niedziela, 30 czerwca 2013

Pierogarnia Co ludzie powiedzą Łódź - najlepsze pierogi w mieście!

       Kocham dania mączne – makarony, naleśniki, kopytka, knedle, leniwe...nawet prażoki wolę od normalnych tłuczonych. Nie ma jednak wg mnie lepszego dania mącznego niż pierogi. Gdziekolwiek bym nie był, jeżeli widzę je w menu, muszę ich spróbować, a górskie schronisko bez pierogów w karcie dań nie powinno się w moim odczuciu w ogóle nazywać schroniskiem! W Łodzi pierogów próbowałem już w wielu miejscach, począwszy od nieistniejącej już Planety, poprzez Pierrogerię w Manufakturze, Pozytyvkę, Teremoka, PierrRogi 69, Kaszę i Grzyby, na knajpach w stylu Chłopska Izba skończywszy.
        Dzisiejszy wpis będzie jednak o małej, niepozornej pierogarni mieszczącej się na obrzeżach Teofilowa. Pierogarni, która w mojej skromnej opinii serwuje najlepsze pierogi w mieście, przy okazji oferując je w najlepszej cenie :) A mowa o lokalu “Co ludzie powiedzą...” usytuowanym przy zbiegu ulic Rąbieńskiej i Kwiatowej.
         Z zewnątrz knajpka nie prezentuje się zbyt okazale. Ot, zielonkawy budyneczek z daszkiem i zawieszonym na frontowej ścianie banerem z nazwą i logo pierogarni. Ciężko powiedzieć by ten wygląd zachęcał do wejścia, z drugiej jednak strony pamiętajmy, że mamy do czynienia z małą knajpką na obrzeżach miasta a nie prestiżowym lokalem w centrum. Mimo wszystko, mogłoby to wyglądać ciutkę lepiej. Wnętrze również utrzymane jest w spartańskim stylu. Po lewo znajduje się skromy samoobsługowy bar. Główna sala ulokowana po prawo wita zaś pomalowanymi na fioletowo ścianami z paroma obrazkami, czarno-białymi kafelkami na podłodze i prostymi stołami. Widać, że to miejsce na szybki obiad po pracy a nie długie wieczory ze znajomymi. I na tym narzekanie się kończy :)
       Choć danie musimy zamówić samemu przy barze, to resztą zajmie się już obsługa. Nam przyjdzie tylko poczekać na doniesienie pierogów do stolika a i to nie będzie trwać długo. Na ogół po 7-10 minutach możemy się już delektować najlepszymi pierożkami w mieście. Obsługa jest zaś miła i uśmiechnięta, można się poczuć jak u siebie w domu.
        Pora na meritum. W menu pierogi z kapustą i grzybami, ruskie, z mięsem, z mięsem i kapustą, ze szpinakiem i serem feta, żółto-serowe, z owocami, z kaszą i grzybami. Jest więc w czym wybierać i każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Jest też barszczyk czerwony, herbata i kawa. Jeżeli nie lubisz więc pierogów, nie masz tu czego szukać, ale jak można nie lubić pierogów?!? Szczególnie tak dobrych jak te z “Co ludzie powiedzą...” Możemy wybrać zestaw za 7zł lub 10zł lub po prostu kupić tyle sztuk pierogów ile chcemy płacąc po 1zł za sztukę. Przy czym dodać muszę, że pierogi są naprawdę konkretnych rozmiarów, przynajmniej dwukrotnie większe od klasycznych mrożonych pierogów ze sklepu. Co za tym idzie, omawiana pierogarnia jest najtańszym miejscem w Łodzi, które pozwoli nam dobrze najeść się do syta za małe pieniądze. Pierogi są tak duże, że mi w zupełności wystarcza zestaw za 7zł + barszczyk. Dzięki temu, za niecałe 10zł jestem pełen :)
        Same pierogi są zaś rewelacyjne. Po 5 wizytach i częstym braniu zamówienia na wynos, spróbowałem już większości z nich. Polecam szczególnie pierogi z mięsem, kaszą i grzybami i pierogi na słodko z owocami. Ciasto po prostu idealne, dobrze rozwałkowane, gładziutkie i lekko elastyczne ale niezbyt kleiste. Om nom nom! Farsze również na bardzo dobrym poziomie! Szczególnie mięsny, bardzo wyrazisty w smaku i sycący. A okrasa, prawie pierwsza klasa, przydałoby się tylko więcej skwarków :) Do „Co ludzie powiedzą...” zaciągnąłem nawet moją mamę, babcię i dziadka. Każdy wyszedł zadowolony. Słowa uznania należą się również za barszczyk czerwony – esencjonalny, bardzo wyrazisty w smaku i rozgrzewający! Zresztą, najlepszym dowodem na to, że w lokalu można smacznie zjeść, jest ilość klientów, którzy przewijają się przez to miejsce. Tylko podczas jednego 30 minutowego pobytu w pierogarni naliczyłem 10 osób które wstąpiły na chwilkę by kupić pierogi na wynos. Sam zresztą nadal mam w zamrażarce kilka sztuk :)
         Jeżeli lubicie dobrze i tanio zjeść, jeżeli kochacie pierogi, jeżeli nie macie czasu samemu zrobić obiadu a nie chcecie kupować mrożonych pierogów, koniecznie wpadnijcie do „Co ludzie powiedzą”. To jedno z tych miejsc, które pomimo odległości od centrum warto odwiedzić, by przekonać się na czym polega dobry pieróg! Do pełni szczęścia brakuje tylko ładniejszego i przytulniejszego wnętrza. Mimo wszystko na pytanie „Co ludzie powiedzą?” odpowiem – tak trzymać!

EDIT z 10.10.13. Od napisania recenzji byłem w lokalu już wiele razy. Cieszy się olbrzymim powodzeniem, a obsługa ma pełne roboty. Często zdarza się przez to, że o godzinie 13-14 już brakuje jakiś pierogów. Każdemu polecam wcześniej dzwonić do lokalu i zamawiać sobie porcję, tak by później nie obejść się smakiem!
Zapraszamy do polubienia nas na Facebooku: https://www.facebook.com/foodfetishpolodzku

Wszelkie zdjęcia i grafiki z wyłączeniem logo pierogarni są mojego autorstwa. Wszelkie prawa zastrzeżone.

wtorek, 11 czerwca 2013

Festiwal Dobrego Smaku - Łódź ma się czym pochwalić!

Na wstępie należą się Wam słowa przeprosin za tak długą przerwę pomiędzy tym a ostatnim wpisem. Niestety nawał pracy, wyjazdy i sprawy osobiste nie pozwoliły mi na poświęcenie blogowi należytej ilości czasu. Najwyższa pora zacząć nadrabiać zaległości!
Zacznę jednak nietypowo - gościnną fotorelacją z kolejnego Festiwalu Dobrego Smaku, który odbył się podczas ostatnich dni w naszym mieście. Tekst i zdjęcia autorstwa Karoliny Kozowicz, towarzyszącej mi podczas sobotniego spaceru po festiwalowych lokalach do przeczytania poniżej. Treści kursywą w nawiasach pisane to moje votum addendum w sprawie :)
Od czwartku, 6 czerwca do niedzieli włącznie, trwała X edycja fantastycznego łódzkiego Festiwalu Dobrego Smaku. Celebracja jedzenia odbywa się na wiele sposobów, nic dziwnego, że wzbudza ogromne zainteresowanie wśród mieszkańców naszego miasta. Kulinarne warsztaty, przegląd filmów, pokazy, konkursy, a przede wszystkim tworzony przez Łodzian ranking najlepszych (zgłoszonych) łódzkich lokali.
Nie mogłam przegapić takiej okazji promocji miasta i sama wzięłam w sobotę udział w zabawie. Polegała ona na odwiedzeniu lokali zgłoszonych do Festiwalu i wypróbowaniu polecanych dań w stałej cenie 10zł (restauracje) i 7zł (kawiarnie). Porcje były niewielkie, ale po piątej degustacji mój brzuch, pomimo przyjemnych spacerów pomiędzy lokalami, był już przepełniony różnościami do granic możliwości.
Pisząc we wstępie o wielkim zainteresowaniu Festiwalem, miałam na na myśli długie kolejki w oczekiwaniu na stolik we wszystkich miejscach, jakie mijaliśmy. Część z nich okazała się dla nas zbyt dużą przeszkodą, a w części lokali, jak np. w Drukarni. Skład chleba i wina, po pewnym czasie (i niestety w naszej pory obiadowej) po prostu zabrakło popisowych dań.
Rozpoczęliśmy w Titi, restauracji, która nawiązała do filmowego charakteru tegorocznej edycji Festiwalu i swój pomysł na promocję lokalu skupiła wokół filmu „Przepiórki w płatkach róży”. Wystarczy wspomnieć o głównej bohaterce filmu imieniem Tita – filmu, który był wyświetlany w lokalu, podczas gdy gościom było podawane danie dnia – przepiórki w płatkach róży. (Pierwszy raz miałem okazję spróbować mięsa przepiórczego - spodziewałem się, że będzie bardziej delikatne w smaku, zbliżone może do żabich udek. Mięso podano na przeciętnym puree ziemniaczanym z białymi warzywami i sosem. Ocena dania - 5/10)
Następnie, udaliśmy się do ukrytej w bramie na Piotrkowskiej, Servantki. Udało nam się szybko zdobyć wolny stolik i z przyjemnością zjeść pyszne Pielmieni syberyjskie. Nadziewane pierożki idealnie komponowały się z romantycznym charakterem lokalu. (Servantka  po raz kolejny stanęła na wysokości zadania. W moim odczuciu to jedna z lepszych restauracji w mieście. Pielmieni było doskonałe w smaku i perfekcyjnie, estetycznie podane. Ocena dania - 8/10. Recenzja Servantki - click!)
Obiadową część zakończyliśmy w La Stradzie, gdzie daniem – niespodzianką, pod słodkim tytułem „La dolce Vita”, okazał się... pasztet z wątróbek drobiowych na polencie gotowanej na mleku z dodatkiem chili. Włoska restauracja przygotowała odważne menu i choć danie wyglądało pięknie, to dla niewprawnego degustatora (jak ja), mogło wydać się zbyt wyrafinowane. Niemniej jednak, cieszę się, że spróbowałam czegoś nowego. (Faktycznie, danie La Strady to odważna propozycja, szczególnie że sporo osób, w tym ja, nie przepada za wątróbką. Ładnie podane i wyszukane w smaku, podobnie jak koleżance, La dolce Vita nie przypadło mi do gustu. Na dodatek nazwa potrawy może mylić. Spodziewasz się słodkości a dostajesz pasztet z wątróbki... Ocena dania - 4/10. Szkoda, że w lokalu poza festiwalowym daniem nie można było tego dnia zamówić innych pozycji z karty. Na pizzę z Nutellą i malinami zawitam więc do knajpki innym razem)
Po tych wszystkich przygodach restauracyjnych, zdecydowaliśmy się na deser w pobliskim Niebostanie, gdzie serwowali Panny z Wilka i kawę. Pomimo późnej godziny, w lokalu wszystkie stoliki, pufy, parapety, krzesła były zajęte. Łodzian nie zniechęcił remont w tej części ul. Piotrkowskiej i wszyscy chętnie spacerowali, nawet po rozkopanej nawierzchni, pomiędzy wiszącymi kablami i stojącymi blokami kamieni. (Panny z Wilka okazały się być truskawkami z prawdziwą bitą śmietaną serwowanymi na kruszonce zbożowej. Idealny deser na letnie wieczory, świetnie komponujący się z delikatnym cappuccino. Ocena deseru - 7/10. Co do samego lokalu, sporo łez uroniłem po zamknięciu Jazzgi, Niebostan jest jednak lokalem, który, choć całkowicie różni się charakterem od wcześniejszego klubu, szybko podbił moje serce)
Ostatnim lokalem Festiwalu Dobrego Smaku, który odwiedziliśmy była cukiernia Pani Cupcake. Sądzę, że trudno było wybrać lepsze miejsce na zakończenie wieczoru. Poza pyszną babeczką i kawą, znaleźliśmy tu wspaniałą atmosferę, jaka roztacza się w całym podwórzu Piotrkowskiej 89. (To prawda, podwórko Secesji to jedno z najprzyjemniejszych miejsc na chwilę wytchnienia podczas letnich wieczorów w Łodzi. Sernikowy Brownie w wiśniowym dressingu i kolejna kawka stanowiły zaś perfekcyjne zakończenie sobotniej eskapady, które umiliła również przesympatyczna, śliczna kelnerka z Pani Cupcake. Ocena deseru - 6/10)
Żałuję, że nie mogłam zwiedzić i z należytym uznaniem opisać dań wszystkich 34 lokali, choć wiem, że byli wytrwalsi Łodzianie, którzy spróbowali znacznie więcej potraw niż ja. Koniecznie śledźcie stronę http://festiwaldobregosmaku.eu/ (tam też znajdziecie pełną listę lokali i przygotowanych atrakcji), aby dowiedzieć się, który lokal zdobył największe uznanie. Festiwal Dobrego Smaku jest wyjątkowym wydarzeniem. Jestem dumna, że to w naszym mieście rozwijają się takie inicjatywy. Oby więcej!

Ja też rad jestem, że to właśnie w Łodzi powstał i odbywa się tak przedni festiwal. Żałować można jedynie, że popisowe porcje były mniejsze niż roku temu. Być może (jak to słusznie zauważył mój znajomy) część restauracji odkryła, że poza promocją lokalu, może na festiwalu jeszcze troszkę zarobić. Z drugiej strony, nie możemy mieć im tego za złe. Festiwal ma na celu rozpropagować łódzkie lokale i umożliwić nam skosztowanie ciekawych dań w rozsądnej cenie, a nie najedzenie się do syta za grosze ;)

Czekam na Wasze opinie! Które festiwalowe restauracje i potrawy najbardziej przypadły Wam do gustu?
Na koniec pragnę podziękować Karolinie za gościnny wpis na łamach Food Fetish po łódzku a Was zaprosić na jej własną stronę - Oby Łódź. Znajdziecie tam wiele ciekawych wpisów dotyczących naszego miasta. Pozdrawiam!

niedziela, 7 kwietnia 2013

Mia Cucina Łódź - bo nadal kochamy włoskie knajpki!

                Patrząc na mapę łódzkich lokali i obecne trendy kulinarne ulicy wydawać mogłoby się, że miasto nie potrzebuje kolejnej restauracji specjalizującej się w kuchni włoskiej. Łodzianie coraz więcej eksperymentują, poszukują nowych smaków, a Ci, którzy mimo wszystko pragną dobrego spaghetti czy pizzy doskonale wiedzą gdzie się udać. Swoją pozycję ugruntowało już Pomodoro, Tari Bari, La Strada, Restauracja Gronowalski czy Bellanapoli. Z drugiej strony ciężka sytuacja Ristorante Doneda, tajemnicze zamknięcie Locandy (choć na lokalu wiszą już banery informujące o zmianach), czy świecące pustkami Marcello Magdy Gessler, tworzą lukę, w którą idealnie wpasowała się jednak nowo otwarta restauracja Mia Cucina (wł. Moja Kuchnia) mieszcząca się przy ulicy Wigury 13, nieopodal Galerii Łódzkiej. Co niektórzy z pewnością skojarzą adres z mieszczącą się tam wcześniej Prowokacją.
               Z zewnątrz lokal prezentuje się bardzo dobrze – odnowiona i odmalowana fasada, podświetlany szyld z ładnym logo i gablotka z menu zachęcają do wstąpienia. Wewnątrz przytulnie i bez zbędnego przepychu. Dominują beże na ścianach i brązy na podłogach; co jeszcze - wygodne krzesła i stoliki z charakterystycznymi obrusami w czerwoną kratę. Wzrok przykuwają zawieszone na murach drewniane okiennice ze zdjęciami uliczek i winnic Italii. Wieczorem przyjemne, ciepłe oświetlenie. Do wystroju naprawdę nie można mieć żadnych zastrzeżeń, choć ciężko też powiedzieć by był on wyjątkowy i nietuzinkowy. Dopełnieniem włoskiego klimatu jest sącząca się z głośników muzyka. W Mia Cucina z pewnością dobrze poczują się osoby nieco starsze, dla licealistów może być tam zbyt sztywno, bo w gruncie rzeczy, pod względem atmosfery, to taki lokal pośredni pomiędzy Pomodoro a Ristorante Doneda.
               Zerknijmy w kartę dań. Dominują klasyczne pozycje włoskiego menu. Przystawki w postaci bruschetty, carpaccio czy grillowanych warzyw, kilka sałatek i zup. Nie mogło zabraknąć makaronów, dań mięsnych i pizzy. Standardy przełamują jednak takie propozycje jak łosoś pieczony w wiśniach, czy pstrąg w sosie musztardowym. Polecić można również doskonałe herbaty Richmond. Ceny – bardzo umiarkowane, znajdziemy pozycje stosunkowo tanie jak i nieco droższe.  Sałatki kosztują średnio 15zł, zupy 10zł,  pasty i pizza między 20 a 25zł. Za obiad z napojem nie przyjdzie nam więc zapłacić więcej niż 30zł, koszt kolacji z przystawkami, deserem i kieliszkiem wina to wydatek rzędu 50zł.
               A czy dania warte są swej ceny? Ja skusiłem się na zupę – pomidorowe pole, pizzę funghi nobili z grzybami leśnymi i truflami i herbatę smakową Richmond – za wszystko zapłaciłem 42zł i był to w pełni uzasadniony wydatek. Krem z pomidorów był wyśmienity, podany z serem i ostrym Pesto, przyjemnie rozgrzewał i podrażniał kubki smakowe (lepszy jadłem tylko w Marcello). Pizza również nie budziła większych zastrzeżeń, praktycznie rzecz biorąc była tylko niewiele gorsza od tej w Pomodoro, choć trufle ciężko było mi w niej jednak wyczuć. Ciasto lekko kruche i niezbyt grube, składniki świeże, smaczna oliwa i oczywiście brak sosów. W skrócie – dobra, tradycyjna włoska pizza. Dania zamówione przez znajomych również im smakowały. 
               Moje zastrzeżenia budził jedynie łosoś pieczony w wiśniach serwowany z grillowanymi warzywami. Pięknie podany, pobudzał apetyt samym swoim wyglądem. W praktyce jednak połączenie smaku ryby ze słodką konfiturą wiśniową i warzywami zupełnie mi nie odpowiadało, podobnie koledze, który danie zamówił. Składniki, zamiast się ładnie komponować gryzły się ze sobą niemiłosiernie.
               Obsługa miła i zaangażowana. Co prawda byliśmy w Mia Cucina niecałe 2 tygodnie po jej otwarciu, trudno więc się spodziewać, by było inaczej. Mały minus za niedoinformowanie kelnerki. Na pytanie o wielkość pizzy usłyszałem po chwili namysłu odpowiedź, że jest tak duża, że zajmuje cały talerz :) Pozostaje mieć nadzieję, że z czasem zmieni się to na lepsze, a klient dowie się chociaż ile ten talerz ma centymetrów średnicy :) Pomimo małej wpadki obsłużeni byliśmy sprawnie, z uśmiechem i w miarę szybko.
               Podsumowując, Mia Cucina to przyjemna, mała knajpka, w której za rozsądną cenę przyjdzie nam smacznie zjeść specjały włoskiej kuchni. To dobre miejsce na niedzielny obiad, spokojną kolację w niewielkim gronie, czy romantyczne spotkanie we dwoje. Być może nie wszystkie dania stoją tu na tak samo dobrym poziomie, jeżeli nie nastawiacie się jednak na kuchenne rewolucje czy kuchnię autorską najwyższych lotów, lokal z pewnością przypadnie Wam do gustu. Wstąpcie i przekonajcie się sami. Buon appetito!

POLUB NAS RÓWNIEŻ NA FACEBOOK'U: Food Fetish po łódzku

           Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego logo jak i zdjęć lokalu i potraw. Pochodzą one z oficjalnej strony restauracji. Więcej na: http://www.mia-cucina.pl/

niedziela, 24 marca 2013

Ha Long Łódź - gdzie na chińskie?

            Jeszcze do niedawna Łódź stała barami z tanim, chińskim jedzeniem. Ostatnimi czasy liczba blaszaków serwujących niedrogie sajgonki, kurczaki w 5-smakach i gon-bao regularnie jednak spada. Coraz więcej Łodzian odkryło, że tanio i smacznie można zjeść nie tylko w kebab housie czy chińskiej budce, a dawne China Town przemieniło się w wylęgarnię ciekawych lokali z nietuzinkowym menu.
            Nie oznacza to jednak wcale, że w Łodzi nie ma już gdzie zasmakować orientalnej kuchni na wysokim poziomie. Dla ceniących sobie ciszę i oderwanie od miejskiego zgiełku dobrym miejscem będzie Złota Kaczka na ulicy Rąbieńskiej. Jeżeli często odwiedzacie Manufakturę, koniecznie wstąpcie na tajskie przysmaki do Hot Spoona, miłośnicy serca miasta powinni kierować się zaś do dobrze znanej restauracji HaLong, mieszczącej się przy ulicy Piotrkowskiej 152.
            Choć lokal działa od ponad 15 lat, ja miałem okazję odwiedzić go po raz pierwszy dopiero niedawno. Spora część komentarzy w internecie nie zachęcała do wizyty, jednak później zmienił się ponoć właściciel i poziom lokalu się podniósł. Z zewnątrz wita nas oszklona witryna i duży czerwony szyld ozdobiony dodatkowo dwoma smokami. W środku zaś widać już upływ czasu. Choć wszystko utrzymane jest w nienagannej czystości, to wnętrza wymagałyby generalnego odświeżenia. Niewątpliwie, w dniu otwarcia restauracji wystrój mógł robić na klientach dobre wrażenie, na dzień dzisiejszy, jedynie poprawne. Wnętrza utrzymane są w czerwonej tonacji. Restauracja składa się z jednej podłużnej sali (trochę tu jak w tramwaju albo pociągu), stoliki oddzielono od siebie wiklinowymi przepierzeniami. Przykryte obrusami stoły i krzesła noszą ślady czasu. Na suficie i ścianach chińskie lampiony i złote zdobienia. Teoretycznie nie jest źle, praktycznie przydałoby się sporo zmian.
            Nie wystrój jest jednak najważniejszy, przejdźmy więc do karty dań! Ta zaś do najkrótszych nie należy. Znajdziemy w niej praktycznie wszystkie dania orientalne jakie powinny znaleźć się w tego typu restauracji, od małych przekąsek, sałatek i gorących zup, poprzez dania z kurczaka, cielęciny, wołowiny, kaczki, makaronu, czy dania wegetariańskie, skończywszy zaś na potrawach z Tofu, krewetek, kalmarów, ośmiornic czy węgorza. Tak więc - kolorowy zawrót głowy. W gruncie rzeczy menu mogłoby być nieco krótsze, bo przy obecnej liście, ciężko zapoznać się ze wszystkimi pozycjami. Z drugiej jednak strony, możecie mieć pewność, że znajdziecie coś dla siebie.
            Ja zdecydowałem się na kurczaka po tajlandzku na gorącym półmisku z surówką z białej kapusty i frytkami po wietnamsku (z cebulą i czosnkiem). Do restauracji wybraliśmy się aż w 9 osób, na stołach wylądowały więc również inne dania. I to wylądowały w stosunkowo krótkim, jak na tak duże zamówienie czasie, za co należą się słowa uznania. Do obsługi również nie mam zastrzeżeń – obsłużeni byliśmy sprawnie, szybko i z uśmiechem.
            A smak – ja jestem na tak! Reszta znajomych również, bowiem praktycznie każdy z nas wyszedł z Ha Longa najedzony i zadowolony. Porcje, o ile zamówimy je z ryżem lub frytkami, nie powinny nikogo rozczarować wielkością. Dania są dobrze przyprawione, wyraziste w smaku i ładnie podane. Każdy kto lubi kuchnię chińską, z pewnością będzie zadowolony. Mięso z kurczaka było idealnej twardości, frytki dość miękkie, za to wyśmienite, dużo smaczniejsze od klasycznej wersji z samą solą. Dla lubiących sobie utrudniać życie orientalnych tradycjonalistów, poza zwykłymi sztućcami są podawane pałeczki.
            Ceny jak na lokalizację restauracji, wielkość i jakość dań bardzo rozsądne. W większości wypadków kolacja z napojem nie powinna nas kosztować więcej niż 25-30zł, stąd Ha Long może być ciekawą alternatywą dla droższej Złotej Kaczki czy Hot Spoona,  jak i tańszych, lecz stojących o poziom niżej rozsianych po mieście blaszaków. W dodatku, w Ha Longu można również zamawiać dania na wynos jak i z dowozem!
            Reasumując – Ha Long to restauracja godna uwagi i polecenia. Pomimo dość przestarzałego już i nieciekawego wystroju warto się tam wybrać ze względu na rozsądne ceny, dogodną lokalizację, miłą obsługę i naprawdę dobrą kuchnię, a to przecież jest dla smakoszy najważniejsze!  

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego logo jak i zdjęć lokalu i potraw. Pochodzą one z oficjalnej strony restauracji. Więcej na: www.halong.com.pl

sobota, 23 lutego 2013

Zaraz Wracam Bistro Łódź - tarta grzechu warta!


            Jeżeli zawsze szukałeś lokalu w ścisłym centrum Łodzi, który serwowałby wyśmienite, nietuzinkowe dania w przystępnych cenach, będąc jednocześnie miejscem przytulnym, cechującym się niepowtarzalnym klimatem i atmosferą, to nie musisz dalej szukać! Bistro Zaraz Wracam spełni wszystkie Twoje oczekiwania, a nazwa lokalu jest jak najbardziej trafna. Jestem bowiem pewien, że na Piotrkowską 101, gdzie mieści się knajpka, wrócisz nie raz! Po trzech wizytach napiszę jednak coś więcej.
            Bistro, choć mieście się w podwórzu, w sezonie letnim wita klienta niewielkim, jednakże uroczym ogródkiem. Wewnątrz jest jeszcze lepiej - przytulnie, nastrojowo i schludnie. To idealne miejsce na odpoczynek od miejskiego zgiełku. Po prawo od wejścia znajduje się wspaniale urządzony bar z licznymi buteleczkami, słoiczkami, filiżankami i talerzykami z ciasteczkami. Uwagę przyciąga też duża tablica w wypisanym kolorowymi kredami menu i przykryta kloszem patera z bajecznymi wypiekami. Zasiąść przyjdzie nam zaś na różnej maści krzesłach z poduszeczkami przy kwadratowych lub okrągłych, postarzanych stolikach. Znalazło się nawet miejsce na pianino i artystyczną grafikę na głównej ścianie. Całość lokalu utrzymana jest w odcieniach brązu i czerni, z dodatkiem czerwieni, co w połączeniu z ciepłym, żółtym oświetleniem czyni ten lokal jednym z najbardziej przytulnych miejsc w Łodzi, szczególnie w zimowe wieczory w sezonie świątecznym, gdy całość dopełnia piękna świąteczna dekoracja i spokojna muzyka.


            Jak na bistro przystało, dania zamawiamy przy barze, po ich odbiór nie musimy się jednak już fatygować, miła i fachowa obsługa przyniesie je bowiem do stolika. A jak prezentuje się menu? Doskonale! Niech nikogo nie zmyli słowo bistro w nazwie, w Zaraz Wracam nie uświadczymy bowiem oklepanego mielonego i pomidorówki, a dużo ciekawsze dla podniebienia pozycje. Znajdzie się między innymi warzywna zupa z soczewicy, zupa szpinakowa z parmezanem, gulasz czy żeberka w sosie korzennym. Część dań zmienia się w zależności od sezonu. Bogata jest oferta sałatek, jednakże specjalnością lokalu są tarty. Jeżeli jesteś ich fanem (a nawet jeżeli nie), koniecznie odwiedź Zaraz Wracam! To z pewnością najlepszy lokal oferujący te dania w mieście.
            Polecę w pierwszej kolejności to co sam jadłem, czyli tarte z konfiturą cebulową, grillowanym kurczakiem i gorgonzolą, tartę z chorizo, pieczoną papryką i czerwoną cebulą czy tartę z grillowanym bakłażanem, pastą z suszonych pomidorów i taleggio. Każda porcja podawana jest na liściach sałaty lodowej polanej kapitalnym sosem miodowo-musztardowym. Ciasto jest kruche a farsz zawsze smaczny i pięknie skomponowany, wszystko łączy się bowiem w rewelacyjną całość! Na dodatek, choć porcje nie wydają się ogromne, zawsze w pełni zaspokajają mój apetyt! Poza tartami na słono, kuszą również te na słodko, jak i wszystkie inne desery.


           Dajmy na przykład, taka tarta orzechowo-śliwkowa, czy sernik z białą czekoladą i suszoną żurawiną...niebo w gębie! Od siebie polecę również rozgrzewającą czekoladę z chilli i liczne piwa regionalne. Tak, Zaraz Wracam też je bowiem serwuje. Na dodatek wybór jest szeroki i nie kończy się na znanych już piwach cytrynowych czy grejpfrutowych, a na piwie Orkiszowym z Czosnkiem czy Magnusie o smaku Cappuccino i czekolady. Czego chcieć więcej?
            Otóż to, lokal praktycznie spełnia wszystkie moje oczekiwania. Do ładnego, przytulnego wystroju, sympatycznej obsługi i pysznych dań, dochodzi bowiem również krótki czas oczekiwania na zamówienie i niewygórowane ceny. Tarty w Zaraz Wracam, choć warte są każdych pieniędzy, kosztują 15zł, nieco tańsze są sałatki, za napoje i desery również nie przyjdzie zapłacić zbyt wygórowanej kwoty (piwko od piątaka wzwyż). I o to właśnie chodzi!
Lokal jest idealnym przykładem na to, że na kulinarnej mapie Łodzi znajdzie się miejsce, do którego nie można mieć żadnych zastrzeżeń. Miejsce w którym każdy zje i poczuje się jak u siebie w domu i do którego zaraz będzie chciał wracać. Za to należą się właścicielom i obsłudze najwyższe słowa uznania i duże brawa!


POLUB NAS RÓWNIEŻ NA FACEBOOK'U: Food Fetish po łódzku

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego logo jak i zdjęć lokalu i potraw. Pochodzą one z oficjalnej strony restauracji. Więcej na:
Oficjalna strona na Facebook'u i http://www.zarazwracambistro.pl/

środa, 30 stycznia 2013

Pozytyvka Łódź - pozytywka, negatywka?


Usytuowana w ścisłym centrum miasta Łodzi jak i samej ulicy Piotrkowskiej, naleśnikarnia Pozytyvka jest bezpośrednią konkurencją dla znajdującego się nieopodal, dobrze znanego i lubianego przez łodziaków Manekina. Czy mieszczący się na parterze reprezentacyjnego Grand Hotelu lokal ma szansę powalczyć o pierwsze miejsce lub chociaż pozycję w czołówce łódzkich naleśnikarnio-pierogarni? Po trzech wizytach postaram się odpowiedzieć na to pytanie.
Za każdym razem, od wejścia witały mnie miłe i sympatyczne, choć nieco nadpobudliwe kelnerki, pragnące niemalże po sekundzie od przekroczenia progu lokalu pokierować mnie do stolika. Gdy już przyszło zając mi miejsce, nadszedł czas na przyjrzenie się wystrojowi. Ten jest estetyczny, stonowany i bardzo poprawny. W gruncie rzeczy nie wyróżnia się ani negatywnie, ani pozytywnie. Na ścianach duże fototapety z czarno-białymi zdjęciami z lat 50-60 w Stanach, na sufitach obszerne, dające przyjemne światło lampy i fajnie rozpięte płaszczyzny pokryte stronami gazet. Poza tym, w lokalu dominują beże i brązy. Wyróżnia się jeszcze otwarta kuchnia z dużym, fajnym logo Pozytyvka.


Zastanawiam się czy „v” zamiast „w” w nazwie to zwykłe widzimisię właściciela, czy też zabieg celowy, mający na przykład zwrócić większą uwagę obcokrajowców na lokal. Chyba jednak nie, o czym przekonałem się podczas jednej z wizyt z moim znajomym z Turcji. Wydawało mi się, że lokal mieszczący się na parterze jednego z najbardziej znanych hoteli w mieście będzie miał w swoim posiadaniu angielskie menu, nadzieje okazały się jednak płonne – menu tylko po polsku...
A co w menu? – po pierwsze spory bałagan. Ciężko się tutaj połapać i szybko odnaleźć to, na co akurat mięlibyśmy ochotę, szczególnie że oferta jest obszerna, w moim odczuciu, zbyt obszerna. Znajdziemy oczywiście naleśniki na słodko i słono i pierogi, lecz także przystawki, przekąski, zupy, sałatki, uszka, spaghetti, desery, napoje ciepłe, zimne i alkoholowe. Widać, że Pozytyvka chciała zaprezentować nieco odbiegające od Manekinowego menu, jest ono z pewnością bogatsze (chociażby o pierogi), ale czy oferowane dania stoją na podobnym poziomie? Przekonajmy się!


Na pierwszy ogień poszła zupa cebulowa – podana po jakiś 10 minutach, była świetna! Wyrazista w smaku, rozgrzewająca, z dużą ilością sera i grzankami, a na dodatek pięknie zaserwowana. Płynnym serem polano bowiem brzegi miseczki - po zastygnięciu wyglądało to bardzo ciekawie i apetycznie. Kolejna wizyta to naleśniki z kurczakiem, pieczarkami, ananasem i warzywami. Porcja nieco mniejsza niż u konkurencji, niestety również mniej smaczna. Było co najwyżej poprawnie, ciasto od naleśników dobre, niegumiaste, ale całość nie miała zbyt wyraźnego smaku i była sucha, sprawę ratował jedynie sos. Ostatnia wizyta upłynęła pod hasłem pierogów. Klasycznie, zdecydowałem się na wersję z mięsem, jednakże z pieca. Tym razem też bez większych rewelacji, pierogi stosunkowo duże i ładnie wypieczone, jednakże mało ciekawe w smaku, poza tym ciasto trochę za grube, przez co bardziej wyszły z tego kruche ciastka z małą ilością farszu niż apetyczne pierogi – radzę więc wybierać wersję z wody lub z innego lokalu.


Ceny w Pozytyvce są przystępne, za danie z napojem wydamy około 20zł, ciężko więc narzekać. Nie mam również zastrzeżeń do obsługi, w moim przypadku zawsze była ona dość sprawna, a na dania nie czekałem zbyt długo, choć dziwić mogło obsługiwanie danego stolika przez dwie czy trzy kelnerki.
Podsumowując, Pozytyvka przegrywa w moim odczuciu z Manekinem, który w podobnych cenach, jednak dużo ciekawszym entourage’u serwuje smaczniejsze dania. Jeżeli macie ochotę na szybki, dobry lunch, kierujcie się najpierw na Struga. Dopiero gdy nie będzie tam miejsca, a wasz brzuch panicznie błagać będzie o naleśnika, udajcie się do Pozytyvki! Nie jest to bowiem miejsce złe, po prostu nie jest ono tak dobre jak Manekin!

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego logo jak i zdjęć lokalu i potraw. Pochodzą one z oficjalnej strony restauracji. Więcej na: https://www.facebook.com/pozytyvka

czwartek, 17 stycznia 2013

Ribs & Rings Łódź - Ameryki nie odkryjesz!



Kuchnia amerykańska chyba nigdy nie była zbyt popularna w naszym mieście. Nie mam oczywiście na myśli fastfoodowych, franczyzowych McDonald'sów czy Burger Kingów, a porządne knajpki gdzie można zjeść dobrze usmażony stek, grillowane żeberka czy porządnego burgera. Ostatnimi czasy sytuacja zmienia się na lepsze, tym razem będzie jednak o miejscu, które smakoszom potraw z USA znane jest pewnie od dawna. Mianowicie o Ribs & Rings mieszczącym się w Łodzi na Placu Wolności 12.
         Po dwóch wizytach, pozwolę sobie na kilka słów na temat lokalu. Umiejscowienie w ścisłym centrum miasta, estetyczna fasada budynku i działający w sezonie letnim, dobrze zaaranżowany „ogródek” zachęcają do odwiedzin. Wnętrza uderzają zaś intensywnością kolorów – głównie zieleni i czerwieni, takie barwy pokrywają bowiem wszystkie ściany. W praktyce wyróżnić możemy trzy pomieszczenia. Główne z całkiem przyjemnym, długim i dobrze zaopatrzonym barem i dwa w głębi. Na ścianach kilka czarno-białych zdjęć z amerykańskimi motywami. Cały wystrój określiłbym mianem poprawnego, jest czysto i estetycznie, brakuje jednak elementów które nadałyby temu miejscu jakiegoś ciekawego charakteru czy klimatu, szkoda...

       
         Karta dań zaskakuje swoją różnorodnością. Wchodząc możnaby się spodziewać głównie dań kuchni amerykańskiej, zaglądając jednak w menu, znajdziemy nie tylko stek T-bone, krążki cebulowe i szaszłyki, ale również śledzika w oliwie, żurek, rosół, pierogi, spaghetti, pizzę, kurczaka słodko-kwaśnego, rybę czy sushi (które trzeba zamówić dzień wcześniej). Z jednej strony przy takim rozwiązaniu każdy znajdzie coś dla siebie, z drugiej zaś liczyłem głównie na kuchnię ze Stanów, a taki misz-masz rodzi obawy o jakość i sposób przyrządzenia potraw.
          Na duży plus zasługuje pokaźny wybór napoi alkoholowych. Ribs & Rings okazuje się bowiem być dobrym miejscem na szybkie piwko lub wódeczkę. Bar, poza klasyczną ofertą, zbliżoną do większości lokali zaserwować nam może bowiem również takie specjały jak oryginalną, koszerną Śliwowicę Strykowską (72%) czy cydry X-Cider – warto spróbować!
          No dobrze, ale my chcemy coś zjeść. Pierwszy raz w lokalu byłem przeszło dwa lata temu – zamówiłem wówczas jednego z trzech pokaźnych burgerów do wyboru, który bardzo miło zaskoczył mnie swoim smakiem (kosztował ok. 12zł) Tym razem, do lokalu wybraliśmy się w kilka osób w sobotni wieczór . Po zajęciu miejsc, nie przyszedł nikt z obsługi, sami więc wzięliśmy karty, wybraliśmy co trzeba i udaliśmy się po zamówienia do baru uznając, że najwidoczniej specyfika lokalu nieco się zmieniła. W karcie widniał już tylko jeden burger – w cenie 6zł, czyli kolejne zmiany. Zdecydowałem się na niego z czystej chęci porównania (wziąłem dwa). Kumpel niemiło rozczarował się chcąc zamówić żeberka (Ribs) a następnie krążki cebulowe (Rings) – wszystko się ponoć akurat skończyło. Jak lokal specjalizujący się w tych daniach i mający je w swojej nazwie może nie być przygotowany na ich serwowanie w sobotę wieczorem...? Ostatecznie każdy zamówił po burgerze, a jedna osoba wybrała tortille z kurczakiem.

       
         Zajęliśmy stolik w sali za barem, łączący się z okienkiem kuchni przy którym wydawane są dania dla kelnerów. Po pewnym czasie kucharz zadzwonił dzwonkiem a w okienku pojawiły się nasze burgery, obsługa jednak nie podała ich do stolika, uznaliśmy więc że ten obowiązek należy do nas (szczególnie że za dania płaciliśmy z góry przy barze). Gdy podszedłem po odbiór talerzy, zdziwiony kucharz powiedział, że przecież wystarczyło poczekać aż kelner poda nam je do stołu...
         Same burgery były dobre, choć nie takie jak kiedyś. Na pewno smaczniejsze od tych z Maca czy Burger Kinga i warte swej ceny, jednak nie rewelacyjne. Mięso dobrze wysmażone, dodatki świeże, bułka oczywiście kupna. Z jednej strony liczyliśmy na więcej, z drugiej przy cenie 6zł za sztukę nie mięliśmy prawa spodziewać się idealnego burgera.
         Podsumowując, Ribs&Rings tym razem wypadło dość blado. Lokal kusi atrakcyjnymi cenami dań (najadłem się za 12zł), szybkim ich serwowaniem, ciekawą kartą alkoholi i dobrą lokalizacją, jednakże widać, że jego specyfika zmieniła się z restauracyjnej na bardziej barową. Obecnie to raczej miejsce na szybki, tani, przeciętny obiad, lunch czy snack podczas dnia czy przed imprezą niż na fajną posiadówkową kolację w gronie znajomych. Duży karniak należy się dodatkowo za praktycznie zerową obsługę naszego stolika i brak podstawowych pozycji z karty....Mam nadzieję, że była to sytuacja, która więcej się nie powtórzy, jej zaistnienie znacznie obniża jednak końcową ocenę restauracji. Jeżeli szukacie kuchni amerykańskiej na najwyższym poziomie, w Ribs & Rings jej niestety nie uświadczycie...

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego logo jak i zdjęć lokalu i potraw. Pochodzą one z oficjalnej strony restauracji. Więcej na: http://ribsandrings.com/