zaś obszerny parking, który wieczorem na ogół jest pusty, nie będzie więc problemu z zostawieniem auta.
Wnętrza prezentują się rewelacyjnie. Urządzono je z dużym smakiem, na modłę tak popularnych ostatnio loftów. Za projekt odpowiadała Agnieszka i Paweł Pawełoszek z AR Design. Ceglane ściany z dużymi, wpuszczającymi promienie słońca oknami, nowoczesny bar, imitacja wylewki betonowej na podłodze, wygodne i stylowe meble, ciepłe oświetlenie, olbrzymia, ciekawa fototapeta na jednej ze ścian – to nie jedyne atuty lokalu. Wrażenie robi też zaadaptowana na potrzeby kawiarni winda towarowa, która stała się integralną częścią miejsca, stanowiąc przytulny, intymny kącik dla ceniącego sobie prywatność klienta. Dopełnieniem wysublimowanego stylu są takie detale jak minimalistyczne wieszaki na ubrania, designerskie lampy nad barem, czy frapujące włączniki światła w schludnej toalecie. Brawo!
Menu, jak na kawiarnię, jest dość obszerne. Poza caffe w licznych odmianach, herbatą i zimnymi napojami, oferuje też piwa i wina, a także dania na mniejszy i większy głód. Zamówić możemy nie tylko zupę dnia czy nieśmiertelne tosty. W karcie znalazły się bowiem różne sałatki i naleśniki, zarówno wytrawne, jak i podawane na słodko, robione na mące pszennej lub gryczanej do wyboru (za wersję FIT przyjdzie nam jednak dopłacić). Ceny, jak na takie miejsce, umiarkowane – nam za dwa naleśniki na słodko i dwie herbaty przyszło zapłacić 32zł (fajnie podany rachunek). Nieco tańsze mogłyby być piwa, pamiętajmy, że nie jest to przecież lokal w ścisłym centrum Łodzi.
Na zamówienia nie przyjdzie długo czekać. Nasze naleśniki były na stoliku po około 10 minutach. Choć Vinda nie jest typową naleśnikarnią, to śmiało może konkurować z Pozytywką czy Manekinem pod względem zarówno przyrządzenia, formy podania jak i samego smaku dań (choć naleśniki cą nieco mniejsze) Ja zdecydowałem się na wersję z twarożkiem waniliowym, brzoskwiniami i sosem karmelowym, koleżanka na naleśniki z kremem czekoladowym, bananami, bitą śmietaną i gałką lodów. Nasze kubki smakowe nie miały zastrzeżeń, wszystko było bardzo dobre, a forma podania, szczególnie naleśnika koleżanki, zasługuje na największe uznanie i brawa.
Vinda, to bez wątpienia ciekawe i warte odwiedzenia miejsce. Największą zaletą kawiarni jest jej nietuzinkowy wystrój i bogate, jak na ten typ lokalu menu. To idealna miejscówka na szybki, lekki lunch, spotkanie we dwoje, czy większy towarzyski meeting (np. urodziny). Jeżeli lubicie takie lokale jak Ms Cafe, Mebloteka Yellow, czy Owoce i Warzywa – Vinda na pewno przypadnie Wam do gustu, zresztą, nie tylko Wam. Polecam każdemu!

Edit z 10.02.2013 - w menu Vindy pojawiły się nowe pozycje, od dzisiaj uraczeni możemy być także makaronami, polędwiczkami wieprzowymi czy łososiem, znalazła się nawet tarta :) Ceny nowości umiarkowane, choć niektóre dania mogłyby być ciutkę tańsze.

POLUB NAS RÓWNIEŻ NA FACEBOOK'U: Food Fetish po łódzku

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonych zdjęć lokalu i logo. Pochodzą one z oficjalnej strony internetowej lokalu. Więcej na www.vinda.pl

wtorek, 27 listopada 2012

The Dorsz British Fish & Chips Łódź - szybka rybka w Boat City

Łódzka ul. Traugutta to Mekka dla miłośników dobrego jedzenia. Wąski pasaż roi się bowiem od knajp i restauracji. To tutaj możemy spróbować węgierskich dań w Varosce, najeść i napić się do syta w Browarze Grill de Brasil, skosztować rewelacyjnych włoskich potraw w Locandzie czy bardziej znanych polskich obiadów w Chłopskim Jadle. Tutaj też mieści się tani i przyjemny bar Paragon jak i znana wszystkim klubo-kawiarnia Owoce i Warzywa. Pod numerem 9 znajdziemy zaś lokal serwujący szybką kuchnię brytyjską, czyli popularne na całym świecie ryby z frytkami. Mowa o The Dorsz British Fish & Chips.
Z zewnątrz knajpka prezentuje się bardzo przyjemnie i angielsko, kojarząc się z pubami jakie widzimy w brytyjskich filmach czy pamiętamy z reklam piwa Dog in the Fog. Odnowiona, pomalowana na ciemny brąz elewacja, neonowy szyld i duże okna z łukami, z których sączy się ciepłe światło, zachęcają do wstąpienia - szczególnie w jesienne lub zimowe wieczory. Wewnątrz czar ten jednak pryska. W środku jest czysto i schludnie, jednak mało brytyjsko. Światło jest w rzeczywistości bardzo jasne i zimne. Na szarych ścianach wiszą komiksowe plakaty w żaden sposób nie związane z GB ani jedzeniem, wyróżnia się tylko kilka prac Banksy’iego i flaga UK. Zasiąść możemy przy kolorowych stolikach na w miarę wygodnych kanapach z poduszkami lub twardych krzesłach. Szkoda, że w knajpie nie jest zbyt gustownie ani przytulnie. Od razu czuć, że to miejsce raczej na szybki posiłek niż dłuższe przesiadywanie z kumplami przy piwku. Szkoda...

       Czas zerknąć w menu – to przyjdzie nam zaś przeczytać na wielkiej tablicy znajdującej się przy drzwiach i po prawo od otwartej kuchni. Jak na bar szybkiej obsługi przystało, dania zamawia się przy kasie, a rola obsługi ogranicza się jedynie do ich podania do stolika. Wybrać możemy oczywiście specjał lokalu, czyli dorsza w dwóch odmianach – plamiaka lub atlantyckiego. Jest także filet z miruny, nuggetsy rybne lub drobiowe, kiełbaski, smakowicie wyglądająca zupa z owoców morza, czy czerwony barszczyk. Znajdziemy też parę mniejszych przekąsek w stylu krążków cebulowych, kalmarów czy krewetek z sosem. Nie zabrakło również sałatek, napojów bezalkoholowych i stosunkowo tanich piw (większość w cenie 5zł). Do większości dań podawane są frytki. Ceny bardzo przystępne, szczególnie, że nawet mała porcja ryby z frytkami (15zł) jest w rzeczywistości spora i większość osób, a już na pewno kobiet, w zupełności się nią zadowoli.

           Na dania nie przyjdzie długo czekać. Na ogół już po 5-10 minutach, wypełnione po brzegi półmiski lądują na naszym stoliku. Ryba jest dobrze przygotowana i opieczona, chrupiąca panierka i idealnie kruchy filet momentalnie znikają z talerzy. Muszę jednak ostrzec tych, którzy nie mieli okazji jeść ryby serwowanej w Wielkiej Brytanii w typowym chippie. Ta w The Dorsz jest bowiem przyrządzana w identyczny sposób (przez brytyjczyka zresztą) – jest więc bardzo tłusta (ryby morskie zresztą zawsze są tłustsze od słodkowodnych) i z założenia nie przyprawiana. Anglicy bowiem fish & chips przeważnie tylko mocno solą, skrapiają całość sokiem z cytryny lub octem słodowym. Dlatego też, jeżeli oczekujecie bardziej wyrafinowanych smaków, koniecznie zamówcie do dania zestaw niedrogich dipów. Inaczej możecie być zawiedzeni mało wyrazistym smakiem ryby. Powiedzmy sobie szczerze, nie ma ona prawie w ogóle smaku... i szczerze, mogłaby być ciutkę mniej tłusta. Z drugiej strony, jak to mówią, rybka lubi pływać nawet po śmierci, stąd też smaży się ją w głębokim tłuszczy, a śledzika zapija wódeczką ;)
Nieodłącznym elementem dań w The Dorsz są frytki. Według mnie, jedne z lepszych w mieście (może poza belgijskimi) – grubo krojone, lekko chrupiące z zewnątrz i miękkie w środku – polecam z dipami, serem lub sosem curry. Rewelacja!

       Słowo końcowe – The Dorsz British Fish & Chips to dobra alternatywa dla oklepanych pizzeri, kebabów, chińczyków i Mc Donaldów. Na Traugutta 9 możemy zjeść szybko i nieco tylko drożej niż w innych fastfoodach (lecz nadal tanio). Przy okazji, to jedno z nielicznych miejsc w centrum, które zajmuje się serwowaniem ryby. Kolejną zaletą są tanie piwa i dobre frytki. Stąd też, lokal jest wg mnie idealnym miejscem na beforek przed piątkową imprezą, czy szybki obiad w przerwie pracy lub między zajęciami. Szkoda tylko, że wystrój jest mało przytulny i nieciekawy a frytki i ryba troszkę za tłuste. Z pewnością znajdzie się sporo osób, które stwierdzą nawet że niesmaczna. W mojej grupie opinie na temat knajpy były bardzo podzielone, część osób była niezadowolona. Osobiście uważam, że jeżeli od czasu do czasu lubisz się niezdrowo najeść i napić do syta, to mimo wszystko powinieneś wstąpić do The Dorsz British Fish & Chips. Jeżeli zaś nie przepadasz za rybami i tłustym jedzeniem to odpadasz z gry - zmykaj czym prędzej do Green Waya na herbatkę i sałatkę!

EDIT z kwietnia: Ceny skoczyły w górę średnio o 1-2zł. Do zestawów serwowany jest niezjadliwy krem z zielonego groszku. Ryba nadal bez większego smaku, wystrój również...

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonych zdjęć lokalu i logo. Pochodzą one z oficjalnej strony internetowej lokalu. Więcej na The Dorsz Fish & Chips