czwartek, 24 października 2013

Daleko Blisko Łódź - nowa kawiarnia na Off Piotrkowskiej, która poszerzy Wasze horyzonty!

      Ledwo co na Off Piotrkowskiej otworzył się długo wyczekiwany MITMI restobar (który niedługo odwiedzimy), a już w ten weekend kolejny lokal (i to po sąsiedzku) przyjmie w swe progi pierwszych klientów. Mowa tu o podróżniczej pubo-kawiarni Daleko Blisko, która inaugurację swojej działalności uświetni rozpoczynającym się w piątek trzydniowym festiwalem podróżniczym! Ale o tym za chwilę. Na początek może nieco więcej o samym lokalu, który mieliśmy przyjemność odwiedzić kilka dni temu podczas kameralnego spotkania z właścicielkami kawiarni - przesympatyczną Olgą i Anią i ich najbliższymi znajomymi.
      Wnętrza utrzymane są w eklektycznym stylu łączącym typowe dla Off Piotrkowskiej pofabryczne przestrzenie (ponoć wcześniej mieścił się tutaj warsztat samochodowy i garaże) z klimatami odległych krajów i motywami podróżniczymi. Nie mogło zabraknąć więc ściany z litej cegły w której osadzono obszerne okna, wpuszczające za dnia naturalne światło. Znalazł się również przytulny kącik z wygodną kanapą, stylowym fotelem i obowiązkowym globusem. Pozostałe ściany bielone (podobnie jak w Tari Bari czy Drukarni) czekają jeszcze na zagospodarowanie. Dobre wrażenie (szczególnie po zapaleniu światła w toalecie) robi gliniana (sic!) ściana z osadzonymi weń kolorowymi butelkami. Efekt jest czarujący. Do knajpki wejść można będzie zarówno od strony placu Off Piotrkowskiej jak i od wyremontowanej niedawno ulicy Roosevelta. We wtorek widać było, że lokalowi potrzebne są jeszcze ostatnie poprawki i dodanie kilku elementów, które na pewno uczynią to miejsce jeszcze bardziej barwnym. Mamy nadzieję, że właściciele zdążą z upgrade'ami do weekendowego festiwalu. Trzymamy kciuki!
       Podczas spotkania mieliśmy również okazję spróbować niektórych smakołyków z przyszłego menu. Największe wrażenie zrobił na nas wyśmienity sernik Nelly Rubinstein i ciasto marchewkowe. Poza tym skosztować można było egzotycznych dipów (hummus, tahini czy rewelacyjnego guacamole) serwowanych z krakersami, marchewką, selerem czy tacos do wyboru! A na tym nie koniec, w Daleko Blisko będzie można bowiem również skosztować gofrów, kanapek panini jak i wyśmienitych kaw doskonałej mieszanki arabika, czy kawy z wietnamskich kawiarek. Również w temacie herbaty nie poprzestano na klasykach, zamówić będzie można typową słodką herbatę marokańską z miętą czy na przykład herbatę wędzoną, której wręcz nie możemy się doczekać. Ale, ale, znalazło się również miejsce na alkohole, zarówno te słabsze jak i mocniejsze, zarówno rodzime, regionalne jak i bardziej odległe. Osobiście najbardziej ucieszyła nas obecność w menu wyśmienitych piw belgijskich.
      Nad wszystkim czuwać zaś będzie miła, fachowa i kreatywna obsługa, a krótka rozmowa z inicjatorkami całego przedsięwzięcia i właścicielkami lokalu – Olgą i Anią uświadczyły nas w przekonaniu, że lokal został oddany w dobre ręce. Dziewczyny tryskają bowiem pomysłami i pozytywną energią!
      Daleko Blisko z założenia ma być nie tylko kawiarnią serwującą mustbe każdego lokalu z tej branży, lecz również (a może przede wszystkim) miejscem spotkań dla wszystkich ciekawych świata i kochających podróże ludzi. Jak dowiadujemy się z oficjalnej strony kawiarni: "filozofia łączenia tego co lokalne i globalne ma być myślą przewodnią w doborze muzyki, menu, programu imprez oraz wystroju". Słowa te niewątpliwie znajdują odzwierciedlenie w samej nazwie lokalu jak i najbliższym evencie organizowanym w ramach oficjalnego otwarcia Daleko Blisko. Wystarczy spojrzeć w program festiwalu by szybko odkryć jak tematycznie zróżnicowanych prelekcji przyjdzie nam wysłuchać. W najbliższy weekend Daleko zabierze nas bowiem w okolice Uralu Subpolarnego, Pakistanu czy dzikiej Syberii, Blisko zaś pozwoli lepiej poznać zamki województwa łódzkiego, fabrykę Ramisha, czy samą Off Piotrkowską. Zapowiada się więc bardzo interesujące zakończenie tygodnia w gronie ciekawych ludzi i smaków! Wpadnijcie i przekonajcie się sami!
Polub nas na facebooku: Food Fetish po łódzku

wtorek, 15 października 2013

B jak babeczki, czyli co ma do zaoferowania łódzka Babkarnia?

      Kto z Was nie lubi słodkich babeczek ręka do góry! Tak też myślałem :) Wczoraj załatwiając sprawunki na mieście, znalazłem chwilę by wstąpić do łódzkiej Babkarni Cupcakes & Coffee. Lokal mieści się w ścisłym centrum miasta pod adresem Struga 2, czyli przy samym skrzyżowaniu z ulicą Piotrkowską (okolice numeru 92). Babkarnia już z daleka zachęca do odwiedzin przyciągając wzrok kolorowym szyldem i dużą szklaną witryną, za którą kryją się pastelowe wnętrza.
      A dokładniej to wnętrze – lokal jest bowiem niewielki, w środku znalazło się miejsce na szklaną ladę i jeden duży stolik, przy którym zmieści się maksymalnie około 8 osób. To jednak w niczym nie przeszkadza, większość klientów bierze bowiem babeczki i muffinki na wynos. Ja jednak pozwoliłem sobie na chwilę wytchnienia, zamówiłem babeczki, herbatę i zasiadłem przy wysokim drewnianym blacie.
      Wystrój utrzymany jest w pastelowych barwach i niektórym kojarzyć się może z domem dla lalek. Na ścianach dostrzeżemy zresztą różne ozdoby i bibeloty podkreślające bajkowy klimat cukierni. Znalazły się więc misie, kubeczki, małe drewniane szafeczki i słoiczki z kolorowymi cukierkami. Wzrok klienta najbardziej przyciągają jednak wyroby, które kupić można w lokalu, czyli tytułowe babeczki i muffinki. Te zaś wyglądają przecudnie i aż ciężko się oprzeć by nie spróbować ich wszystkich za jednym razem :)
      A jeżeli nie możecie zamówić wszystkich naraz, to z chęcią i uśmiechem opowie Wam o nich współwłaściciel cukierni stojący za ladą. Obsługa jest bardzo sympatyczna, pomocna i uczynna. Widać, że babeczki i prowadzenie cukierni to ich pasja. Ja zdecydowałem się na babeczkę gruszkową i orzechową + herbata waniliowa. Dodać muszę, że babeczka w zestawie wychodzi taniej niż osobno. Zestawy z kawą lub herbatą kosztują odpowiednio 9 i 8zł, podczas gdy sama babeczka kosztuje 6zł, muffinki są nieco tańsze.
      Tu warto wspomnieć czym w ogóle różni się muffinka od babeczki, a co nie dla każdego może być oczywiste. Otóż muffinki są nieco cięższe od babeczek, ich ciasto ma nieco inną, grudkowatą strukturę, na ogół dodaje się też do niego oleju. Muffinki sprawdzają się zarówno w wersji na słodko jak i na słono. Babeczki zaś w przeważającej mierze występują na słodko i świetnie komponują się z różnymi kremami (czego przykładem są właśnie te podawane w Babkarni). Ciasto na babeczki jest lżejsze, delikatniejsze i bardziej puszyste, a w jego bazie często znajduje się masło.
      Pomijając babeczki których skosztowałem, do wyboru jest zawsze kilka innych. Poza tym wyroby zmieniają się w zależności od pór roku i dnia. Najlepiej sprawdzać na bieżąco funpage Babkarni na Facebooku, by dowiedzieć się, którego dnia przyjdzie nam na przykład skosztować babeczek jabłkowo-śliwkowych, czekoladowych, Krówkimakówki, albo takiej muffinki z pieczarkami, papryką i koperkiem :)
     A moje babeczki były równie smaczne co i ładne. Kremy bardzo wyraziste w smaku (szczególnie orzechowy), po prostu rozpływały się w ustach. Aż boję się pomyśleć ile to wszystko miało kalorii, bo słodkości było w tym niewątpliwie co niemiara :) Można byłoby taki krem sprzedawać w tubkach – sukces gwarantowany! Samo ciasto babeczek delikatne, puszyste i kruche, w środku kryło dodatkową niespodziankę :) Osobiście wolałbym żeby ciasta były nieco bardziej nasączone (najlepiej delikatną cytrynówką), ale to już moje osobiste preferencje i nie każdy musi je podzielać :)
    Muszę przyznać, że Babkarnia Cupcakes & Coffee zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Wydawać mogłoby się, że babeczki i muffinki to frajda głównie dla dziewczyn, ale w głębi serca wiemy, że nikt nie przejdzie wobec nich obojętnie. Ja do Babkarni na pewno wpadnę jeszcze nie raz, bo choć lokal jest niewielkie, to mam w nim jeszcze wiele do spróbowania :)

POLUB NAS RÓWNIEŻ NA FACEBOOK'U: Food Fetish po łódzku

Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie zdjęć i tekstów bez zgody autora zabronione! Jednocześnie informuję, że nie posiadam praw autorskich do logo lokalu, pochodzi ono z oficjalnej strony restauracji:https://www.facebook.com/pages/Babkarnia/312205075554133

poniedziałek, 9 września 2013

Jerry's Burger Łódź - kolejna amerykańska flaga na łódzkiej ziemi

            Przy okazji ostatniej recenzji Byk Burgera, wspominałem o mającym niedługo nastąpić otwarciu kolejnej burgerowni, czyli Jerry'sBurger. Nowy lokal czynny jest już od ponad dwóch tygodni i choć ostatnimi czasy miałem burgerów po dziurki w nosie, w końcu postanowiłem wybrać się i do tej knajpki.
            Usytuowana przy ulicy Piotrkowskiej 85 restauracja z zewnątrz prezentuje się bardzo skromnie. Szyby oklejone folią ze wzorem szachownicy i neonowy napis Jerry's Burger. Miejsca starczyło jeszcze tylko na wywieszenie menu. Lokal do największych bowiem nie należy. W środku jest jednak o wiele ciekawiej niźli moglibyśmy się po witrynie spodziewać.
           W końcu mamy bowiem do czynienia z wnętrzem iście amerykańskim, a nie tylko zawierającym amerykańskie akcenty (vide American Bull w Manufakturze). Co więc znajdziemy w środku? Na podłodze czarno-białe kafelki, na pastelowych, błękitno-różowych ścianach liczne blaszane tabliczki ściągnięte ze Stanów, poza tym szklane gablotki wypełnione baseballowymi piłeczkami, kaskami, biretami akademickimi, maskotkami, piłkami do rugby i innymi akcesoriami zza oceanu. Usiąść przyjdzie nam na wygodnych, czerwonych, przeszywanych kanapach, przy prostych ladowych stolikach ze srebrnymi wstawkami. Nie mogło również zabraknąć otwartej kuchni wzdłuż której rozmieszczono barowe stołki. Na suficie chromowane wiatraki i, jako jedyne nie do końca pasujące mi do wnętrz, lampy w kształcie wielkich halogenów. Całokształt sprawia jednak bardzo dobre wrażenie, a o zbieżności z amerykańskimi lokalami pin-up lat 50' niech świadczy zdjęcie typowego amerykańskiego dinnera zestawione z Jerry's Burger. Prawda że podobnie?
               Pozytywnie zaskakuje również obsługa. Pomijając urodę dziewczyn, na plus zasługuje ich wpasowujący się w konwencję strój. Poza tym, kelnerki są miłe, uśmiechnięte i bardzo sprawnie obsługują stoliki. Na dania nie przyszło nam bowiem długo czekać, panie nie zapomniały też spytać o poziom wysmażenia burgerów, zaproponowały również rozdzielenie rachunków dla łatwiejszej rachuby. Tak trzymać!
              Czas zerknąć w menu. Karta dań jest przejrzysta i dobrze skomponowana. Pierwsze miejsce zajmują oczywiście burgery, a tych jest aż 14 do wyboru. Poza klasyką znalazły się takie ciekawe pozycje jak Aloha – z ananasem, żurawiną i serkiem kremowym, Bandito – czyli burger na ostro z papryczkami jalapeno, sosem chilli i czerwoną papryką, burgery z jajkiem sadzonym a nawet z puree z mango. Jest więc w czym wybierać. Nawet wegetarianie znajdą coś dla siebie, będą mogli bowiem spróbować burgera na bazie tofu albo cukinii. Pomijając burgery, w Jerrysie możemy także zjeść klasyczną jajecznię, omlety jak i naleśniki z sadzonym jajkiem i bekonem. Oddzielną grupę stanowią zaś pancakes'y na słodko. A na nich, czego dusza tylko zapragnie: Nutella, fluff, posypki, kakao, M&M's, mus jabłkowy i oczywiście nieśmiertelny syrop klonowy. Poza tym nabyć możemy kolby kukurydzy, krążki cebulowe i shake'i. Pomijając te ostatnie i sok aloesowy, propozycja napojów jest raczej klasyczna. Alkoholi nie uświadczymy wcale, jest za to kawa parzona w dzbankach z darmową dolewką :)
              Menu jest więc bogate i ciekawe, a jak ze smakiem? Również nieźle. Ja zdecydowałem się na średnio wysmażonego God Fathera, czyli burgera z suszonymi pomidorami, czarnymi oliwkami, parmezanem i rukolą, na deser wybrałem zaś pancakes'y z kakao i musem jabłkowym, do picia shake'a waniliowego. Burgery podawane są w specjalnych drewnianych koszyczkach – wygląda to bardzo fajnie, sam burger leży jednak na papierowych serwetkach, które nie są zbyt dobrym pomysłem. Szybko nasiąkają tłuszczem, zaczynają się drzeć i przyklejać bo bułki. Na szczęście smak burgerów rekompensuje tę niewygodę. Są one dużo lepsze od tego co miałem okazję skosztować w Ribs & Rings czy Byk Burgerze. Mięso jest co prawda nadmiernie spieczone z zewnątrz, w środku jednak takie, jakie je sobie zażyczyliśmy. W końcu lokal, w którym widać i czuć różnicę między burgerem średnio a dobrze wysmażonym (żałuję, że nie zrobiłem zdjęcia przekroju mięs). Do kupnej bułki już przywykłem i pomijając Drukarnię, w łódzkim burgerowniach w tym zakresie chyba niewiele się zmieniło. Reszta składników jest świeża i smaczna, a dobrze skomponowane sosy dodają całości konkretnego smaku. Burgery serwowane są z frytkami i sałatką coleslaw. Taka porcja każdego głodomora powinna zadowolić, mniej wymagający mogą zdecydować się na samego burgera bez zestawu płacąc wówczas za danie 3zł mniej. Frytki są poprawne, o ile lubicie miękkie a nie chrupiące, sałatka jest zaś chyba najsłabszym elementem układanki (wysuszona i mała porcja)
            Pozostałe dania również oceniam pozytywnie. Naleśniki są puszyste i bardzo sycące, a te serwowane z fluffem, Nutellą i M&Ms to po prostu niebo w gębie, bardzo słodkie niebo :) Skosztowałem też krążków cebulowych, o których nie mogę złego słowa powiedzieć. Sok aloesowy był zaś za słodki. Warto wspomnieć też o shake'ach. Ładnie podane i serwowane w wysokich szklankach, mogłyby jednak być nieco tańsze, bo w gruncie rzeczy, pojemność szklanek nie jest zbyt duża. Pomijając to, pozostałe ceny są bardzo rozsądne. Za burgera z zestawem przyjdzie nam zapłacić od 18 do 24zł, naleśniki to wydatek rzędu 10-15zł, shake kosztuje 10zł. Podsumowując, większość osób naje się i napije do syta za około 23-28zł.
            Reasumując, Jerry's Burger to bardzo ciekawa propozycja dla każdego głodomora. W knajpce jest zdecydowanie lepiej niż w Byk Burgerze czy Ribs & Rings, zastanawiam się czy nie lepiej nawet niż w American Bullu, mimo że Jerry's Burger nie serwuje steków. Patrząc na ilość polubień na oficjalnym profilu lokalu jak i ilość klientów w niedzielne popołudnie widzę zaś, że lokal przypadł do gustu nie tylko mnie, ale i sporej części łodziaków.
Zapraszamy do polubienia nas na Facebooku: https://www.facebook.com/foodfetishpolodzku

Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie zdjęć i tekstów bez zgody autora zabronione! Jednocześnie informuję, że nie posiadam praw autorskich do logo lokalu, pochodzi ono z oficjalnej strony restauracji: https://www.facebook.com/jerrysburger1

środa, 31 lipca 2013

Byk Burger Łódź - amerykański rozkwit na łódzkiej ziemi, czy oby na pewno?

      Na mapie rozkwitającej kulinarnie Łodzi przez długi czas brakowało miejsc, w których uraczono by konsumenta porządnym burgerem czy smakowitym stekiem. Jeszcze do niedawna, pytając przypadkowego przechodnia o lokal serwujący kuchnię amerykańską, skierowano by nas co najwyżej do mieszczącego się przy Placu Wolnośc Ribs & Rings, choć i tak większość ankietowanych wskazałaby nam najbliższą budkę z hot-dogami albo McDonalda. Ostatnio jednak, nowe knajpki serwujące burgery, pojawiają się niczym przysłowiowe grzyby po deszczu. Steków możemy skosztować w mieszczącym się w Manufakturze American Bullu, smakowicie wyglądają też burgery w Mega Burgerze. Zwolennicy Off Piotrkowskiej powinni wybrać się zaś do Drukarni.
       Od przeszło miesiąca funkcjonuje też ulokowany na ulicy Struga Byk Burger, który będzie tematem dzisiejszego wpisu. Wybrałem się do niego niecały tydzień po otwarciu, jak i w ostatni weekend w celu zweryfikowania mojej opinii z pierwszej wizyty. Usytuowanie w ścisłym centrum na modnej przecznicy Piotrkowskiej, niedaleko zamkniętej chwilowo Fermentacji czy pubu M-3, jak i długie godziny pracy powinny teoretycznie zagwarantować knajpce rzesze klientów. Byk Burger wydaje się idealnym miejscem na beeforek przed imprezą, czy szybki posiłek między kolejnymi dance floorami. Tym bardziej byłem więc zdziwiony gdy podczas piątkowych wizyt, raz o 19.00 raz o 22.00 lokal świecił pustkami.
      A przecież wnętrza prezentują się całkiem nieźle. Czerwone kanapy, ciemno-szare stoliki i krzesła, bardzo wysokie sufity i cegła na ścianach nadają restauracji typowego klimatu łódzkich loftów. Całość dopełnia ciepłe oświetlenie i bardzo fajne plakaty dobrze współgrające z charakterem lokalu. Jest więc schludnie, estetycznie i w miarę kameralne, na plus zasługuje też dobrze zaaranżowana łazienka i bar w centralnej części drugiej sali.
       So far, so good. Zerknijmy więc w menu. To podzielono na cztery działy:
1. Śniadania – tu znajdziemy takie pozycje jak jajecznica, francuskie croissanty , jajka sadzone z bekonem i kiełbaskami, czy omlet z czekoladą. Kawa lub herbata gratis! Ceny 10-20zł
2. Burgery – od classica poprzez cheese burgery, burgery z bekonem lub gorgonzolą, po Byk Burgera (dla prawdziwych byków). Ceny 17-33zł
3. Sałatki – tu dość standardowo cesar, nicejska, wegańska, wiejska, capresa – nazwy mówią same za siebie, ceny 15-23zł
4. Grillowane mięsa – króluje stek z Angusa, poza tym nabyć można Ribeye'a, karkówkę, czy grillowanego kurczaka. Stek z Angusa kosztuje 46zł, w porównaniu do konkurencji nie jest więc bardzo drogi.
       Poza tym, nabyć możemy sosy do mięs i frytki, małe lub duże w cenach odpowiednio 4zł i 6zł. Oferta karty dań jest więc umiarkowana, każdy powinien jednak znaleźć coś dla siebie, zarówno pod względem smaku jak i ceny.
       Obsłsuga teoretycznie bardzo miła, pozostawia jednak nieco do życzenia. Za pierwszym razem, nikogo z nas nie spytano o poziom wysmażenia burgerów, podczas drugiej wizyty pytanie to usłyszała tylko połowa z biesiadników. Po raz kolejny spotkaliśmy się też z sytuacją gdy kelnerka pytając czy smakowało, nie była przygotowana na słowa krytyki (bardzo delikatnej). Do obsługi wliczam też kucharzy, wspomnę więc w tym akapicie, że za pierwszym razem, mimo że w chwili zamawiania byliśmy jedynymi klientami, bardzo długo przyszło czekać nam na dania (prawie 45 min). Dziwi to tym bardziej, gdy wspomnę, że za drugim razem na zamówienie czekaliśmy niecałe 20 minut, skąd więc takie różnice w czasie? Do tego dochodzi jeszcze brak koncesji na alkohol (ponoć ma być). Na chwilę obecną na burgera przyjdzie nam jednak poczekać co najwyżej przy szklance coli... A przecież podczas otwarcia nie było problemów z kupnem piwa...
      A dania główne? Za pierwszym razem wybrałem Classic Burgera z małymi frytkami. Do frytek nie mam większych zastrzeżeń (były naprawdę dobre), do burgera już tak. Classic, choć apetycznie wygląda, nie jest zbyt duży. Jeżeli jesteście głodni a nie bierzecie frytek, decydujcie się na Byk Burgera lub chociaż Bekon Burgera. Mięso bardzo przeciętne, praktycznie bez smaku, wysmażone chyba zbyt szybko na dużym ogniu. Kotlet spieczony z zewnątrz w środku był niedosmażony. Poza tym brakowało mu wyrazistości, wołowina nie była praktycznie w ogóle przyprawiona. Sytuację mógłby jeszcze uratować jakiś dobry sos, ten jednak był równie mdły co mięso...Warzywa świeże i chrupiące. Bułka niestety kupna... Para która przyszła do lokalu po nas oddała swoje burgery do kuchni (nie wiem jednak z jakiego powodu).
      Podczas drugiej wizyty zdecydowałem się na większego i droższego Bekon Burgera. Tym razem zostałem zapytany o poziom wysmażenia a mięso zostało poddane prawidłowej obróbce termicznej ;) nadal jednak nie wyróżniało się pod względem smaku. Sytuację ratował wyłącznie chrupiący, smakowity bekon i ładnie usadzone jajko (choć osobiście preferuję bardziej ścięte żółtko). Może przydałoby się zaoferować klientowi sosy do burgerów do wyboru, na pewno ubarwiłyby one smak wołowiny.
      Podsumowując, Byk Burger nie zrobił na nas najlepszego wrażenia. Teoretycznie nie jest źle, dużo jednak jeszcze brakuje do przyzwoitego poziomu. Jeżeli nic się nie zmieni w zakresie koncesji na alkohol, obsługi i co najważniejsze smaku burgerów to lokal nadal będzie się cieszyć znikomą frekwencją. Na chwilę obecną, polecam wybrać się więc na burgery do American Bulla, lub wyczekiwać na otwarcie na Piotrkowskiej 85 Jerry's Burger, który poza burgerami i stekami ma też serwować puszyste amerykańskie naleśniki, shake'i i kawę parzoną w dzbankach. Normalnie, jak na filmach :)

POLUB NAS RÓWNIEŻ NA FACEBOOK'U: Food Fetish po łódzku

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego logo lokalu. Pochodzi ono ze strony Byk Burger

niedziela, 30 czerwca 2013

Pierogarnia Co ludzie powiedzą Łódź - najlepsze pierogi w mieście!

       Kocham dania mączne – makarony, naleśniki, kopytka, knedle, leniwe...nawet prażoki wolę od normalnych tłuczonych. Nie ma jednak wg mnie lepszego dania mącznego niż pierogi. Gdziekolwiek bym nie był, jeżeli widzę je w menu, muszę ich spróbować, a górskie schronisko bez pierogów w karcie dań nie powinno się w moim odczuciu w ogóle nazywać schroniskiem! W Łodzi pierogów próbowałem już w wielu miejscach, począwszy od nieistniejącej już Planety, poprzez Pierrogerię w Manufakturze, Pozytyvkę, Teremoka, PierrRogi 69, Kaszę i Grzyby, na knajpach w stylu Chłopska Izba skończywszy.
        Dzisiejszy wpis będzie jednak o małej, niepozornej pierogarni mieszczącej się na obrzeżach Teofilowa. Pierogarni, która w mojej skromnej opinii serwuje najlepsze pierogi w mieście, przy okazji oferując je w najlepszej cenie :) A mowa o lokalu “Co ludzie powiedzą...” usytuowanym przy zbiegu ulic Rąbieńskiej i Kwiatowej.
         Z zewnątrz knajpka nie prezentuje się zbyt okazale. Ot, zielonkawy budyneczek z daszkiem i zawieszonym na frontowej ścianie banerem z nazwą i logo pierogarni. Ciężko powiedzieć by ten wygląd zachęcał do wejścia, z drugiej jednak strony pamiętajmy, że mamy do czynienia z małą knajpką na obrzeżach miasta a nie prestiżowym lokalem w centrum. Mimo wszystko, mogłoby to wyglądać ciutkę lepiej. Wnętrze również utrzymane jest w spartańskim stylu. Po lewo znajduje się skromy samoobsługowy bar. Główna sala ulokowana po prawo wita zaś pomalowanymi na fioletowo ścianami z paroma obrazkami, czarno-białymi kafelkami na podłodze i prostymi stołami. Widać, że to miejsce na szybki obiad po pracy a nie długie wieczory ze znajomymi. I na tym narzekanie się kończy :)
       Choć danie musimy zamówić samemu przy barze, to resztą zajmie się już obsługa. Nam przyjdzie tylko poczekać na doniesienie pierogów do stolika a i to nie będzie trwać długo. Na ogół po 7-10 minutach możemy się już delektować najlepszymi pierożkami w mieście. Obsługa jest zaś miła i uśmiechnięta, można się poczuć jak u siebie w domu.
        Pora na meritum. W menu pierogi z kapustą i grzybami, ruskie, z mięsem, z mięsem i kapustą, ze szpinakiem i serem feta, żółto-serowe, z owocami, z kaszą i grzybami. Jest więc w czym wybierać i każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Jest też barszczyk czerwony, herbata i kawa. Jeżeli nie lubisz więc pierogów, nie masz tu czego szukać, ale jak można nie lubić pierogów?!? Szczególnie tak dobrych jak te z “Co ludzie powiedzą...” Możemy wybrać zestaw za 7zł lub 10zł lub po prostu kupić tyle sztuk pierogów ile chcemy płacąc po 1zł za sztukę. Przy czym dodać muszę, że pierogi są naprawdę konkretnych rozmiarów, przynajmniej dwukrotnie większe od klasycznych mrożonych pierogów ze sklepu. Co za tym idzie, omawiana pierogarnia jest najtańszym miejscem w Łodzi, które pozwoli nam dobrze najeść się do syta za małe pieniądze. Pierogi są tak duże, że mi w zupełności wystarcza zestaw za 7zł + barszczyk. Dzięki temu, za niecałe 10zł jestem pełen :)
        Same pierogi są zaś rewelacyjne. Po 5 wizytach i częstym braniu zamówienia na wynos, spróbowałem już większości z nich. Polecam szczególnie pierogi z mięsem, kaszą i grzybami i pierogi na słodko z owocami. Ciasto po prostu idealne, dobrze rozwałkowane, gładziutkie i lekko elastyczne ale niezbyt kleiste. Om nom nom! Farsze również na bardzo dobrym poziomie! Szczególnie mięsny, bardzo wyrazisty w smaku i sycący. A okrasa, prawie pierwsza klasa, przydałoby się tylko więcej skwarków :) Do „Co ludzie powiedzą...” zaciągnąłem nawet moją mamę, babcię i dziadka. Każdy wyszedł zadowolony. Słowa uznania należą się również za barszczyk czerwony – esencjonalny, bardzo wyrazisty w smaku i rozgrzewający! Zresztą, najlepszym dowodem na to, że w lokalu można smacznie zjeść, jest ilość klientów, którzy przewijają się przez to miejsce. Tylko podczas jednego 30 minutowego pobytu w pierogarni naliczyłem 10 osób które wstąpiły na chwilkę by kupić pierogi na wynos. Sam zresztą nadal mam w zamrażarce kilka sztuk :)
         Jeżeli lubicie dobrze i tanio zjeść, jeżeli kochacie pierogi, jeżeli nie macie czasu samemu zrobić obiadu a nie chcecie kupować mrożonych pierogów, koniecznie wpadnijcie do „Co ludzie powiedzą”. To jedno z tych miejsc, które pomimo odległości od centrum warto odwiedzić, by przekonać się na czym polega dobry pieróg! Do pełni szczęścia brakuje tylko ładniejszego i przytulniejszego wnętrza. Mimo wszystko na pytanie „Co ludzie powiedzą?” odpowiem – tak trzymać!

EDIT z 10.10.13. Od napisania recenzji byłem w lokalu już wiele razy. Cieszy się olbrzymim powodzeniem, a obsługa ma pełne roboty. Często zdarza się przez to, że o godzinie 13-14 już brakuje jakiś pierogów. Każdemu polecam wcześniej dzwonić do lokalu i zamawiać sobie porcję, tak by później nie obejść się smakiem!
Zapraszamy do polubienia nas na Facebooku: https://www.facebook.com/foodfetishpolodzku

Wszelkie zdjęcia i grafiki z wyłączeniem logo pierogarni są mojego autorstwa. Wszelkie prawa zastrzeżone.

wtorek, 11 czerwca 2013

Festiwal Dobrego Smaku - Łódź ma się czym pochwalić!

Na wstępie należą się Wam słowa przeprosin za tak długą przerwę pomiędzy tym a ostatnim wpisem. Niestety nawał pracy, wyjazdy i sprawy osobiste nie pozwoliły mi na poświęcenie blogowi należytej ilości czasu. Najwyższa pora zacząć nadrabiać zaległości!
Zacznę jednak nietypowo - gościnną fotorelacją z kolejnego Festiwalu Dobrego Smaku, który odbył się podczas ostatnich dni w naszym mieście. Tekst i zdjęcia autorstwa Karoliny Kozowicz, towarzyszącej mi podczas sobotniego spaceru po festiwalowych lokalach do przeczytania poniżej. Treści kursywą w nawiasach pisane to moje votum addendum w sprawie :)
Od czwartku, 6 czerwca do niedzieli włącznie, trwała X edycja fantastycznego łódzkiego Festiwalu Dobrego Smaku. Celebracja jedzenia odbywa się na wiele sposobów, nic dziwnego, że wzbudza ogromne zainteresowanie wśród mieszkańców naszego miasta. Kulinarne warsztaty, przegląd filmów, pokazy, konkursy, a przede wszystkim tworzony przez Łodzian ranking najlepszych (zgłoszonych) łódzkich lokali.
Nie mogłam przegapić takiej okazji promocji miasta i sama wzięłam w sobotę udział w zabawie. Polegała ona na odwiedzeniu lokali zgłoszonych do Festiwalu i wypróbowaniu polecanych dań w stałej cenie 10zł (restauracje) i 7zł (kawiarnie). Porcje były niewielkie, ale po piątej degustacji mój brzuch, pomimo przyjemnych spacerów pomiędzy lokalami, był już przepełniony różnościami do granic możliwości.
Pisząc we wstępie o wielkim zainteresowaniu Festiwalem, miałam na na myśli długie kolejki w oczekiwaniu na stolik we wszystkich miejscach, jakie mijaliśmy. Część z nich okazała się dla nas zbyt dużą przeszkodą, a w części lokali, jak np. w Drukarni. Skład chleba i wina, po pewnym czasie (i niestety w naszej pory obiadowej) po prostu zabrakło popisowych dań.
Rozpoczęliśmy w Titi, restauracji, która nawiązała do filmowego charakteru tegorocznej edycji Festiwalu i swój pomysł na promocję lokalu skupiła wokół filmu „Przepiórki w płatkach róży”. Wystarczy wspomnieć o głównej bohaterce filmu imieniem Tita – filmu, który był wyświetlany w lokalu, podczas gdy gościom było podawane danie dnia – przepiórki w płatkach róży. (Pierwszy raz miałem okazję spróbować mięsa przepiórczego - spodziewałem się, że będzie bardziej delikatne w smaku, zbliżone może do żabich udek. Mięso podano na przeciętnym puree ziemniaczanym z białymi warzywami i sosem. Ocena dania - 5/10)
Następnie, udaliśmy się do ukrytej w bramie na Piotrkowskiej, Servantki. Udało nam się szybko zdobyć wolny stolik i z przyjemnością zjeść pyszne Pielmieni syberyjskie. Nadziewane pierożki idealnie komponowały się z romantycznym charakterem lokalu. (Servantka  po raz kolejny stanęła na wysokości zadania. W moim odczuciu to jedna z lepszych restauracji w mieście. Pielmieni było doskonałe w smaku i perfekcyjnie, estetycznie podane. Ocena dania - 8/10. Recenzja Servantki - click!)
Obiadową część zakończyliśmy w La Stradzie, gdzie daniem – niespodzianką, pod słodkim tytułem „La dolce Vita”, okazał się... pasztet z wątróbek drobiowych na polencie gotowanej na mleku z dodatkiem chili. Włoska restauracja przygotowała odważne menu i choć danie wyglądało pięknie, to dla niewprawnego degustatora (jak ja), mogło wydać się zbyt wyrafinowane. Niemniej jednak, cieszę się, że spróbowałam czegoś nowego. (Faktycznie, danie La Strady to odważna propozycja, szczególnie że sporo osób, w tym ja, nie przepada za wątróbką. Ładnie podane i wyszukane w smaku, podobnie jak koleżance, La dolce Vita nie przypadło mi do gustu. Na dodatek nazwa potrawy może mylić. Spodziewasz się słodkości a dostajesz pasztet z wątróbki... Ocena dania - 4/10. Szkoda, że w lokalu poza festiwalowym daniem nie można było tego dnia zamówić innych pozycji z karty. Na pizzę z Nutellą i malinami zawitam więc do knajpki innym razem)
Po tych wszystkich przygodach restauracyjnych, zdecydowaliśmy się na deser w pobliskim Niebostanie, gdzie serwowali Panny z Wilka i kawę. Pomimo późnej godziny, w lokalu wszystkie stoliki, pufy, parapety, krzesła były zajęte. Łodzian nie zniechęcił remont w tej części ul. Piotrkowskiej i wszyscy chętnie spacerowali, nawet po rozkopanej nawierzchni, pomiędzy wiszącymi kablami i stojącymi blokami kamieni. (Panny z Wilka okazały się być truskawkami z prawdziwą bitą śmietaną serwowanymi na kruszonce zbożowej. Idealny deser na letnie wieczory, świetnie komponujący się z delikatnym cappuccino. Ocena deseru - 7/10. Co do samego lokalu, sporo łez uroniłem po zamknięciu Jazzgi, Niebostan jest jednak lokalem, który, choć całkowicie różni się charakterem od wcześniejszego klubu, szybko podbił moje serce)
Ostatnim lokalem Festiwalu Dobrego Smaku, który odwiedziliśmy była cukiernia Pani Cupcake. Sądzę, że trudno było wybrać lepsze miejsce na zakończenie wieczoru. Poza pyszną babeczką i kawą, znaleźliśmy tu wspaniałą atmosferę, jaka roztacza się w całym podwórzu Piotrkowskiej 89. (To prawda, podwórko Secesji to jedno z najprzyjemniejszych miejsc na chwilę wytchnienia podczas letnich wieczorów w Łodzi. Sernikowy Brownie w wiśniowym dressingu i kolejna kawka stanowiły zaś perfekcyjne zakończenie sobotniej eskapady, które umiliła również przesympatyczna, śliczna kelnerka z Pani Cupcake. Ocena deseru - 6/10)
Żałuję, że nie mogłam zwiedzić i z należytym uznaniem opisać dań wszystkich 34 lokali, choć wiem, że byli wytrwalsi Łodzianie, którzy spróbowali znacznie więcej potraw niż ja. Koniecznie śledźcie stronę http://festiwaldobregosmaku.eu/ (tam też znajdziecie pełną listę lokali i przygotowanych atrakcji), aby dowiedzieć się, który lokal zdobył największe uznanie. Festiwal Dobrego Smaku jest wyjątkowym wydarzeniem. Jestem dumna, że to w naszym mieście rozwijają się takie inicjatywy. Oby więcej!

Ja też rad jestem, że to właśnie w Łodzi powstał i odbywa się tak przedni festiwal. Żałować można jedynie, że popisowe porcje były mniejsze niż roku temu. Być może (jak to słusznie zauważył mój znajomy) część restauracji odkryła, że poza promocją lokalu, może na festiwalu jeszcze troszkę zarobić. Z drugiej strony, nie możemy mieć im tego za złe. Festiwal ma na celu rozpropagować łódzkie lokale i umożliwić nam skosztowanie ciekawych dań w rozsądnej cenie, a nie najedzenie się do syta za grosze ;)

Czekam na Wasze opinie! Które festiwalowe restauracje i potrawy najbardziej przypadły Wam do gustu?
Na koniec pragnę podziękować Karolinie za gościnny wpis na łamach Food Fetish po łódzku a Was zaprosić na jej własną stronę - Oby Łódź. Znajdziecie tam wiele ciekawych wpisów dotyczących naszego miasta. Pozdrawiam!

niedziela, 7 kwietnia 2013

Mia Cucina Łódź - bo nadal kochamy włoskie knajpki!

                Patrząc na mapę łódzkich lokali i obecne trendy kulinarne ulicy wydawać mogłoby się, że miasto nie potrzebuje kolejnej restauracji specjalizującej się w kuchni włoskiej. Łodzianie coraz więcej eksperymentują, poszukują nowych smaków, a Ci, którzy mimo wszystko pragną dobrego spaghetti czy pizzy doskonale wiedzą gdzie się udać. Swoją pozycję ugruntowało już Pomodoro, Tari Bari, La Strada, Restauracja Gronowalski czy Bellanapoli. Z drugiej strony ciężka sytuacja Ristorante Doneda, tajemnicze zamknięcie Locandy (choć na lokalu wiszą już banery informujące o zmianach), czy świecące pustkami Marcello Magdy Gessler, tworzą lukę, w którą idealnie wpasowała się jednak nowo otwarta restauracja Mia Cucina (wł. Moja Kuchnia) mieszcząca się przy ulicy Wigury 13, nieopodal Galerii Łódzkiej. Co niektórzy z pewnością skojarzą adres z mieszczącą się tam wcześniej Prowokacją.
               Z zewnątrz lokal prezentuje się bardzo dobrze – odnowiona i odmalowana fasada, podświetlany szyld z ładnym logo i gablotka z menu zachęcają do wstąpienia. Wewnątrz przytulnie i bez zbędnego przepychu. Dominują beże na ścianach i brązy na podłogach; co jeszcze - wygodne krzesła i stoliki z charakterystycznymi obrusami w czerwoną kratę. Wzrok przykuwają zawieszone na murach drewniane okiennice ze zdjęciami uliczek i winnic Italii. Wieczorem przyjemne, ciepłe oświetlenie. Do wystroju naprawdę nie można mieć żadnych zastrzeżeń, choć ciężko też powiedzieć by był on wyjątkowy i nietuzinkowy. Dopełnieniem włoskiego klimatu jest sącząca się z głośników muzyka. W Mia Cucina z pewnością dobrze poczują się osoby nieco starsze, dla licealistów może być tam zbyt sztywno, bo w gruncie rzeczy, pod względem atmosfery, to taki lokal pośredni pomiędzy Pomodoro a Ristorante Doneda.
               Zerknijmy w kartę dań. Dominują klasyczne pozycje włoskiego menu. Przystawki w postaci bruschetty, carpaccio czy grillowanych warzyw, kilka sałatek i zup. Nie mogło zabraknąć makaronów, dań mięsnych i pizzy. Standardy przełamują jednak takie propozycje jak łosoś pieczony w wiśniach, czy pstrąg w sosie musztardowym. Polecić można również doskonałe herbaty Richmond. Ceny – bardzo umiarkowane, znajdziemy pozycje stosunkowo tanie jak i nieco droższe.  Sałatki kosztują średnio 15zł, zupy 10zł,  pasty i pizza między 20 a 25zł. Za obiad z napojem nie przyjdzie nam więc zapłacić więcej niż 30zł, koszt kolacji z przystawkami, deserem i kieliszkiem wina to wydatek rzędu 50zł.
               A czy dania warte są swej ceny? Ja skusiłem się na zupę – pomidorowe pole, pizzę funghi nobili z grzybami leśnymi i truflami i herbatę smakową Richmond – za wszystko zapłaciłem 42zł i był to w pełni uzasadniony wydatek. Krem z pomidorów był wyśmienity, podany z serem i ostrym Pesto, przyjemnie rozgrzewał i podrażniał kubki smakowe (lepszy jadłem tylko w Marcello). Pizza również nie budziła większych zastrzeżeń, praktycznie rzecz biorąc była tylko niewiele gorsza od tej w Pomodoro, choć trufle ciężko było mi w niej jednak wyczuć. Ciasto lekko kruche i niezbyt grube, składniki świeże, smaczna oliwa i oczywiście brak sosów. W skrócie – dobra, tradycyjna włoska pizza. Dania zamówione przez znajomych również im smakowały. 
               Moje zastrzeżenia budził jedynie łosoś pieczony w wiśniach serwowany z grillowanymi warzywami. Pięknie podany, pobudzał apetyt samym swoim wyglądem. W praktyce jednak połączenie smaku ryby ze słodką konfiturą wiśniową i warzywami zupełnie mi nie odpowiadało, podobnie koledze, który danie zamówił. Składniki, zamiast się ładnie komponować gryzły się ze sobą niemiłosiernie.
               Obsługa miła i zaangażowana. Co prawda byliśmy w Mia Cucina niecałe 2 tygodnie po jej otwarciu, trudno więc się spodziewać, by było inaczej. Mały minus za niedoinformowanie kelnerki. Na pytanie o wielkość pizzy usłyszałem po chwili namysłu odpowiedź, że jest tak duża, że zajmuje cały talerz :) Pozostaje mieć nadzieję, że z czasem zmieni się to na lepsze, a klient dowie się chociaż ile ten talerz ma centymetrów średnicy :) Pomimo małej wpadki obsłużeni byliśmy sprawnie, z uśmiechem i w miarę szybko.
               Podsumowując, Mia Cucina to przyjemna, mała knajpka, w której za rozsądną cenę przyjdzie nam smacznie zjeść specjały włoskiej kuchni. To dobre miejsce na niedzielny obiad, spokojną kolację w niewielkim gronie, czy romantyczne spotkanie we dwoje. Być może nie wszystkie dania stoją tu na tak samo dobrym poziomie, jeżeli nie nastawiacie się jednak na kuchenne rewolucje czy kuchnię autorską najwyższych lotów, lokal z pewnością przypadnie Wam do gustu. Wstąpcie i przekonajcie się sami. Buon appetito!

POLUB NAS RÓWNIEŻ NA FACEBOOK'U: Food Fetish po łódzku

           Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego logo jak i zdjęć lokalu i potraw. Pochodzą one z oficjalnej strony restauracji. Więcej na: http://www.mia-cucina.pl/