Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dania mięsne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dania mięsne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 stycznia 2014

MITMI Restobar Łódź

        Kolejny piątkowy lub sobotni wieczór? Po raz kolejny spotykasz się ze znajomymi pod Saspolem i po chwili zastanawiacie się gdzie uderzyć? Znowu wybieracie się na Off Piotrkowską, nową stolicę łódzkich lokali? Jeżeli tak, to dobrze trafiliście, dzisiaj bierzemy bowiem na warsztat kolejną stosunkowo nową restaurację tej części miasta. Zapraszamy do lektury recenzji MITMI Restobar :)
        Lokal sąsiaduje bezpośrednio z opisywaną wcześniej na blogu kawiarnią podróżniczą Daleko Blisko. Wejść do niego możemy zarówno od strony placu Off Piotrkowskiej jak i od Roosevelta. Podwójne wejście to wygoda dla klienta, ale i niekiedy nieprzyjemne przeciągi. No nic, coś za coś! W środku dominuje modna ostatnimi czasy surowa cegła, którą właściciele postanowili (podobnie jak belki stropowe) zachować w niezmienionym stanie na większości ścian. Dopełnieniem wnętrz są industrialne lampy, drewniane stoły z czarnymi, białymi i turkusowymi krzesłami i bar (również w drewnie) z tablicami, na których wypisano co ciekawsze z kulinarnych propozycji. Wszystko to dobrze ze sobą współgra, a pomimo swoistego minimalizmu i przewagi cegły wnętrza uznać można za ciepłe i przytulne.
        Zgodnie z zasadą "karta dań to nie książka telefoniczna" wybór pozycji w menu jest umiarkowany. Z pewnością każdy znajdzie tu coś dla siebie, choć kręcić nosem mogą nieco wegetarianie, dla których przygotowano raptem kilka pozycji. W MITMI możemy zjeść klasyczne śniadania – omlety, naleśniki, tosty czy jajka sadzone, modne przystawki – hummus, tapenady czy terrinę, serwowane z bagietką lub podpłomykiem własnego wypieku. Nie zabrakło również sałatek, zup i wszechobecnych burgerów. Są też sycące kanapki w stylu włoskim, w tym rewelacyjna porchetta, czy w końcu dania główne: kurczak z risotto i serem pleśniowym, kaczka malinowa, ale i steki z polędwicy lub łaty wołowej. Kartę wieńczą doskonałe desery i napoje, w tym alkoholowe. Przydałoby się tylko dodać informację o tym, czy dane wino jest wytrawne, słodkie, czy semi.
        Ceny potraw, choć nie są przesadnie wysokie, nie należą też do najniższych, szczególnie, gdy porównamy je do cen w innych lokalach Off Piotrkowska Center. W moim odczuciu, nieco tańsze mogłyby być sałatki, niektóre dania główne i burgery. Z drugiej strony, jakość jest w cenie, a w przypadku MITMI jest pod tym względem bardzo dobrze. Czas bowiem przejść do samych potraw. 
        Po trzech wizytach stwierdzam, że MITMI świetnie karmi :) Warto zapłacić każdą cenę za kanapkę z porchettą, czyli schabem z boczku z chrupiącą skórką, pieczonym przez bite 12 godzin i serwowanym z ziołami, konfiturą cebulową i glaze miodowo-musztardowym. Do tego miniaturowy słoiczek z piklami z curry. Zastanawiałem się czy MITMI samo wypieka bagietki i bułki do burgerów i kanapek. Po krótkiej rozmowie z kelnerką okazało się że nie, pieczywo pochodzi jednak z piekarni Montag. Taka współpraca na pewno wyszła obu partnerom na dobre, o kliencie już nie wspominając :) Wracając do potraw, dobre wrażenie zrobiła też na mnie winna wołowina podawana z makaronem pappardelle i warzywami. Wołowina mięciutka, wręcz rozpływająca się w ustach, makaron równie świetny, chciałbym jedynie poczuć w całym daniu ociupinę więcej wina :)
        Na oddzielny akapit zasługują desery. Fondant czekoladowo-kasztanowy jest wręcz obłędny. Podawany z musem jabłkowym i włosami z karmelu robi wrażenie! Dawno nie jadłem w żadnym lokalu tak dobrego deseru. Zastąpiłbym jedynie mus jabłkowy czymś innym, może sosem waniliowym? Crème brûlée również na wysokim poziomie. Wyrazisty krem, poprawnie skarmelizowany cukier, tworzący charakterystyczną dla tego deseru skorupkę i dodatki w postaci owoców, włosów karmelowych i bułeczki piernikowej, czynią ten smakołyk przyjemnym i fantazyjnym zwieńczeniem kolacji.
        Jeżeli już miałbym do czegoś w MITMI się doczepić, to byłby to w pierwszej kolejności sposób podawania niektórych dań. Serwowanie canelé na cienkim papierze polewanym dodatkowo śmietaną i musem jagodowym, nie dość że nie wygląda zbyt apetycznie, to jeszcze po chwili powoduje całkowite przemoknięcie tegoż papieru, jego rozdzieranie się i mieszanie z potrawą. Podobnie sprawa się ma w przypadku kanapek, podawanych w identyczny sposób, nie wspominając już o kanapce z kurczakiem serwowanym między dwiema warstwami macy/podpłomyka, przez co praktycznie nie da się go zjeść bez wysypania wnętrza na wspominany wcześniej nieapetyczny papier.
        Po drugie, wspomniane już wcześniej ceny, które niektórzy mogą uznać za zbyt wysokie. Podkreślić jednak muszę, że to, co przyszło mi w MITMI zjeść, warte było każdego grosza.
        Bez dwóch zdań – MITMI to świetna propozycja na kulinarny wypad ze znajomymi. Lokal na pewno wyróżnia się na tle offowej konkurencji znacznie lepszą jakością i kapitalnym smakiem serwowanych potraw, zaś schludne, przyjemne wnętrza i uśmiechnięta, atrakcyjna obsługa tym bardziej utwierdzają mnie w przekonaniu, że MITMI Restobar odwiedzę jeszcze nie raz!
POLUB NAS NA FACEBOOK'U: FOOD FETISH PO ŁÓDZKU
Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego w poście logo lokalu, pochodzi ono z oficjalnej strony restauracji MITMI

wtorek, 5 listopada 2013

Bar Mad-Dog Łódź, czyli tam gdzie prawdziwi bałuciarze mogli zjeść pierwszy w Łodzi gyros

       Dzisiejszy wpis nie będzie dotyczyć żadnej modnej, nowo otwartej restauracji w centrum miasta, ani pubu w strefie Off Piotrkowskiej. Dzisiejszy wpis, będzie bowiem o lokalu dla bałuciarzy z krwi i kości, a może i prawdziwych hipsterów. Mowa bowiem o barze Mad-Dog usytuowanym na ulicy Zgierskiej 28. Miejscu, które darzę sporym sentymentem, miejscu które odwiedzałem z mamą jeszcze jako mały dzieciak po jesiennych i zimowych zakupach na Bałuckim Rynku, miejscu w którym przyszło mi pierwszy raz w życiu zjeść gyros!
        Jak to z zewnątrz wygląda każdy widzi. "Biały" siding i duże okno z nazwą baru mogą odstraszać, ale niech nikt tu nie udaje świętego. Każdy z nas od czasu do czasu je w takich miejscach. Uwagę przechodnia przyciąga widniejąca od niedawna na szybie kartka A4 z dumnym hasłem informującym nas, że Mad-Dog to pierwszy w Łodzi lokal serwujący gyros! I wiecie co? Faktycznie może to być prawda. Jadłem go tutaj, gdy Warszawa i Kraków o Sphinxie jeszcze nie słyszały. Pierwszy Sphinx w Łodzi powstał w 1995 roku, a Mad Dog w 1991 :)
       W środku, podobnie jak na zewnątrz, czyli na wszystkich ścianach biała oblicówka. Poza tym 3-4 małe stoliczki, długa lada z wystawionymi napojami i uśmiechnięta pani w fioletowym fartuszku, która z każdym zamieni kilka ciepłych słów. Generalnie, przez przeszło 15 lat niewiele się tu zmieniło. W niczym to jednak nie przeszkadza. Dzięki dobrej lokalizacji, knajpka już dawno wpisała się w serca bałuckiej społeczności, a w porze obiadowej nie raz przyjdzie nam poczekać na wolny stolik.
       A co w menu piszczy? Oczywiście gyros, serwowany w bułce lub na talerzu z frytkami, sosem i surówkami (17zł), połówka porcji kosztuje 11zł, można też kupić za piątaka hamburgera, frytki i hot-dogi. A co najważniejsze, do każdego posiłku kawa gratis. Tak było, jest i będzie! Można też nabyć herbatę i napoje gazowane w puszcze lub lane z butelki ;) Ceny nie powinny więc nikogo odstraszyć!
       A sam gyros, choć podawany na plastikowych talerzykach, ze sztućcami z tego samego tworzywa, jest całkiem niezły. Mięso jest soczyste, ładnie wypieczone, odpowiednio przyprawione i wyraziste w swym smaku a przy okazji nie obcieka tłuszczem, jak w niektórych innych lokalach tego typu. Reszta składników również nie budzi zastrzeżeń. Surówki są bardzo świeże a frytki złociste i chrupiące. Jednocześnie porcja jest na tyle duża, że nawet głodny jegomość się nią bez problemu naje. Dla dziewczyn i malutkich głodów polecam zaś zamawianie 1/2 porcji. Na dania nie przyjdzie długo czekać. Na ogół można szamać już po 10 minutach.
      Rekapitulując, jeżeli zajdziesz kiedyś czytelniku w okolice Placu Kościelnego lub Bałuckiego Rynku i akurat złapie Cię głód, a jednocześnie nie przeszkadza Ci anturaż wnętrz przedstawionych na zdjęciach i barowy klimat to wstąp śmiało do Mad Doga. Znajdzie się oczywiście parę knajpek w naszym mieście serwujących lepszy "gyros", ale skoro ta był pierwsza, to chyba warto zajrzeć do niej choćby z ciekawości ;)

POLUB NAS NA FACEBOOKU: FOOD FETISH PO ŁÓDZKU

poniedziałek, 9 września 2013

Jerry's Burger Łódź - kolejna amerykańska flaga na łódzkiej ziemi

            Przy okazji ostatniej recenzji Byk Burgera, wspominałem o mającym niedługo nastąpić otwarciu kolejnej burgerowni, czyli Jerry'sBurger. Nowy lokal czynny jest już od ponad dwóch tygodni i choć ostatnimi czasy miałem burgerów po dziurki w nosie, w końcu postanowiłem wybrać się i do tej knajpki.
            Usytuowana przy ulicy Piotrkowskiej 85 restauracja z zewnątrz prezentuje się bardzo skromnie. Szyby oklejone folią ze wzorem szachownicy i neonowy napis Jerry's Burger. Miejsca starczyło jeszcze tylko na wywieszenie menu. Lokal do największych bowiem nie należy. W środku jest jednak o wiele ciekawiej niźli moglibyśmy się po witrynie spodziewać.
           W końcu mamy bowiem do czynienia z wnętrzem iście amerykańskim, a nie tylko zawierającym amerykańskie akcenty (vide American Bull w Manufakturze). Co więc znajdziemy w środku? Na podłodze czarno-białe kafelki, na pastelowych, błękitno-różowych ścianach liczne blaszane tabliczki ściągnięte ze Stanów, poza tym szklane gablotki wypełnione baseballowymi piłeczkami, kaskami, biretami akademickimi, maskotkami, piłkami do rugby i innymi akcesoriami zza oceanu. Usiąść przyjdzie nam na wygodnych, czerwonych, przeszywanych kanapach, przy prostych ladowych stolikach ze srebrnymi wstawkami. Nie mogło również zabraknąć otwartej kuchni wzdłuż której rozmieszczono barowe stołki. Na suficie chromowane wiatraki i, jako jedyne nie do końca pasujące mi do wnętrz, lampy w kształcie wielkich halogenów. Całokształt sprawia jednak bardzo dobre wrażenie, a o zbieżności z amerykańskimi lokalami pin-up lat 50' niech świadczy zdjęcie typowego amerykańskiego dinnera zestawione z Jerry's Burger. Prawda że podobnie?
               Pozytywnie zaskakuje również obsługa. Pomijając urodę dziewczyn, na plus zasługuje ich wpasowujący się w konwencję strój. Poza tym, kelnerki są miłe, uśmiechnięte i bardzo sprawnie obsługują stoliki. Na dania nie przyszło nam bowiem długo czekać, panie nie zapomniały też spytać o poziom wysmażenia burgerów, zaproponowały również rozdzielenie rachunków dla łatwiejszej rachuby. Tak trzymać!
              Czas zerknąć w menu. Karta dań jest przejrzysta i dobrze skomponowana. Pierwsze miejsce zajmują oczywiście burgery, a tych jest aż 14 do wyboru. Poza klasyką znalazły się takie ciekawe pozycje jak Aloha – z ananasem, żurawiną i serkiem kremowym, Bandito – czyli burger na ostro z papryczkami jalapeno, sosem chilli i czerwoną papryką, burgery z jajkiem sadzonym a nawet z puree z mango. Jest więc w czym wybierać. Nawet wegetarianie znajdą coś dla siebie, będą mogli bowiem spróbować burgera na bazie tofu albo cukinii. Pomijając burgery, w Jerrysie możemy także zjeść klasyczną jajecznię, omlety jak i naleśniki z sadzonym jajkiem i bekonem. Oddzielną grupę stanowią zaś pancakes'y na słodko. A na nich, czego dusza tylko zapragnie: Nutella, fluff, posypki, kakao, M&M's, mus jabłkowy i oczywiście nieśmiertelny syrop klonowy. Poza tym nabyć możemy kolby kukurydzy, krążki cebulowe i shake'i. Pomijając te ostatnie i sok aloesowy, propozycja napojów jest raczej klasyczna. Alkoholi nie uświadczymy wcale, jest za to kawa parzona w dzbankach z darmową dolewką :)
              Menu jest więc bogate i ciekawe, a jak ze smakiem? Również nieźle. Ja zdecydowałem się na średnio wysmażonego God Fathera, czyli burgera z suszonymi pomidorami, czarnymi oliwkami, parmezanem i rukolą, na deser wybrałem zaś pancakes'y z kakao i musem jabłkowym, do picia shake'a waniliowego. Burgery podawane są w specjalnych drewnianych koszyczkach – wygląda to bardzo fajnie, sam burger leży jednak na papierowych serwetkach, które nie są zbyt dobrym pomysłem. Szybko nasiąkają tłuszczem, zaczynają się drzeć i przyklejać bo bułki. Na szczęście smak burgerów rekompensuje tę niewygodę. Są one dużo lepsze od tego co miałem okazję skosztować w Ribs & Rings czy Byk Burgerze. Mięso jest co prawda nadmiernie spieczone z zewnątrz, w środku jednak takie, jakie je sobie zażyczyliśmy. W końcu lokal, w którym widać i czuć różnicę między burgerem średnio a dobrze wysmażonym (żałuję, że nie zrobiłem zdjęcia przekroju mięs). Do kupnej bułki już przywykłem i pomijając Drukarnię, w łódzkim burgerowniach w tym zakresie chyba niewiele się zmieniło. Reszta składników jest świeża i smaczna, a dobrze skomponowane sosy dodają całości konkretnego smaku. Burgery serwowane są z frytkami i sałatką coleslaw. Taka porcja każdego głodomora powinna zadowolić, mniej wymagający mogą zdecydować się na samego burgera bez zestawu płacąc wówczas za danie 3zł mniej. Frytki są poprawne, o ile lubicie miękkie a nie chrupiące, sałatka jest zaś chyba najsłabszym elementem układanki (wysuszona i mała porcja)
            Pozostałe dania również oceniam pozytywnie. Naleśniki są puszyste i bardzo sycące, a te serwowane z fluffem, Nutellą i M&Ms to po prostu niebo w gębie, bardzo słodkie niebo :) Skosztowałem też krążków cebulowych, o których nie mogę złego słowa powiedzieć. Sok aloesowy był zaś za słodki. Warto wspomnieć też o shake'ach. Ładnie podane i serwowane w wysokich szklankach, mogłyby jednak być nieco tańsze, bo w gruncie rzeczy, pojemność szklanek nie jest zbyt duża. Pomijając to, pozostałe ceny są bardzo rozsądne. Za burgera z zestawem przyjdzie nam zapłacić od 18 do 24zł, naleśniki to wydatek rzędu 10-15zł, shake kosztuje 10zł. Podsumowując, większość osób naje się i napije do syta za około 23-28zł.
            Reasumując, Jerry's Burger to bardzo ciekawa propozycja dla każdego głodomora. W knajpce jest zdecydowanie lepiej niż w Byk Burgerze czy Ribs & Rings, zastanawiam się czy nie lepiej nawet niż w American Bullu, mimo że Jerry's Burger nie serwuje steków. Patrząc na ilość polubień na oficjalnym profilu lokalu jak i ilość klientów w niedzielne popołudnie widzę zaś, że lokal przypadł do gustu nie tylko mnie, ale i sporej części łodziaków.
Zapraszamy do polubienia nas na Facebooku: https://www.facebook.com/foodfetishpolodzku

Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie zdjęć i tekstów bez zgody autora zabronione! Jednocześnie informuję, że nie posiadam praw autorskich do logo lokalu, pochodzi ono z oficjalnej strony restauracji: https://www.facebook.com/jerrysburger1

środa, 31 lipca 2013

Byk Burger Łódź - amerykański rozkwit na łódzkiej ziemi, czy oby na pewno?

      Na mapie rozkwitającej kulinarnie Łodzi przez długi czas brakowało miejsc, w których uraczono by konsumenta porządnym burgerem czy smakowitym stekiem. Jeszcze do niedawna, pytając przypadkowego przechodnia o lokal serwujący kuchnię amerykańską, skierowano by nas co najwyżej do mieszczącego się przy Placu Wolnośc Ribs & Rings, choć i tak większość ankietowanych wskazałaby nam najbliższą budkę z hot-dogami albo McDonalda. Ostatnio jednak, nowe knajpki serwujące burgery, pojawiają się niczym przysłowiowe grzyby po deszczu. Steków możemy skosztować w mieszczącym się w Manufakturze American Bullu, smakowicie wyglądają też burgery w Mega Burgerze. Zwolennicy Off Piotrkowskiej powinni wybrać się zaś do Drukarni.
       Od przeszło miesiąca funkcjonuje też ulokowany na ulicy Struga Byk Burger, który będzie tematem dzisiejszego wpisu. Wybrałem się do niego niecały tydzień po otwarciu, jak i w ostatni weekend w celu zweryfikowania mojej opinii z pierwszej wizyty. Usytuowanie w ścisłym centrum na modnej przecznicy Piotrkowskiej, niedaleko zamkniętej chwilowo Fermentacji czy pubu M-3, jak i długie godziny pracy powinny teoretycznie zagwarantować knajpce rzesze klientów. Byk Burger wydaje się idealnym miejscem na beeforek przed imprezą, czy szybki posiłek między kolejnymi dance floorami. Tym bardziej byłem więc zdziwiony gdy podczas piątkowych wizyt, raz o 19.00 raz o 22.00 lokal świecił pustkami.
      A przecież wnętrza prezentują się całkiem nieźle. Czerwone kanapy, ciemno-szare stoliki i krzesła, bardzo wysokie sufity i cegła na ścianach nadają restauracji typowego klimatu łódzkich loftów. Całość dopełnia ciepłe oświetlenie i bardzo fajne plakaty dobrze współgrające z charakterem lokalu. Jest więc schludnie, estetycznie i w miarę kameralne, na plus zasługuje też dobrze zaaranżowana łazienka i bar w centralnej części drugiej sali.
       So far, so good. Zerknijmy więc w menu. To podzielono na cztery działy:
1. Śniadania – tu znajdziemy takie pozycje jak jajecznica, francuskie croissanty , jajka sadzone z bekonem i kiełbaskami, czy omlet z czekoladą. Kawa lub herbata gratis! Ceny 10-20zł
2. Burgery – od classica poprzez cheese burgery, burgery z bekonem lub gorgonzolą, po Byk Burgera (dla prawdziwych byków). Ceny 17-33zł
3. Sałatki – tu dość standardowo cesar, nicejska, wegańska, wiejska, capresa – nazwy mówią same za siebie, ceny 15-23zł
4. Grillowane mięsa – króluje stek z Angusa, poza tym nabyć można Ribeye'a, karkówkę, czy grillowanego kurczaka. Stek z Angusa kosztuje 46zł, w porównaniu do konkurencji nie jest więc bardzo drogi.
       Poza tym, nabyć możemy sosy do mięs i frytki, małe lub duże w cenach odpowiednio 4zł i 6zł. Oferta karty dań jest więc umiarkowana, każdy powinien jednak znaleźć coś dla siebie, zarówno pod względem smaku jak i ceny.
       Obsłsuga teoretycznie bardzo miła, pozostawia jednak nieco do życzenia. Za pierwszym razem, nikogo z nas nie spytano o poziom wysmażenia burgerów, podczas drugiej wizyty pytanie to usłyszała tylko połowa z biesiadników. Po raz kolejny spotkaliśmy się też z sytuacją gdy kelnerka pytając czy smakowało, nie była przygotowana na słowa krytyki (bardzo delikatnej). Do obsługi wliczam też kucharzy, wspomnę więc w tym akapicie, że za pierwszym razem, mimo że w chwili zamawiania byliśmy jedynymi klientami, bardzo długo przyszło czekać nam na dania (prawie 45 min). Dziwi to tym bardziej, gdy wspomnę, że za drugim razem na zamówienie czekaliśmy niecałe 20 minut, skąd więc takie różnice w czasie? Do tego dochodzi jeszcze brak koncesji na alkohol (ponoć ma być). Na chwilę obecną na burgera przyjdzie nam jednak poczekać co najwyżej przy szklance coli... A przecież podczas otwarcia nie było problemów z kupnem piwa...
      A dania główne? Za pierwszym razem wybrałem Classic Burgera z małymi frytkami. Do frytek nie mam większych zastrzeżeń (były naprawdę dobre), do burgera już tak. Classic, choć apetycznie wygląda, nie jest zbyt duży. Jeżeli jesteście głodni a nie bierzecie frytek, decydujcie się na Byk Burgera lub chociaż Bekon Burgera. Mięso bardzo przeciętne, praktycznie bez smaku, wysmażone chyba zbyt szybko na dużym ogniu. Kotlet spieczony z zewnątrz w środku był niedosmażony. Poza tym brakowało mu wyrazistości, wołowina nie była praktycznie w ogóle przyprawiona. Sytuację mógłby jeszcze uratować jakiś dobry sos, ten jednak był równie mdły co mięso...Warzywa świeże i chrupiące. Bułka niestety kupna... Para która przyszła do lokalu po nas oddała swoje burgery do kuchni (nie wiem jednak z jakiego powodu).
      Podczas drugiej wizyty zdecydowałem się na większego i droższego Bekon Burgera. Tym razem zostałem zapytany o poziom wysmażenia a mięso zostało poddane prawidłowej obróbce termicznej ;) nadal jednak nie wyróżniało się pod względem smaku. Sytuację ratował wyłącznie chrupiący, smakowity bekon i ładnie usadzone jajko (choć osobiście preferuję bardziej ścięte żółtko). Może przydałoby się zaoferować klientowi sosy do burgerów do wyboru, na pewno ubarwiłyby one smak wołowiny.
      Podsumowując, Byk Burger nie zrobił na nas najlepszego wrażenia. Teoretycznie nie jest źle, dużo jednak jeszcze brakuje do przyzwoitego poziomu. Jeżeli nic się nie zmieni w zakresie koncesji na alkohol, obsługi i co najważniejsze smaku burgerów to lokal nadal będzie się cieszyć znikomą frekwencją. Na chwilę obecną, polecam wybrać się więc na burgery do American Bulla, lub wyczekiwać na otwarcie na Piotrkowskiej 85 Jerry's Burger, który poza burgerami i stekami ma też serwować puszyste amerykańskie naleśniki, shake'i i kawę parzoną w dzbankach. Normalnie, jak na filmach :)

POLUB NAS RÓWNIEŻ NA FACEBOOK'U: Food Fetish po łódzku

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego logo lokalu. Pochodzi ono ze strony Byk Burger

czwartek, 17 stycznia 2013

Ribs & Rings Łódź - Ameryki nie odkryjesz!



Kuchnia amerykańska chyba nigdy nie była zbyt popularna w naszym mieście. Nie mam oczywiście na myśli fastfoodowych, franczyzowych McDonald'sów czy Burger Kingów, a porządne knajpki gdzie można zjeść dobrze usmażony stek, grillowane żeberka czy porządnego burgera. Ostatnimi czasy sytuacja zmienia się na lepsze, tym razem będzie jednak o miejscu, które smakoszom potraw z USA znane jest pewnie od dawna. Mianowicie o Ribs & Rings mieszczącym się w Łodzi na Placu Wolności 12.
         Po dwóch wizytach, pozwolę sobie na kilka słów na temat lokalu. Umiejscowienie w ścisłym centrum miasta, estetyczna fasada budynku i działający w sezonie letnim, dobrze zaaranżowany „ogródek” zachęcają do odwiedzin. Wnętrza uderzają zaś intensywnością kolorów – głównie zieleni i czerwieni, takie barwy pokrywają bowiem wszystkie ściany. W praktyce wyróżnić możemy trzy pomieszczenia. Główne z całkiem przyjemnym, długim i dobrze zaopatrzonym barem i dwa w głębi. Na ścianach kilka czarno-białych zdjęć z amerykańskimi motywami. Cały wystrój określiłbym mianem poprawnego, jest czysto i estetycznie, brakuje jednak elementów które nadałyby temu miejscu jakiegoś ciekawego charakteru czy klimatu, szkoda...

       
         Karta dań zaskakuje swoją różnorodnością. Wchodząc możnaby się spodziewać głównie dań kuchni amerykańskiej, zaglądając jednak w menu, znajdziemy nie tylko stek T-bone, krążki cebulowe i szaszłyki, ale również śledzika w oliwie, żurek, rosół, pierogi, spaghetti, pizzę, kurczaka słodko-kwaśnego, rybę czy sushi (które trzeba zamówić dzień wcześniej). Z jednej strony przy takim rozwiązaniu każdy znajdzie coś dla siebie, z drugiej zaś liczyłem głównie na kuchnię ze Stanów, a taki misz-masz rodzi obawy o jakość i sposób przyrządzenia potraw.
          Na duży plus zasługuje pokaźny wybór napoi alkoholowych. Ribs & Rings okazuje się bowiem być dobrym miejscem na szybkie piwko lub wódeczkę. Bar, poza klasyczną ofertą, zbliżoną do większości lokali zaserwować nam może bowiem również takie specjały jak oryginalną, koszerną Śliwowicę Strykowską (72%) czy cydry X-Cider – warto spróbować!
          No dobrze, ale my chcemy coś zjeść. Pierwszy raz w lokalu byłem przeszło dwa lata temu – zamówiłem wówczas jednego z trzech pokaźnych burgerów do wyboru, który bardzo miło zaskoczył mnie swoim smakiem (kosztował ok. 12zł) Tym razem, do lokalu wybraliśmy się w kilka osób w sobotni wieczór . Po zajęciu miejsc, nie przyszedł nikt z obsługi, sami więc wzięliśmy karty, wybraliśmy co trzeba i udaliśmy się po zamówienia do baru uznając, że najwidoczniej specyfika lokalu nieco się zmieniła. W karcie widniał już tylko jeden burger – w cenie 6zł, czyli kolejne zmiany. Zdecydowałem się na niego z czystej chęci porównania (wziąłem dwa). Kumpel niemiło rozczarował się chcąc zamówić żeberka (Ribs) a następnie krążki cebulowe (Rings) – wszystko się ponoć akurat skończyło. Jak lokal specjalizujący się w tych daniach i mający je w swojej nazwie może nie być przygotowany na ich serwowanie w sobotę wieczorem...? Ostatecznie każdy zamówił po burgerze, a jedna osoba wybrała tortille z kurczakiem.

       
         Zajęliśmy stolik w sali za barem, łączący się z okienkiem kuchni przy którym wydawane są dania dla kelnerów. Po pewnym czasie kucharz zadzwonił dzwonkiem a w okienku pojawiły się nasze burgery, obsługa jednak nie podała ich do stolika, uznaliśmy więc że ten obowiązek należy do nas (szczególnie że za dania płaciliśmy z góry przy barze). Gdy podszedłem po odbiór talerzy, zdziwiony kucharz powiedział, że przecież wystarczyło poczekać aż kelner poda nam je do stołu...
         Same burgery były dobre, choć nie takie jak kiedyś. Na pewno smaczniejsze od tych z Maca czy Burger Kinga i warte swej ceny, jednak nie rewelacyjne. Mięso dobrze wysmażone, dodatki świeże, bułka oczywiście kupna. Z jednej strony liczyliśmy na więcej, z drugiej przy cenie 6zł za sztukę nie mięliśmy prawa spodziewać się idealnego burgera.
         Podsumowując, Ribs&Rings tym razem wypadło dość blado. Lokal kusi atrakcyjnymi cenami dań (najadłem się za 12zł), szybkim ich serwowaniem, ciekawą kartą alkoholi i dobrą lokalizacją, jednakże widać, że jego specyfika zmieniła się z restauracyjnej na bardziej barową. Obecnie to raczej miejsce na szybki, tani, przeciętny obiad, lunch czy snack podczas dnia czy przed imprezą niż na fajną posiadówkową kolację w gronie znajomych. Duży karniak należy się dodatkowo za praktycznie zerową obsługę naszego stolika i brak podstawowych pozycji z karty....Mam nadzieję, że była to sytuacja, która więcej się nie powtórzy, jej zaistnienie znacznie obniża jednak końcową ocenę restauracji. Jeżeli szukacie kuchni amerykańskiej na najwyższym poziomie, w Ribs & Rings jej niestety nie uświadczycie...

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego logo jak i zdjęć lokalu i potraw. Pochodzą one z oficjalnej strony restauracji. Więcej na: http://ribsandrings.com/

poniedziałek, 17 września 2012

Restauracja Montenegro Łódź – kulinarne Bałkany w centrum Polski



Zeszłoroczny urlop przyszło mi spędzić na ponad dwutygodniowym podróżowaniu po Serbii i Czarnogórze. Pomijając wspaniałe góry, urocze, malownicze miasteczka i ciepłe morze, miałem również przyjemność zapoznać się z tutejszą kuchnią regionalną. Bałkańskie przysmaki, choć nie należą do wyszukanych, przypadły mi do gustu. Po powrocie długo wspominałem wyśmienite sery, domową szynkę, przednie wina i klasyczne dania mięsne, takie jak cevapcici czy pljeskavicę. Dlatego też, w niecały miesiąc po przybyciu do kraju, zdecydowałem się odwiedzić Montenegro (http://montenegro.lodz.pl) – łódzki lokal serwujący typową kuchnię bałkańską. Od tego czasu w restauracji byłem już pięć razy, w tym również w ostatnią sobotę podczas większego spotkania ze znajomymi, mogę więc napisać kilka słów na temat moich odczuć związanych z tym miejscem.
            Lokal usytuowany jest w centrum miasta, przy ulicy Wólczańskiej 51 – naprzeciwko znanej wszystkim pubo-pizzerii Dwie Dłonie. Zaparkować można na niewielkim parkingu przed samą restauracją lub po drugiej stronie ulicy na wydzielonym pasie postojowym (niestety z parkometrem). Dojazd komunikacją miejską nie będzie stanowić problemu, wystarczy dojechać jakimkolwiek tramwajem lub autobusem na przystanek Kościuszki/Struga, knajpa znajduje się 5 minut pieszo od miejsca w którym wysiadamy z tramwaju.
Budynek nie prezentuje się zbyt okazale, jest zresztą dzielony między restaurację i inne instytucje. Na zewnątrz, w sezonie letnim, grill i duży parasol, mające stanowić namiastkę ogródka, niestety okolica mało ciekawa, w pobliżu ulica o średnim natężeniu ruchu i typowe dla miasta szare kamienice. Stąd, choć Montenegro odwiedzałem już kilkakrotnie, nie przyszło mi jeszcze zająć miejsca pod parasolem Żywca. Wewnątrz nieco lepiej, jednak do ideału sporo brakuje. Wystrój wzbudził we mnie bardzo mieszane uczucia. Przydałoby się więcej finezji, polotu i dobrego smaku, tak by miejsce to miało bardziej bałkański charakter. Na podłodze panele, na panelach zaś proste krzesła i stoły w kolorze bardzo ciemnego brązu, poprzykrywane białymi obrusami. Ściany pokryte lakierowanymi deskami w kolorze zbliżonym do koloru mebli. Wygląda to dość staroświecko i przygnębiająco, szczególnie gdy w lokalu prawie nikogo nie ma. W restauracji zawieszono kilka zdjęć i obrazków z Czarnogóry o niejednolitym charakterze i formie wykonania. Większe wrażenie robi jedynie północna ściana dużej sali pokryta kamieniem, będącym jednocześnie surowcem dla płaskorzeźby przedstawiającej monastyr Ostrog – wygląda to dość ciekawie. Obok kominek, który służy chyba jedynie za ozdobę, w środku znalazła się bowiem beczułka z czarnogórskim Vranaciem. Nieopodal stoi zaś mała, szklana i nieco tandetna gablotka z butelkami win. Po prawo przejście do drugiej, mniejszej sali, w której poza stolikami znalazł się również dość dobrze zaopatrzony bar. Toaleta na korytarzu, wspólna dla lokalu i innych instytucji w budynku kojarzy się z łazienkami szkolnymi - rzędy kabin, pisuary, ogólnie tak sobie. W restauracji jest także mała sala vipowska, która w sezonie letnim stanowi łącznik między ogródkiem a salą główną. Te właśnie miejsca przyszło nam zarezerwować (działa elektroniczna rezerwacja na stronie www) ostatniego wieczoru. Salka jest idealna na spotkania biznesowe, szczególnie że można ją zamknąć tak by odciąć się od ewentualnego gwaru głównej sali lub dla zwykłego zachowania prywatności spotkania. W sobotę wszystko było gotowe na nasze przyjście – stoliki były ładnie zastawione, na każdym znajdowały się sztućce, kieliszki do wina i wódki a także duże bordowo-beżowe serwetki.
Po zajęciu miejsc przyszła kelnerka, która przy okazji przeniosła do naszej sali wieszak na ubrania. Wręczono nam karty menu i spytano czy chcemy zamówić coś do picia. Poprosiliśmy o chwilkę czasu na podjęcie decyzji, czekaliśmy zresztą jeszcze na ostatnich znajomych. Jeżeli chodzi o napoje to ich wybór jest spory. Szczególne, jeżeli chodzi o napoje alkoholowe. W menu znalazły się bowiem zarówno wódki czyste i kolorowe, whisky, brandy, drinki jak i czarnogórskie wina i niestety już bardziej nam znane piwa, w tych ostatnich ciekawszą pozycją jest jedynie Paulaner w cenie 10zł na którego tego wieczoru się zdecydowałem. Wraz z napojami przybyła druga kelnerka, która zaproponowała nam półmiski z mieszanką grillowanych mięs Montenegro (1,5kg mięsa na półmisek). My jednakże odmówiliśmy i poprosiliśmy o jeszcze chwilę czasu na podjęcie decyzji. Menu jest bowiem dość obszerne. Najwięcej miejsca zajmują w nim właśnie mięsa, nie zabrakło jednak również ryb jak i licznych sałatek, znalazły się także przekąski na zimno i ciepło, desery i ciorby, czyli zupy bałkańskie.
Jako, że w Montenegro byłem już kilka razy, miałem przyjemność skosztować klasycznego cevapcici, czyli grillowanych paluchów z mięsa siekanego, podobnych nieco do naszego kotleta mielonego, zarówno pod względem popularności tego dania w Czarnogórze jak i jego dość zbliżonego do naszego kotleta smaku. Jadłem także pljeskavicę (bryzol) w wersji klasycznej, na ostro jak i z dodatkiem sera i szynki. Większość dań dostępna jest w dwóch cenach. Niższa oznacza mniejszą porcję. Dla przykładu, typowe cevapi z frytkami lub ziemniakami (te bowiem są wliczane w cenę) kosztuje 15zł lub 21zł w zależności od wielkości dania, przy czym na uwadze należy mieć fakt, że małe porcje są w rzeczywistości dość obszerne, o dużych nawet nie wspomnę. Choć jestem facetem, zawsze w pełni najadam się małą porcją do której dodatkowo biorę bukiet surówek. Do mięs dodawany jest także w osobnych miseczkach biały i czerwony sos. Jak widać cena takich dań jest więc bardzo atrakcyjna – pamiętać jednak należy, że cevapcici czy pljeskavia nie są zbyt wyszukane pod względem smaku czy formy – to raczej odpowiednik naszego schabowego, czy mielonego z ziemniakami – swoisty must-eat kuchni bałkańskiej Jeżeli wasze podniebienia szukają bardziej wyrafinowanego połączenia składników, radzę jednak wybierać inne pozycje z karty (menu dostępne pod adresem http://tnij.com/dcdUt) Ja zdecydowałem się na papryczki faszerowane serem na ostro i sałatkę serbską. Reszta znajomych postawiła na bardziej klasyczne dania mięsne. Przy okazji spytaliśmy czy istnieje możliwość by każdy zapłacił osobno za siebie, jest to bowiem rozwiązanie wygodne dla klienta w przypadku większej grupy osób. Dla obsługi chyba już nie, gdyż pani powiedziała, że lepiej jeżeli dostaniemy jeden wspólny rachunek, gdyż nie pamięta już kto jaki napój zamawiał. Ostatnio w Le Loft nie było z tym żadnych problemów, więc jak to mówią - dla chcącego nic trudnego...Minus dla obsługi. Po zebraniu zamówień zajęliśmy się rozmową. Po paru minutach wróciła kelnerka by dopytać o jedno z zamawianych dań, nic dziwnego, zdarza się coś przeoczyć.
Po mniej więcej 20-25 minutach zaczęto podawać nasze zamówienia. Tu mała uwaga, podczas wcześniejszych wizyt zawsze czekałem na danie maksymalnie 15 minut, tym razem czas się wydłużył ze względu na serwowanie posiłku ośmiu osobom jednocześnie. Dokładniej zaś siedmiu, okazało się bowiem, iż mimo wcześniejszego dopytywania o jedno z dań, kelnerka w ogóle go nie spisała lub zapomniała przekazać zamówienie do kuchni. Naszej znajomej przyszło więc poczekać na swoją porcję chwilę dłużej (na szczęście raptem 5-7 minut), mimo wszystko obsługa zarabia tego wieczoru drugiego minusa. Szkoda, gdyż wszystkie moje wcześniejsze wizyty były pod tym względem nienaganne.
Dania, tak jak pisałem wcześniej, są dość duże, czym każdy jest miło zaskoczony. Na stole ląduje jednak tylko jeden zestaw sosów, powinny być zaś minimum trzy, gdyż poza mną praktycznie każdy zamówił mięsa. Biorę się za jedzenie. Papryczki faszerowane są rewelacyjne! Serwowane na zimno, choć wstępnie chyba podpiekane, zachwycają swoją miękkością i smakiem nadzienia. Ser jest dość pikantny, jednocześnie rozpływa się w ustach. Zdecydowanie polecam. Sałatka serbska nie zrobiła już na mnie tak dużego wrażenia. To zwykła kompozycja pomidora, cebuli, ogórka, papryczek i oliwy. Czuć, że wszystkie składniki są świeże i za to należy się plus, dodano jednak nieco zbyt dużo octu winnego. Jednym może to odpowiadać, innym nie. Ja preferowałbym nieco delikatniejszy smak. A co sądzi reszta o swoich daniach? Większość jest w miarę zadowolona, choć jedna koleżanka dostaje niestety lekko niedopieczone cevapcici, drugiej zaś brakuje w smaku mięsa wyrazistości, werdykt – powinno być lepiej i mocniej doprawione. Ja akurat na mięsa nie mogłem nigdy narzekać, ale jak wiadomo, o gustach się nie dyskutuje. Tak jak wspominałem wcześniej, trzeba mieć na uwadze, że zarówno cevapcici jak i bryzol w formie podstawowej nie są zbyt wyszukanymi daniami.
Pomimo już przepełnionego żołądka zamawiam deser – banana pieczonego w koniaku z bitą śmietaną. Poza mną na słodkości decydują się jeszcze dwie osoby, na stół trafi więc również baklava. Banan był smaczny, mam jednak wątpliwości czy faktycznie pieczono go w koniaku, spodziewałem się że będzie nim między innymi polany lub chociaż wyczuję alkohol w smaku, tak się jednak nie stało. Deser był za to estetycznie podany – przyozdobiony bitą śmietaną i polany obficie płynną czekoladą, o czym o dziwo nie wspomina menu. Może więc całkowicie zastąpiono koniak czekoladą?
Dodam jeszcze, że od godziny 20.00 w piątki i soboty, co nie ominęło i nas, posłuchać można na żywo bałkańskiej muzyki. W głównej sali występuje bowiem wówczas duet wokalno-gitarowy, który z pewnością umili chwile spędzone przy stoliku.
Za kolację dla 8 osób przyszło nam ostatecznie zapłacić 293zł, rachunek podano w porcelanowej szkatułce wypełnionej cukierkami, miły gest na zakończenie kulinarnego wieczoru. Ostateczna kwota widniejąca na paragonie nie była wg mnie wygórowana. Poza głównymi daniami kilka osób zamówiło bowiem dodatki, desery, czy droższe piwa. Dla porównania, podczas jednej z wcześniejszych wizyt w tej restauracji przyszło mi zapłacić 44zł za dwa dania z frytkami i bukietami surówek + napoje. Trzeba przyznać, że 22zł za obfity, stosunkowo smaczny obiad to niewiele.
Rekapitulując, restaurację Montenegro oceniam raczej pozytywnie, choć niestety lokal nie ustrzegł się również kilku błędów. Zdecydowanie nie przypadł mi do gustu ogródek jak i trochę staroświecki, nieprzemyślany wystrój wnętrz. Także obsługa, choć tylko podczas jednej z pięciu wizyt, nie spisała się na medal. Brak możliwości rozdzielenia rachunku na każdego z biesiadników można jeszcze pominąć, gorzej z przeoczeniem jednego z zamówień. No cóż, za błędy się płaci, w najlepszym wypadku mniejszym napiwkiem lub jego brakiem. Po stronie plusów wskazać należy bardzo korzystne ceny oferowanych dań, bogate menu, duże porcje i dość dobrą lokalizację. Co do samego jedzenia – opinie uczestników ostatniego wieczoru były podzielone. Ja raczej się nie zawiodłem, zarówno teraz jak i wcześniej. W Montenegro można bowiem dość tanio i smacznie najeść się do syta, co ważniejsze, mało który lokal w Łodzi ma w swojej ofercie dania bałkańskie, Montenegro ma ich zaś bez liku. Restauracja będzie dobrym miejscem na niedzielny obiad z rodziną, spotkanie we dwoje czy wieczór w nieco większym gronie znajomych.

Ocena:
Jedzenie: 6,5/10
Wystrój: 4/10
Obsługa: 6/10
Jakość/cena: 8/10

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonych zdjęć. Pochodzą one z oficjalnej strony internetowej lokalu. Więcej na: http://montenegro.lodz.pl