Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bary szybkiej obsługi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bary szybkiej obsługi. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Łódź Street Food Festival - czyli jak zapełnić skatepark w 5 minut :)

       Zimno, szaro-buro i wietrznie, a mimo to, zmierzając do centrum Łodzi minąłem przynajmniej trzy kolorowo ubrane osoby, którym pogoda nie przeszkadzała w treningach biegowych. Tak sobie na nich patrzyłem i wręcz miałem wyrzuty sumienia. Sam biegam, ale w taką pogodę bez namysłu zamieniłem trening na I Łódź Street Food Festival, który odbył się w strefie Piotrkowskiej 217, w dawnym kompleksie Odlewni Żelaza Józefa Johna – miejscu, które ma szansę stać się w przyszłości drugą Off Piotrkowską.
       Punkt 13.00, gdy dotarłem na miejsce, zaczęły otwierać się pierwsze food trucki, które zajechały na parking przed wejściem do skateparku. Bobby Burger, Dobra Buła, Wurst Kiosk Wagen, a nawet Grzaniec Galicyjski i wiele innych restauracji na kółkach przez cały czas trwania festiwalu oferowało swoje produkty. Ceny różne, na ogół przystępne, z burgerami za 10zł na czele, choć było też parę ciężarówek oferujących sporo droższe posiłki. To jednak nie odstraszało łodziaków, którzy mimo niesprzyjającej pogody i długich kolejek, czekali niekiedy nawet po 40-60 minut na swoje zamówienia. Takiej frekwencji chyba nikt, z organizatorami na czele, się nie spodziewał. Na festiwal przyszli zarówno młodsi, jak i starsi mieszkańcy naszego miasta, zauważyć dało się też sporo rodzin.
       Na terenie zadaszonego skateparku również wrzało. Tu było bowiem jeszcze więcej ludzi niż na zewnątrz. Dawna odlewnia żelaza zebrała pod swym dachem łódzkich restauratorów, z których każdy chciał zaoferować uczestnikom festiwalu coś od siebie. Niektórzy wystawcy wyprzedali nawet wszystkie dania na długo przed zakończeniem festiwalu. Przykładem może być Babkarnia, oferująca cudowne, kolorowe babeczki, czy modna ostatnio Kawiarnia Mili Ludzie, której smakowite wypieki rozeszły się w oka mgnieniu! Do innych wystawców ustawiały się zaś długie kolejki.
       Przykładem mogą być Nudle i Sałaty, na których ofertę sam się zdecydowałem. Restauracja oferuje makarony i sałatki w systemie "to go" pakowane w kartonowe pudełeczka. Ceny są bardzo przystępne – za porcję makaronu z kurczakiem, warzywami i sosem przyszło mi zapłacić 10zł. Danie było gorące, bardzo smaczne i sycące. To świetna propozycja na mały i nieco większy głód podczas wypadu na miasto, czy przerwy w pracy. Festiwalowe stanowisko Nudle i Sałaty cieszyło się dużym zainteresowaniem, przez co na moją porcję przyszło mi czekać co najmniej 25 minut.
       Nieco szybciej dostałem zaś tortillę meksykańską z Western Chicken. Porcja olbrzymia, sycącą i pikantna – uczciwy posiłek za niecałe 12zł :) Barterem zaowocowało również odstanie swojego w kolejce do piekarni Montag oferującej własne wypieki przygotowywane z naturalnych produktów bez użycia konserwantów i polepszaczy. Na stanowisku nabyć można było bagietki, pączki, drożdżówki i wszelakiej maści chleby. Zdecydowałem się na rewelacyjny ciastochleb (swoiste połączenie keksu i chleba) i pszenno-żytni chleb miodowy (bochenki w cenie 8zł za sztukę).
       Poza opisanymi przeze mnie wystawcami, swoje wyroby oferowało dużo innych restauracji. Skosztować można było sushi z Zielonego Chrzanu, kanapek z Foodmarket, rewelacyjnych hummusów warszawskiego HummusBaru, świeżo wyciskanych soków, lubianych przez łodzian zapieksów z Zapiekarni & Plackolandii, czy polskich serów oferowanych przez Ser Lanselot, a to i tak nie koniec listy.
       Tak jak pisałem wcześniej, łodzianie dopisali, efektem czego były spore kolejki i nadmierny ścisk na głównej sali. Organizatorzy muszą pomyśleć nad rozwiązaniem tego problemu podczas kolejnej edycji festiwalu – może warto wydłużyć czas festiwalu? Cztery godziny to zdecydowanie za mało. W sezonie letnim można również przenieść część stanowisk na dwór (choć najbliższe otoczenie nie wygląda zbyt ciekawie). Sporo osób narzekało na fakt, że w obecnych warunkach ciężko jest się przemieszczać, a co dopiero w spokoju coś zjeść czy porozmawiać ze znajomymi.
       Jedynym miejscem, w którym można było nieco odpocząć był duży blat w centralnej części skateparku i stanowisko firmy Bibalo Design, oferującej między innymi poddane renowacji fotele, które niejedna osoba wykorzystała jako siedziska podczas konsumpcji i późniejszych koncertów zespołu Konkubent i Magister Ninja:) Brawo dla właścicieli za odwagę i ciekawą formę reklamy (o Bibalo Design pisaliśmy już przy okazji omawiania ostatniego Restaurant Day Łódź)
       Podsumowując, pierwszy łódzki Street Food Festival uznać muszę za udany. To na pewno ciekawe wydarzenie, które po lekkim przeorganizowaniu ma olbrzymią szansę wpisać się na stałe w łódzki kalendarz imprez. Szczególnie, że olbrzymia frekwencja pokazała, jak bardzo mieszkańcom naszego miasta brakuje takich eventów.
POLUB NAS RÓWNIEŻ NA FACEBOOK'U: FOOD FETISH PO ŁÓDZKU

czwartek, 28 listopada 2013

Pierogarnia Kasza i Grzyby Łódź, czyli pierogi po sąsiedzku ;)

          Moja miłość do pierogów nigdy nie ustanie. Dlatego też, poniższy wpis będzie kolejnym dotyczącym łódzkich pierogarni, a jednocześnie miejsc mało znanych szerszemu odbiorcy (nie mylić z odbiorcą grubszym). Tym razem wybierzemy się bowiem na jedno z bałuckich osiedli, na ulicę Marysińską 92, gdzie mieści się Kasza i Grzyby – niewielka, zaaranżowana w parterowym mieszkaniu jednego z bloków pierogarnia z ciekawym wystrojem i jeszcze ciekawszym menu :) Pierwszy raz odwiedziłem ją niewiele po otwarciu, na początku tego roku, drugi raz całkiem niedawno! Czy coś się zmieniło? Czy warto się wybrać? Przeczytajcie!
          Z zewnątrz lokal ewidentnie wyróżnia się na tle szarego, odrapanego budynku. Pomalowana na zielono fasada rzuca się w oczy, podobnie jak czerwony baner zawieszony na jednym z balkonów (choć ten akurat nie wygląda zbyt estetycznie). Pod lokalem zaaranżowano mini ogródek, który podczas moich wizyt nie był czynny ze względu na kiepską pogodę.
           Wewnątrz pierogarnia prezentuje się dużo ciekawiej, szczególnie jak na osiedlowy lokalik. W ogóle nie czuć, że znajdujemy się w mieszkaniu, no może pomijając niewielką powierzchnię użytkową. Jest jasno, przytulnie i czysto, a liczne, fajne dodatki nadają miejscu klimatu. Jest piękna drewniana lampka, drabina zaaranżowana na półkę, wiadereczka z żywymi roślinkami, stylowa patera z kloszem, przyjemne oświetlenie nad barem z podwieszonych słoików i kilka innych bibelotów, na których aż miło zawiesić oko. Jedną ze ścian mniejszego pomieszczenia wytapetowano zaś kartkami z meblowych katalogów IKEA :)
          Nad wszystkim czuwają przesympatyczne Panie z obsługi, które z chęcią doradzą jakie pierogi wybrać, przyjmą zamówienie i jeszcze przyniosą je nam do stolika. Na danie nie trzeba zaś będzie zbyt długo czekać :)
          To, co aktualnie znajduje się w menu, znajdziemy na olbrzymiej tablicy na ścianie za barem. Przyznać trzeba od razu, że wybór nie dla wszystkich będzie łatwy. Kasza i Grzyby oferuje bowiem poza klasycznymi pierogami, kilka atypowych pozycji. W karcie dań znalazły się więc nie tylko pierogi ruskie, z kapustą i grzybami, z owocami, z białym serem czy z mięsem, ale też z kaszą i grzybami, serem żółtym, szpinakiem i serem feta, z czekoladą i bananami lub ananasami, na pierogach swojskich, pierogach z kaszanką, czy pierogach italiano z mięsem i spaghetti skończywszy. Za tak ciekawe i fantazyjne propozycje należą się duże brawa! Poza pierogami można także zamówić zupy, z rosołem, kartoflanką i nieśmiertelnym barszczykiem na czele. Dla największych głodomorów ciekawymi mogą okazać się zaś zestawy XXL w cenie 15zł, wśród których dla przykładu: schabowy z ziemniakami i surówką, czy cepeliny z mięsem i surówkami. Warto też dodać, że dania można zamówić na wynos, a nawet z dowozem do domu.
          I choć podczas pierwszej wizyty w styczniu pierogi nie do końca mnie przekonały, to powtórne odwiedziny zatarły to wspomnienie. Jak było w styczniu? Mówiąc krótko, nieco bez smaku, brakowało wyrazistości i doprawienia dla lepszego wrażenia. To na szczęście uległo zmianie. Pierogi są teraz nieco większe (wg ulotki mają 11cm długości) i zdecydowanie smaczniejsze. Ciasto nie budzi żadnych zastrzeżeń. Nie przepadam za ciastem zbyt cienkim i nadmiernie elastycznym, na szczęście to w Kasza i Grzyby jest idealne, dobrze rozwałkowane, bez grudek, niezbyt kleiste i smaczne :) Farsze również niczego sobie – oczywiście jedne są lepsze, drugie gorsze, sporo zależy też od osobistych preferencji. Mnie najbardziej przypadły do gustu nadzienia italiano, swojskie (z kiełbasą) i z kaszą i grzybami, ze słodkich czekolada z bananem. Do pierogów na słono okrasa pod postacią skwareczków, pierogi słodkie serwowane są zaś ze śmietaną z cukrem.
          Mamy więc fajny wystrój i smaczne, szybko podawane pierogi w bardzo ciekawych konfiguracjach – a jednak po wszystkim pozostał u mnie pewien niedosyt. Pierogi, choć wg ulotki powinny mieć 11cm długości, są w rzeczywistości mniejsze – większość z tych, które zamówiłem na wynoś miała ok. 9cm. Niby nic, a jednak warto o tym wspomnieć. W połączeniu z ceną, która dla sporej części pierogów wynosi 1,50zł (niektóre po 1zł, banan z czekoladą po 2zł), prawdziwy głodomór powinien się spodziewać wydatku rzędu 14-17zł za same pierożki. Ja przynajmniej, żeby się najeść, muszę w Kaszy i Grzybach zamówić około 12 sztuk, a nie należę do osób, które jedzą nad wyraz dużo :) Dodając do tego zupę lub napój liczyć musimy się z obiadem w cenie przynajmniej 20zł i choć nadal nie jest to wygórowana kwota, to nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć o mojej ulubionej osiedlowej pierogarni - Co ludzie powiedzą, gdzie za niecałe 10zł najadam się do syta pierogami i barszczykiem.
          Mimo wszystko, Kasza i Grzyby w kategorii lokali szybkiej obsługi wypada w mej opinii bardzo dobrze. Jestem pewien, że sporo mieszkańców najbliższej okolicy jadło tam już nie raz. Pierogi są bowiem smaczne, ich wybór olbrzymi, a całości dopełniają estetyczne i przemyślane wnętrza, o których często zapominają właściciele innych osiedlowych knajpek. Jeżeli przyjdzie Wam kiedyś zawitać w okolice ulicy Marysińskiej, wstąpcie na zielony parter i przekonajcie się sami :)
POLUB NAS NA FACEBOOK'U: FOOD FETISH PO ŁÓDZKU
Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego w poście logo lokalu, pochodzi ono z oficjalnej strony restauracji Kasza i Grzyby

wtorek, 5 listopada 2013

Bar Mad-Dog Łódź, czyli tam gdzie prawdziwi bałuciarze mogli zjeść pierwszy w Łodzi gyros

       Dzisiejszy wpis nie będzie dotyczyć żadnej modnej, nowo otwartej restauracji w centrum miasta, ani pubu w strefie Off Piotrkowskiej. Dzisiejszy wpis, będzie bowiem o lokalu dla bałuciarzy z krwi i kości, a może i prawdziwych hipsterów. Mowa bowiem o barze Mad-Dog usytuowanym na ulicy Zgierskiej 28. Miejscu, które darzę sporym sentymentem, miejscu które odwiedzałem z mamą jeszcze jako mały dzieciak po jesiennych i zimowych zakupach na Bałuckim Rynku, miejscu w którym przyszło mi pierwszy raz w życiu zjeść gyros!
        Jak to z zewnątrz wygląda każdy widzi. "Biały" siding i duże okno z nazwą baru mogą odstraszać, ale niech nikt tu nie udaje świętego. Każdy z nas od czasu do czasu je w takich miejscach. Uwagę przechodnia przyciąga widniejąca od niedawna na szybie kartka A4 z dumnym hasłem informującym nas, że Mad-Dog to pierwszy w Łodzi lokal serwujący gyros! I wiecie co? Faktycznie może to być prawda. Jadłem go tutaj, gdy Warszawa i Kraków o Sphinxie jeszcze nie słyszały. Pierwszy Sphinx w Łodzi powstał w 1995 roku, a Mad Dog w 1991 :)
       W środku, podobnie jak na zewnątrz, czyli na wszystkich ścianach biała oblicówka. Poza tym 3-4 małe stoliczki, długa lada z wystawionymi napojami i uśmiechnięta pani w fioletowym fartuszku, która z każdym zamieni kilka ciepłych słów. Generalnie, przez przeszło 15 lat niewiele się tu zmieniło. W niczym to jednak nie przeszkadza. Dzięki dobrej lokalizacji, knajpka już dawno wpisała się w serca bałuckiej społeczności, a w porze obiadowej nie raz przyjdzie nam poczekać na wolny stolik.
       A co w menu piszczy? Oczywiście gyros, serwowany w bułce lub na talerzu z frytkami, sosem i surówkami (17zł), połówka porcji kosztuje 11zł, można też kupić za piątaka hamburgera, frytki i hot-dogi. A co najważniejsze, do każdego posiłku kawa gratis. Tak było, jest i będzie! Można też nabyć herbatę i napoje gazowane w puszcze lub lane z butelki ;) Ceny nie powinny więc nikogo odstraszyć!
       A sam gyros, choć podawany na plastikowych talerzykach, ze sztućcami z tego samego tworzywa, jest całkiem niezły. Mięso jest soczyste, ładnie wypieczone, odpowiednio przyprawione i wyraziste w swym smaku a przy okazji nie obcieka tłuszczem, jak w niektórych innych lokalach tego typu. Reszta składników również nie budzi zastrzeżeń. Surówki są bardzo świeże a frytki złociste i chrupiące. Jednocześnie porcja jest na tyle duża, że nawet głodny jegomość się nią bez problemu naje. Dla dziewczyn i malutkich głodów polecam zaś zamawianie 1/2 porcji. Na dania nie przyjdzie długo czekać. Na ogół można szamać już po 10 minutach.
      Rekapitulując, jeżeli zajdziesz kiedyś czytelniku w okolice Placu Kościelnego lub Bałuckiego Rynku i akurat złapie Cię głód, a jednocześnie nie przeszkadza Ci anturaż wnętrz przedstawionych na zdjęciach i barowy klimat to wstąp śmiało do Mad Doga. Znajdzie się oczywiście parę knajpek w naszym mieście serwujących lepszy "gyros", ale skoro ta był pierwsza, to chyba warto zajrzeć do niej choćby z ciekawości ;)

POLUB NAS NA FACEBOOKU: FOOD FETISH PO ŁÓDZKU

niedziela, 30 czerwca 2013

Pierogarnia Co ludzie powiedzą Łódź - najlepsze pierogi w mieście!

       Kocham dania mączne – makarony, naleśniki, kopytka, knedle, leniwe...nawet prażoki wolę od normalnych tłuczonych. Nie ma jednak wg mnie lepszego dania mącznego niż pierogi. Gdziekolwiek bym nie był, jeżeli widzę je w menu, muszę ich spróbować, a górskie schronisko bez pierogów w karcie dań nie powinno się w moim odczuciu w ogóle nazywać schroniskiem! W Łodzi pierogów próbowałem już w wielu miejscach, począwszy od nieistniejącej już Planety, poprzez Pierrogerię w Manufakturze, Pozytyvkę, Teremoka, PierrRogi 69, Kaszę i Grzyby, na knajpach w stylu Chłopska Izba skończywszy.
        Dzisiejszy wpis będzie jednak o małej, niepozornej pierogarni mieszczącej się na obrzeżach Teofilowa. Pierogarni, która w mojej skromnej opinii serwuje najlepsze pierogi w mieście, przy okazji oferując je w najlepszej cenie :) A mowa o lokalu “Co ludzie powiedzą...” usytuowanym przy zbiegu ulic Rąbieńskiej i Kwiatowej.
         Z zewnątrz knajpka nie prezentuje się zbyt okazale. Ot, zielonkawy budyneczek z daszkiem i zawieszonym na frontowej ścianie banerem z nazwą i logo pierogarni. Ciężko powiedzieć by ten wygląd zachęcał do wejścia, z drugiej jednak strony pamiętajmy, że mamy do czynienia z małą knajpką na obrzeżach miasta a nie prestiżowym lokalem w centrum. Mimo wszystko, mogłoby to wyglądać ciutkę lepiej. Wnętrze również utrzymane jest w spartańskim stylu. Po lewo znajduje się skromy samoobsługowy bar. Główna sala ulokowana po prawo wita zaś pomalowanymi na fioletowo ścianami z paroma obrazkami, czarno-białymi kafelkami na podłodze i prostymi stołami. Widać, że to miejsce na szybki obiad po pracy a nie długie wieczory ze znajomymi. I na tym narzekanie się kończy :)
       Choć danie musimy zamówić samemu przy barze, to resztą zajmie się już obsługa. Nam przyjdzie tylko poczekać na doniesienie pierogów do stolika a i to nie będzie trwać długo. Na ogół po 7-10 minutach możemy się już delektować najlepszymi pierożkami w mieście. Obsługa jest zaś miła i uśmiechnięta, można się poczuć jak u siebie w domu.
        Pora na meritum. W menu pierogi z kapustą i grzybami, ruskie, z mięsem, z mięsem i kapustą, ze szpinakiem i serem feta, żółto-serowe, z owocami, z kaszą i grzybami. Jest więc w czym wybierać i każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Jest też barszczyk czerwony, herbata i kawa. Jeżeli nie lubisz więc pierogów, nie masz tu czego szukać, ale jak można nie lubić pierogów?!? Szczególnie tak dobrych jak te z “Co ludzie powiedzą...” Możemy wybrać zestaw za 7zł lub 10zł lub po prostu kupić tyle sztuk pierogów ile chcemy płacąc po 1zł za sztukę. Przy czym dodać muszę, że pierogi są naprawdę konkretnych rozmiarów, przynajmniej dwukrotnie większe od klasycznych mrożonych pierogów ze sklepu. Co za tym idzie, omawiana pierogarnia jest najtańszym miejscem w Łodzi, które pozwoli nam dobrze najeść się do syta za małe pieniądze. Pierogi są tak duże, że mi w zupełności wystarcza zestaw za 7zł + barszczyk. Dzięki temu, za niecałe 10zł jestem pełen :)
        Same pierogi są zaś rewelacyjne. Po 5 wizytach i częstym braniu zamówienia na wynos, spróbowałem już większości z nich. Polecam szczególnie pierogi z mięsem, kaszą i grzybami i pierogi na słodko z owocami. Ciasto po prostu idealne, dobrze rozwałkowane, gładziutkie i lekko elastyczne ale niezbyt kleiste. Om nom nom! Farsze również na bardzo dobrym poziomie! Szczególnie mięsny, bardzo wyrazisty w smaku i sycący. A okrasa, prawie pierwsza klasa, przydałoby się tylko więcej skwarków :) Do „Co ludzie powiedzą...” zaciągnąłem nawet moją mamę, babcię i dziadka. Każdy wyszedł zadowolony. Słowa uznania należą się również za barszczyk czerwony – esencjonalny, bardzo wyrazisty w smaku i rozgrzewający! Zresztą, najlepszym dowodem na to, że w lokalu można smacznie zjeść, jest ilość klientów, którzy przewijają się przez to miejsce. Tylko podczas jednego 30 minutowego pobytu w pierogarni naliczyłem 10 osób które wstąpiły na chwilkę by kupić pierogi na wynos. Sam zresztą nadal mam w zamrażarce kilka sztuk :)
         Jeżeli lubicie dobrze i tanio zjeść, jeżeli kochacie pierogi, jeżeli nie macie czasu samemu zrobić obiadu a nie chcecie kupować mrożonych pierogów, koniecznie wpadnijcie do „Co ludzie powiedzą”. To jedno z tych miejsc, które pomimo odległości od centrum warto odwiedzić, by przekonać się na czym polega dobry pieróg! Do pełni szczęścia brakuje tylko ładniejszego i przytulniejszego wnętrza. Mimo wszystko na pytanie „Co ludzie powiedzą?” odpowiem – tak trzymać!

EDIT z 10.10.13. Od napisania recenzji byłem w lokalu już wiele razy. Cieszy się olbrzymim powodzeniem, a obsługa ma pełne roboty. Często zdarza się przez to, że o godzinie 13-14 już brakuje jakiś pierogów. Każdemu polecam wcześniej dzwonić do lokalu i zamawiać sobie porcję, tak by później nie obejść się smakiem!
Zapraszamy do polubienia nas na Facebooku: https://www.facebook.com/foodfetishpolodzku

Wszelkie zdjęcia i grafiki z wyłączeniem logo pierogarni są mojego autorstwa. Wszelkie prawa zastrzeżone.

sobota, 23 lutego 2013

Zaraz Wracam Bistro Łódź - tarta grzechu warta!


            Jeżeli zawsze szukałeś lokalu w ścisłym centrum Łodzi, który serwowałby wyśmienite, nietuzinkowe dania w przystępnych cenach, będąc jednocześnie miejscem przytulnym, cechującym się niepowtarzalnym klimatem i atmosferą, to nie musisz dalej szukać! Bistro Zaraz Wracam spełni wszystkie Twoje oczekiwania, a nazwa lokalu jest jak najbardziej trafna. Jestem bowiem pewien, że na Piotrkowską 101, gdzie mieści się knajpka, wrócisz nie raz! Po trzech wizytach napiszę jednak coś więcej.
            Bistro, choć mieście się w podwórzu, w sezonie letnim wita klienta niewielkim, jednakże uroczym ogródkiem. Wewnątrz jest jeszcze lepiej - przytulnie, nastrojowo i schludnie. To idealne miejsce na odpoczynek od miejskiego zgiełku. Po prawo od wejścia znajduje się wspaniale urządzony bar z licznymi buteleczkami, słoiczkami, filiżankami i talerzykami z ciasteczkami. Uwagę przyciąga też duża tablica w wypisanym kolorowymi kredami menu i przykryta kloszem patera z bajecznymi wypiekami. Zasiąść przyjdzie nam zaś na różnej maści krzesłach z poduszeczkami przy kwadratowych lub okrągłych, postarzanych stolikach. Znalazło się nawet miejsce na pianino i artystyczną grafikę na głównej ścianie. Całość lokalu utrzymana jest w odcieniach brązu i czerni, z dodatkiem czerwieni, co w połączeniu z ciepłym, żółtym oświetleniem czyni ten lokal jednym z najbardziej przytulnych miejsc w Łodzi, szczególnie w zimowe wieczory w sezonie świątecznym, gdy całość dopełnia piękna świąteczna dekoracja i spokojna muzyka.


            Jak na bistro przystało, dania zamawiamy przy barze, po ich odbiór nie musimy się jednak już fatygować, miła i fachowa obsługa przyniesie je bowiem do stolika. A jak prezentuje się menu? Doskonale! Niech nikogo nie zmyli słowo bistro w nazwie, w Zaraz Wracam nie uświadczymy bowiem oklepanego mielonego i pomidorówki, a dużo ciekawsze dla podniebienia pozycje. Znajdzie się między innymi warzywna zupa z soczewicy, zupa szpinakowa z parmezanem, gulasz czy żeberka w sosie korzennym. Część dań zmienia się w zależności od sezonu. Bogata jest oferta sałatek, jednakże specjalnością lokalu są tarty. Jeżeli jesteś ich fanem (a nawet jeżeli nie), koniecznie odwiedź Zaraz Wracam! To z pewnością najlepszy lokal oferujący te dania w mieście.
            Polecę w pierwszej kolejności to co sam jadłem, czyli tarte z konfiturą cebulową, grillowanym kurczakiem i gorgonzolą, tartę z chorizo, pieczoną papryką i czerwoną cebulą czy tartę z grillowanym bakłażanem, pastą z suszonych pomidorów i taleggio. Każda porcja podawana jest na liściach sałaty lodowej polanej kapitalnym sosem miodowo-musztardowym. Ciasto jest kruche a farsz zawsze smaczny i pięknie skomponowany, wszystko łączy się bowiem w rewelacyjną całość! Na dodatek, choć porcje nie wydają się ogromne, zawsze w pełni zaspokajają mój apetyt! Poza tartami na słono, kuszą również te na słodko, jak i wszystkie inne desery.


           Dajmy na przykład, taka tarta orzechowo-śliwkowa, czy sernik z białą czekoladą i suszoną żurawiną...niebo w gębie! Od siebie polecę również rozgrzewającą czekoladę z chilli i liczne piwa regionalne. Tak, Zaraz Wracam też je bowiem serwuje. Na dodatek wybór jest szeroki i nie kończy się na znanych już piwach cytrynowych czy grejpfrutowych, a na piwie Orkiszowym z Czosnkiem czy Magnusie o smaku Cappuccino i czekolady. Czego chcieć więcej?
            Otóż to, lokal praktycznie spełnia wszystkie moje oczekiwania. Do ładnego, przytulnego wystroju, sympatycznej obsługi i pysznych dań, dochodzi bowiem również krótki czas oczekiwania na zamówienie i niewygórowane ceny. Tarty w Zaraz Wracam, choć warte są każdych pieniędzy, kosztują 15zł, nieco tańsze są sałatki, za napoje i desery również nie przyjdzie zapłacić zbyt wygórowanej kwoty (piwko od piątaka wzwyż). I o to właśnie chodzi!
Lokal jest idealnym przykładem na to, że na kulinarnej mapie Łodzi znajdzie się miejsce, do którego nie można mieć żadnych zastrzeżeń. Miejsce w którym każdy zje i poczuje się jak u siebie w domu i do którego zaraz będzie chciał wracać. Za to należą się właścicielom i obsłudze najwyższe słowa uznania i duże brawa!


POLUB NAS RÓWNIEŻ NA FACEBOOK'U: Food Fetish po łódzku

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego logo jak i zdjęć lokalu i potraw. Pochodzą one z oficjalnej strony restauracji. Więcej na:
Oficjalna strona na Facebook'u i http://www.zarazwracambistro.pl/

wtorek, 27 listopada 2012

The Dorsz British Fish & Chips Łódź - szybka rybka w Boat City

Łódzka ul. Traugutta to Mekka dla miłośników dobrego jedzenia. Wąski pasaż roi się bowiem od knajp i restauracji. To tutaj możemy spróbować węgierskich dań w Varosce, najeść i napić się do syta w Browarze Grill de Brasil, skosztować rewelacyjnych włoskich potraw w Locandzie czy bardziej znanych polskich obiadów w Chłopskim Jadle. Tutaj też mieści się tani i przyjemny bar Paragon jak i znana wszystkim klubo-kawiarnia Owoce i Warzywa. Pod numerem 9 znajdziemy zaś lokal serwujący szybką kuchnię brytyjską, czyli popularne na całym świecie ryby z frytkami. Mowa o The Dorsz British Fish & Chips.
Z zewnątrz knajpka prezentuje się bardzo przyjemnie i angielsko, kojarząc się z pubami jakie widzimy w brytyjskich filmach czy pamiętamy z reklam piwa Dog in the Fog. Odnowiona, pomalowana na ciemny brąz elewacja, neonowy szyld i duże okna z łukami, z których sączy się ciepłe światło, zachęcają do wstąpienia - szczególnie w jesienne lub zimowe wieczory. Wewnątrz czar ten jednak pryska. W środku jest czysto i schludnie, jednak mało brytyjsko. Światło jest w rzeczywistości bardzo jasne i zimne. Na szarych ścianach wiszą komiksowe plakaty w żaden sposób nie związane z GB ani jedzeniem, wyróżnia się tylko kilka prac Banksy’iego i flaga UK. Zasiąść możemy przy kolorowych stolikach na w miarę wygodnych kanapach z poduszkami lub twardych krzesłach. Szkoda, że w knajpie nie jest zbyt gustownie ani przytulnie. Od razu czuć, że to miejsce raczej na szybki posiłek niż dłuższe przesiadywanie z kumplami przy piwku. Szkoda...

       Czas zerknąć w menu – to przyjdzie nam zaś przeczytać na wielkiej tablicy znajdującej się przy drzwiach i po prawo od otwartej kuchni. Jak na bar szybkiej obsługi przystało, dania zamawia się przy kasie, a rola obsługi ogranicza się jedynie do ich podania do stolika. Wybrać możemy oczywiście specjał lokalu, czyli dorsza w dwóch odmianach – plamiaka lub atlantyckiego. Jest także filet z miruny, nuggetsy rybne lub drobiowe, kiełbaski, smakowicie wyglądająca zupa z owoców morza, czy czerwony barszczyk. Znajdziemy też parę mniejszych przekąsek w stylu krążków cebulowych, kalmarów czy krewetek z sosem. Nie zabrakło również sałatek, napojów bezalkoholowych i stosunkowo tanich piw (większość w cenie 5zł). Do większości dań podawane są frytki. Ceny bardzo przystępne, szczególnie, że nawet mała porcja ryby z frytkami (15zł) jest w rzeczywistości spora i większość osób, a już na pewno kobiet, w zupełności się nią zadowoli.

           Na dania nie przyjdzie długo czekać. Na ogół już po 5-10 minutach, wypełnione po brzegi półmiski lądują na naszym stoliku. Ryba jest dobrze przygotowana i opieczona, chrupiąca panierka i idealnie kruchy filet momentalnie znikają z talerzy. Muszę jednak ostrzec tych, którzy nie mieli okazji jeść ryby serwowanej w Wielkiej Brytanii w typowym chippie. Ta w The Dorsz jest bowiem przyrządzana w identyczny sposób (przez brytyjczyka zresztą) – jest więc bardzo tłusta (ryby morskie zresztą zawsze są tłustsze od słodkowodnych) i z założenia nie przyprawiana. Anglicy bowiem fish & chips przeważnie tylko mocno solą, skrapiają całość sokiem z cytryny lub octem słodowym. Dlatego też, jeżeli oczekujecie bardziej wyrafinowanych smaków, koniecznie zamówcie do dania zestaw niedrogich dipów. Inaczej możecie być zawiedzeni mało wyrazistym smakiem ryby. Powiedzmy sobie szczerze, nie ma ona prawie w ogóle smaku... i szczerze, mogłaby być ciutkę mniej tłusta. Z drugiej strony, jak to mówią, rybka lubi pływać nawet po śmierci, stąd też smaży się ją w głębokim tłuszczy, a śledzika zapija wódeczką ;)
Nieodłącznym elementem dań w The Dorsz są frytki. Według mnie, jedne z lepszych w mieście (może poza belgijskimi) – grubo krojone, lekko chrupiące z zewnątrz i miękkie w środku – polecam z dipami, serem lub sosem curry. Rewelacja!

       Słowo końcowe – The Dorsz British Fish & Chips to dobra alternatywa dla oklepanych pizzeri, kebabów, chińczyków i Mc Donaldów. Na Traugutta 9 możemy zjeść szybko i nieco tylko drożej niż w innych fastfoodach (lecz nadal tanio). Przy okazji, to jedno z nielicznych miejsc w centrum, które zajmuje się serwowaniem ryby. Kolejną zaletą są tanie piwa i dobre frytki. Stąd też, lokal jest wg mnie idealnym miejscem na beforek przed piątkową imprezą, czy szybki obiad w przerwie pracy lub między zajęciami. Szkoda tylko, że wystrój jest mało przytulny i nieciekawy a frytki i ryba troszkę za tłuste. Z pewnością znajdzie się sporo osób, które stwierdzą nawet że niesmaczna. W mojej grupie opinie na temat knajpy były bardzo podzielone, część osób była niezadowolona. Osobiście uważam, że jeżeli od czasu do czasu lubisz się niezdrowo najeść i napić do syta, to mimo wszystko powinieneś wstąpić do The Dorsz British Fish & Chips. Jeżeli zaś nie przepadasz za rybami i tłustym jedzeniem to odpadasz z gry - zmykaj czym prędzej do Green Waya na herbatkę i sałatkę!

EDIT z kwietnia: Ceny skoczyły w górę średnio o 1-2zł. Do zestawów serwowany jest niezjadliwy krem z zielonego groszku. Ryba nadal bez większego smaku, wystrój również...

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonych zdjęć lokalu i logo. Pochodzą one z oficjalnej strony internetowej lokalu. Więcej na The Dorsz Fish & Chips