Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia orientalna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia orientalna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 lutego 2014

Lavash Łódź - kuchnia ormiańska w sercu Łodzi

       Kto z Was stołował się w PierrRogi 69 w bramie przy Piotrkowskiej 69 ręka w górę! Stali bywalcy pewnie już wiedzą, że od przeszło dwóch tygodni mieści się tam nowa restauracja. W miejscu po całkiem niezłej pierogarni zadomowili się bowiem Ormianie, którzy postanowili wzbogacić kulinarną mapę miasta o Lavash – lokal specjalizujący się w kuchni Armenii i Zakaukazia.
       Z zewnątrz knajpka prezentuje się skromnie, w gruncie rzeczy w porównaniu do PierrRogi 69 zmieniły się jedynie szyldy (plus za miły, polski akcent). Wnętrza również nie doczekały się drastycznych modyfikacji – babcine bibeloty zastąpiono tradycyjnymi ormiańskimi akcentami. Na ścianach wiszą nie tylko piękne koronki pętelkowe, stare fotografie, kaukaskie kilimy czy półeczki z przetworami ale i polskie akcenty – obrazy Chełmońskiego czy Kędzierskiego. Wystrój, choć prosty i mało wyszukany w niczym nie przeszkadza, w lokalu jest bowiem bardzo miło i przytulnie (a podczas naszej wizyty było w nim również bardzo ciepło i tłoczno).
Źródło: Facebook
       W menu królują dania kuchni ormiańskiej. Spróbować można więc tytułowego lavashu – tradycyjnych placuszków z mąki pszennej, pasztetu z czerwonej fasoli, granatów i orzechów, marynowanych bakłażanów, kaczki pieczonej na ostro, dolmy - czyli gołąbków zawijanych w liście winogron, chaczapuri czy chinkali, czyli pierożków po kaukasku, wypełnionych aromatyczną zupą (podczas jedzenia radzimy nagryźć pierożka i wypić zupę a później dokończyć ciasto). W karcie dań znalazło się też kilka zup i sałatek, a także desery: baklava i gata i napoje, również te bardziej egzotyczne z sokiem z granatów czy derenia na czele. Właściciel obiecał nam także, że do połowy marca pojawią się w menu ormiańskie alkohole: wina, brandy i wódki – między innymi tutowka. Czekamy z niecierpliwością!
       Ceny, choć nie są przesadnie wysokie, wydają nam się w niektórych przypadkach nieadekwatne do serwowanych dań. Same porcje nie są zbyt duże, a większość z nich podawana jest bez dodatków typu ziemniaki czy ryż (te trzeba nabyć osobno w cenie 3-5 zł za dodatek). Zdecydowanie zbyt drogie są chociażby kebaby, khinkali czy niektóre napoje. Pełna karta dań wraz z cenami dostępna jest tutaj. W większości przypadków uda nam się zamknąć w cenie 28-38 zł za danie z dodatkami i napojem.
       A jak to wszystko smakuje? W moim odczuciu doskonale. Większość dań jest bardzo aromatyczna i dobrze przyprawiona. Jestem fanem ostrego i esencjonalnego jedzenia, dlatego kuchnia ormiańska tym bardziej przypadł mi do gustu. Z czystym sumieniem polecić mogę lavash z basturmą (szynka wołowa) i serem własnej produkcji. Chlebki są cieniutkie i delikatne, szynka ładnie wysuszona a ser przyjemnie słony – zbliżony nieco w smaku do rodzimego oscypka. Dobre wrażenie zrobiła też na mnie zupa cukiniowo-pomidorowa. Jeżeli lubicie ostry krem toskański, to będzie to dla Was strzał w dziesiątkę. Warto spróbować też gołąbków zawijanych w liście winogron. To tradycyjne danie ormiańskie różni się nieco od wersji serwowanej przez nasze babcie, jest jednak równie dobre – choć przyznać muszę, że kucharz nieco przesadził w tym przypadku z solą. Kebab również był smaczny, choć nieco zbyt ubogi jak na swą cenę. Serwowany jest pod postacią długiego kawałka grillowanego, mielonego mięsa z przyprawami i cebulą, zawiniętego w chlebek lavash. Dodatkowo podaje się do niego kapitalny, pikantny, czerwony sos. W kuchni ormiańskiej stosuje się dużą ilość przypraw, ziół i soli – dlatego też niektórym osobom obdarzonym delikatnym podniebieniem nie wszystkie serwowane w Lavash dania przypadną do gustu. Na pewno warto do nich zamówić coś do picia – ciekawą propozycją może być sok z derenia czy granatu, ale dobrze sprawdzi się też zimna cola :)
       Na koniec jeszcze słów kilka o obsłudze. Właściciele wydają się być bardzo otwarci i sympatyczni, a przy okazji świetnie mówią po polsku. Podczas naszej wizyty mieli jednak ręce pełne roboty - większość stolików była bowiem pozajmowana – dlatego też panował lekki bałagan organizacyjny: na obsługę przyszło nam czekać nieco dłużej niż zwykle, kelnerzy zapomnieli o zamówionej przez koleżankę wodzie mineralnej, a napoje zaserwowano nam dopiero po podaniu przystawek. Na to wszystko łatwo jest nam przymknąć oko, gdyż w lokalu panowało pełne obłożenie, a w dodatku restauracja działa od niedawna. Pewien niesmak pozostawia jednak zachowanie kelnera względem jednego z klientów restauracji. Nie nam oceniać, kto w tamtym sporze o rachunek miał rację, wiemy jednak, że kelner wykazał się dużym nietaktem i niepotrzebnie podniósł głos na konsumenta. Takie sytuacje nie powinny mieć miejsca, szczególnie że bardziej szkodą one wizerunkowi restauracji (mającej w logo hasło "Gościnność Kaukazu") niż odbiorcy indywidualnemu.
Źródło: Facebook
       Pomimo powyższego, drobnego incydentu, restauracja Lavash sprostała moim wymaganiom i z czystym sumieniem polecić mogę ją każdemu głodnemu kulinarnych wrażeń łodziakowi. Jeżeli lubicie ostre jedzenie, a przy okazji zaznać chcecie nieco egzotyki, koniecznie wstąpcie do knajpki w bramie przy Piotrkowskiej 69. Mam nadzieję, że podobnie jak my, wyjdziecie z niej najedzeni i ukontentowani :)

ODWIEDŹ I POLUB NASZ PROFIL NA FACEBOOK'U: FOOD FETISH PO ŁÓDZKU

środa, 11 grudnia 2013

Sushi Kushi Łódź - nowe pozycje w menu i pyszne rolki prosto do Twojego domu!

       Sushi Kushi, firma znana w Łodzi z serwowania sushi z dostawą do domu, obchodziła niedawno swoje pierwsze urodziny. Z tej okazji, zaproszeni zostaliśmy do Poleskiego Ośrodka Sztuki na degustację nowych pozycji z menu, połączoną z wystawą zdjęć Justyny Ejsmont i Dominiki Tępińskiej, krótkim kursem fotografii kulinarnej i warsztatami samodzielnego przygotowywania sushi.
       Na wstępie przyznać muszę, że nie jestem znawcą sushi i choć je lubię to jadam raczej sporadycznie, dlatego też na urodzinową kolację wybrałem się z dużo bardziej obeznaną w temacie znajomą, która zgodziła się zredagować niebieski akapit dotyczący samego sushi :)
       Spotkanie rozpoczęło się od krótkiego wstępu i prezentacji zdjęć utalentowanych łódzkich artystek. Po jednej stronie sali umieszczono stonowane, spokojne i spójne kolorystycznie zdjęcia J. Ejsmont, w których główną rolę odgrywały piękne twarze modelek przyozdobione delikatnym, kolorowym akcentem makijażu sushi. Po drugiej zaś, podziwiać można było krzykliwe i ekspresyjne prace D. Tępińskiej, w których do przyozdobienia modelek, zamiast klasycznego makijażu czy biżuterii zastosowano prawdziwe składniki sushi. Błyszczyk do ust z tobiko, apaszka z nori, czemu nie? Na jednej z fotografii znalazła się nawet cała ryba, co od razu skojarzyło mi się z ostatnią, głośną sesją Gillian Anderson :)
       Gwoździem programu były jednak zaproponowane przez Sushi Kushi nowe pozycje z menu, w którym każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie. Zespół znawców i pasjonatów, poszukując nowych smaków, stworzył ciekawe kompozycje, które zaspokoją żądne nowości podniebienia. Na największą uwagę zasługuje na pewno nowatorskie sushi z rukolą i grillowanymi w słodkawym sosie teryaki tuńczykiem (Uramaki Grilled Toro), oraz rolka w zaskakującej (jak na sushi), wersji z kurczakiem (Uramaki Grilled Chicken). Obie propozycje łączą w sobie wyrazisty smak rukoli, zbalansowanej orzeźwiającym ogórkiem z pikantnym sosem majonezowym lub chilli. Wielbiciele grillowanego w sosie teryiaki kurczaka mają też szansę spróbować rolki Futomaki Chicken Teryiaki, czyli opcji z delikatnym serkiem Philadelphia.
       Nam spodobały się również wegetariańskie rolki z grzybami shiitake: bardzo oryginalne Futomaki Vegetarian, gdzie grzyby w słodkawej tempurze skomponowane są z awokado, ogórkiem i szczypiorkiem - co daje ciekawy efekt smakowy, oraz klasyczny Uramaki Vegetarian Philadelphia Roll, gdzie marynowane grzyby występują w towarzystwie serka, awokado i zielonego ogórka. Szczypiorek znalazł się również w zestawie Uramaki Grilled Sake, gdzie wyśmienicie dodawał charakteru grillowanemu łososiowi. Wśród nowości znalazły się również dwie propozycje z tobiko, czyli kolorowym kawiorem z ryby latającej: Uramaki Tobiko Roll z łososiem grillowanym oraz Uramaki California Roll z tuńczykiem i serkiem Philadelphia. Dla tych, którzy nie przepadają za smakiem surowej ryby, Sushi Kushi przygotowało Uramaki Smoked Sake Roll z wędzonym łososiem i marynowaną rzepą. Na koniec zostawiliśmy sobie bardzo ciekawą rolkę - Futomaki Spicy Ebi Ten, która zachwyciła połączeniem smaków. Znalazła się w niej smażona w tempurze krewetka z pomarańczą, ogórkiem i sałatą wykończona ostrym sosem majonezowym. (autor: Magda Bereza)
       Do rolek zaserwowano zaś intrygującą kolekcję herbat Mighty Leaf jak i mocniejsze trunki, pod postacią czerwonego i białego Choya, czyli półsłodkiego japońskiego wina o smaku i aromacie zielonych śliwek Ume. Trunek cieszył się dużym powodzeniem i idealnie komponował ze smakiem rolek sushi.
       Te zaś można było spróbować przyrządzić samemu, pod okiem czujnego sushimastera. Warto było spróbować tej sztuki chociażby dlatego, że własnoręcznie przyrządzoną rolką można się było później podzielić z innymi w domowym zaciszu :) Dla uczestników kolacji przygotowano również krótki kurs fotograficzny, podczas którego można było wysłuchać porad dotyczących fotografowania potraw w domowym zaciszu, restauracjach czy warunkach studyjnych. Dziewczyny przygotowały bowiem prosty setup składający się z dwóch lamp błyskowych z małymi softboxami i podłożem akrylowym, umożliwiający wykonanie estetycznych i apetycznych zdjęć nie tylko sushi :) Efekt zdjęć poniżej:
       Na koniec słów kilka o samym Sushi Kushi. Warto zapoznać się z ich ofertą. Wspólna kolacja udowodniła bowiem, że lokal serwuje smaczne rolki na wysokim poziomie, a oferta restauracji nie kończy się na klasycznych nigiri, hosomaki czy futomaki. Pomijając nowości z menu, przyjrzyjcie się również bliżej rolkom na słodko, chociażby z bananem i Nutellą, a także bogatej karcie japońskich alkoholi i egzotycznych herbat. Pamiętajcie tylko, że Sushi Kushi nie prowadzi lokalu stacjonarnego. Sushi zamówić można tylko za pomocą internetu lub przez telefon. Co ciekawe, Sushi Kushi oferuje również organizację imprez w stylu japońskim a nawet wieczorów panieńskich i kawalerskich połączonych z body sushi! Teraz już wiem, czego brakowało mi na urodzinowej kolacji ;)

POLUB NAS NA FACEBOOK'U: FOOD FETISH PO ŁÓDZKU

niedziela, 24 marca 2013

Ha Long Łódź - gdzie na chińskie?

            Jeszcze do niedawna Łódź stała barami z tanim, chińskim jedzeniem. Ostatnimi czasy liczba blaszaków serwujących niedrogie sajgonki, kurczaki w 5-smakach i gon-bao regularnie jednak spada. Coraz więcej Łodzian odkryło, że tanio i smacznie można zjeść nie tylko w kebab housie czy chińskiej budce, a dawne China Town przemieniło się w wylęgarnię ciekawych lokali z nietuzinkowym menu.
            Nie oznacza to jednak wcale, że w Łodzi nie ma już gdzie zasmakować orientalnej kuchni na wysokim poziomie. Dla ceniących sobie ciszę i oderwanie od miejskiego zgiełku dobrym miejscem będzie Złota Kaczka na ulicy Rąbieńskiej. Jeżeli często odwiedzacie Manufakturę, koniecznie wstąpcie na tajskie przysmaki do Hot Spoona, miłośnicy serca miasta powinni kierować się zaś do dobrze znanej restauracji HaLong, mieszczącej się przy ulicy Piotrkowskiej 152.
            Choć lokal działa od ponad 15 lat, ja miałem okazję odwiedzić go po raz pierwszy dopiero niedawno. Spora część komentarzy w internecie nie zachęcała do wizyty, jednak później zmienił się ponoć właściciel i poziom lokalu się podniósł. Z zewnątrz wita nas oszklona witryna i duży czerwony szyld ozdobiony dodatkowo dwoma smokami. W środku zaś widać już upływ czasu. Choć wszystko utrzymane jest w nienagannej czystości, to wnętrza wymagałyby generalnego odświeżenia. Niewątpliwie, w dniu otwarcia restauracji wystrój mógł robić na klientach dobre wrażenie, na dzień dzisiejszy, jedynie poprawne. Wnętrza utrzymane są w czerwonej tonacji. Restauracja składa się z jednej podłużnej sali (trochę tu jak w tramwaju albo pociągu), stoliki oddzielono od siebie wiklinowymi przepierzeniami. Przykryte obrusami stoły i krzesła noszą ślady czasu. Na suficie i ścianach chińskie lampiony i złote zdobienia. Teoretycznie nie jest źle, praktycznie przydałoby się sporo zmian.
            Nie wystrój jest jednak najważniejszy, przejdźmy więc do karty dań! Ta zaś do najkrótszych nie należy. Znajdziemy w niej praktycznie wszystkie dania orientalne jakie powinny znaleźć się w tego typu restauracji, od małych przekąsek, sałatek i gorących zup, poprzez dania z kurczaka, cielęciny, wołowiny, kaczki, makaronu, czy dania wegetariańskie, skończywszy zaś na potrawach z Tofu, krewetek, kalmarów, ośmiornic czy węgorza. Tak więc - kolorowy zawrót głowy. W gruncie rzeczy menu mogłoby być nieco krótsze, bo przy obecnej liście, ciężko zapoznać się ze wszystkimi pozycjami. Z drugiej jednak strony, możecie mieć pewność, że znajdziecie coś dla siebie.
            Ja zdecydowałem się na kurczaka po tajlandzku na gorącym półmisku z surówką z białej kapusty i frytkami po wietnamsku (z cebulą i czosnkiem). Do restauracji wybraliśmy się aż w 9 osób, na stołach wylądowały więc również inne dania. I to wylądowały w stosunkowo krótkim, jak na tak duże zamówienie czasie, za co należą się słowa uznania. Do obsługi również nie mam zastrzeżeń – obsłużeni byliśmy sprawnie, szybko i z uśmiechem.
            A smak – ja jestem na tak! Reszta znajomych również, bowiem praktycznie każdy z nas wyszedł z Ha Longa najedzony i zadowolony. Porcje, o ile zamówimy je z ryżem lub frytkami, nie powinny nikogo rozczarować wielkością. Dania są dobrze przyprawione, wyraziste w smaku i ładnie podane. Każdy kto lubi kuchnię chińską, z pewnością będzie zadowolony. Mięso z kurczaka było idealnej twardości, frytki dość miękkie, za to wyśmienite, dużo smaczniejsze od klasycznej wersji z samą solą. Dla lubiących sobie utrudniać życie orientalnych tradycjonalistów, poza zwykłymi sztućcami są podawane pałeczki.
            Ceny jak na lokalizację restauracji, wielkość i jakość dań bardzo rozsądne. W większości wypadków kolacja z napojem nie powinna nas kosztować więcej niż 25-30zł, stąd Ha Long może być ciekawą alternatywą dla droższej Złotej Kaczki czy Hot Spoona,  jak i tańszych, lecz stojących o poziom niżej rozsianych po mieście blaszaków. W dodatku, w Ha Longu można również zamawiać dania na wynos jak i z dowozem!
            Reasumując – Ha Long to restauracja godna uwagi i polecenia. Pomimo dość przestarzałego już i nieciekawego wystroju warto się tam wybrać ze względu na rozsądne ceny, dogodną lokalizację, miłą obsługę i naprawdę dobrą kuchnię, a to przecież jest dla smakoszy najważniejsze!  

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego logo jak i zdjęć lokalu i potraw. Pochodzą one z oficjalnej strony restauracji. Więcej na: www.halong.com.pl

środa, 17 października 2012

Ganesh Łódź - kuchenny Bollywood?


            Choć restauracje spod znaku Ganesh (www.ganesh.pl) istnieją w Łodzi już od jakiegoś czasu, to dziwnym zrządzeniem losu, do jednej z nich wybrałem się dopiero w ostatnim miesiącu. Wraz ze znajomymi zdecydowaliśmy się na lokal przy Piotrkowskiej 55 (dwa inne znajdują się w Manufakturze i w bramie ulicy Piotrkowskiej 69). Słyszałem sporo pochlebnych opinii o restauracjach tej „sieci” – sobotnie wyjście wieczorową porą miało być więc ‘easy like sunday morning’.
            Od wejścia zaskoczył mnie wystrój lokalu. Nie przepadam za czerwienią, a tu jak na złość, wszystkie ściany w tym kolorze. Nie powiem z czym mi się to skojarzyło. Na podłodze czarno-białe kafelki, na sufitach oświetlenie żyrandolowe maści wszelakiej – są nawet rozłożyste abażury o średnicy przeszło 2 metrów. Drewniane, zdobione stoliki i krzesła przykryte poduszkami lub obite zielonym skajem. Znalazł się także kącik dla dzieci z kolorowymi kwiatkami, liczne indyjskie obrazki na ścianach i wydzielone półokrągłe loże ze stosunkowo wygodnymi sofami – te miejsca bowiem przydzielono nam podczas rezerwacji. Na ścianach zawisły również (o zgrozo!) telewizory lcd zapewniające klientom audio-wizualną oprawę w stylu Bollywood...
Taki jest właśnie wystrój i klimat lokalu – bollywoodzki. W pełni rozumiem zamiar projektanta wnętrz, niestety trącająca kiczem aranżacja nie do końca przypadła mi do gustu. Na szczęście, pozostałe restauracje Ganesh urządzone zostały na inną modłę.
Zajmujemy miejsca i czekamy na kelnerkę. W lokalu jest tłoczno i głośno, głównie za sprawą licznej hindusko-polskiej rodziny, która zarezerwowała kilka stolików w centrum sali. Widać, że tego wieczoru, to oni będą stanowić priorytet dla zatrudnionej w Ganeshu obsługi.
Po jakimś czasie otrzymujemy menu i zamawiamy napoje. Dwie osoby wybierają piwo z sokiem. To niestety otrzymują nieschłodzone i przesłodzone. Na domiar złego, oba trunki zaserwowano z sokiem imbirowym, choć jeden z nich miał być podany z malinowym.
 Pozycji w karcie jest od groma. W moim odczuciu zdecydowanie za dużo. Polecam na spokojnie przestudiować menu w internecie (menu), w lokalu szkoda bowiem na to czasu. Dostępne są dania z drobiu, baraniny, ryby, placki indyjskie, dania wegetariańskie, a także szeroki wachlarz potraw kuchni indo-chinese fusion. Ja zdecydowałem się na baraninę w pikantnym sosie indyjskim z ryżem, inni biorą rybę, drób i smażone pierożki z kurczakiem. Te ostatnie wydają się na tyle interesujące, że postanawiamy wziąć je jako przystawkę również dla osób zamawiających inne pozycje z karty. Niestety, pierogi nie są zbyt smaczne – ciasto jest gumowe a farsz sam wypada ze środka. Co gorsza w smaku jest wyłącznie słony. Koleżanka, która zamówiła pierogi jako danie główne, 1/3 porcji zostawiła. Kelnerka spytała czy smakowało, usłyszała więc prawdę – zbyt słone i niesmaczne.
Na dania główne przyszło nam czekać ponad pół godziny. To nieco za długo. Każdy wie, że dobre przyrządzenie potrawy wymaga czasu, na ogół jednak w innych lokalach czas ten jest krótszy. Nawet w Hot Spoonie, do którego przyszliśmy dużo liczniejszą grupą, na jedzenie czekaliśmy o dobre 10 minut krócej.
Miałem nadzieję, że sytuację uratuje przynajmniej smak potraw. Po raz kolejny się jednak rozczarowałem. Wszystkie dania podane zostały w identyczny sposób, czyli w metalowych miseczkach zalanych sosem. Ryż serwowany jest w osobnych naczyniach. Moja baranina była dość twarda, jednak nie to było najgorsze. Lubię pikantne potrawy, mojej porcji nie dojadłem jednak ze względu na fakt, iż danie było wyłącznie ostre. Na tyle, że ciężko było wyczuć w nim inne smaki, w dodatku musiałem zamówić kolejną butelkę napoju by móc kontynuować jedzenie... Zdecydowanie odradzam tę pozycję. Skosztowałem również ryby kolegi, ta była jednak niewiele lepsza. Jedyną smaczną potrawą okazała się Murgh Korma koleżanki, czyli kurczak w łagodnym sosie migdałowo-orzechowym. Dobry wybór!
Gwoździem do trumny był rachunek. Za zbyt ostre dania przyszło nam bowiem słono zapłacić – prawie 280zł za kolację dla pięciu osób, z których w gruncie rzeczy tylko jedna poza daniem głównym zamówiła przystawkę. W Hot Spoonie przyszło nam zjeść dużo lepiej w niższej cenie. Podobnie w Marcello, gdzie za kolację dla liczniejszej o jedną osobę grupy zapłaciliśmy łącznie 50zł mniej (nie uwzględniając narzuconego przez lokal napiwku)!
Podsumowując, Ganesh nie zrobił na mnie zbyt dobrego wrażenia. Przeciętny, krzykliwy wystrój, drobne wpadki obsługi, a także zbyt długi czas oczekiwania na stosunkowo drogie i w gruncie rzeczy niezbyt smaczne jedzenie nie pozwalają mi wysoko ocenić tego miejsca. Podobnego zdania byli pozostali uczestnicy wieczoru. Zarówno przed, jak i po kolacji w Ganeshu, zasięgnąłem opinii paru innych osób, które już tam jadły. Znakomita większość z nich zachwalała restaurację. Dlatego też, mam cichą nadzieję, że opisana powyżej wizyta była po prostu pasmem nieszczęśliwych wpadek. W rezultacie, choć z pewnością nie nastąpi to szybko, w przyszłości dam Ganeshowi jeszcze jedną szansę!

Ocena:
Jedzenie: 3/10 Wystrój: 5/10 Obsługa: 5/10 Jakość/cena: 3/10
Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonych zdjęć lokalu, potraw i logo. Pochodzą one z oficjalnej strony internetowej lokalu. Więcej na: http://www.ganesh.pl

sobota, 6 października 2012

Restauracja Hot Spoon Łódź - czyli w Manufakturze też można dobrze zjeść!


Zacznę od tego, że uwielbiam ostre jedzenie. Tabasco, czarny pieprz, chili, jalapeno, sambal – to mój świat! Kwestią czasu była więc dla mnie wizyta w Hot Spoon Thai Kitchen (www.hotspoon.pl) - stosunkowo nowej, łódzkiej knajpie serwującej potrawy kuchni tajskiej. Mieszczący się w restauracyjnym ciągu Manufaktury lokal pochwalić może się nie tylko świetną lokalizacją (o ile lubi się ‘manu’) ale, co ważniejsze, dobrze wykwalifikowanymi kucharzami z Tajlandii, zatrudnionymi ponoć wcześniej między innymi w Mariocie, Hiltonie i Sheratonie.
Dlatego też do Hot Spoona chcieliśmy wybrać się już w zeszła sobotę – nie dokonaliśmy wówczas jednak rezerwacji, a wszystkie stoliki były akurat zajęte, W ostatni weekend, nauczeni zawczasu, zarezerwowaliśmy telefonicznie miejsca na 10 osób. Jeżeli macie zamiar wybrać się do lokalu w godzinach wieczornych, szczególnie w piątek lub sobotę, polecam wykręcić wcześniej numer lokalu i zaklepać sobie stolik. W ‘gorącej łyżce’ bywa bowiem tłoczno!
Wystrój Hot Spoona określiłbym jako przeciętny. Kojarzy mi się nieco z wnętrzami licznych lokali sieciowych i z pewnością nie jest ponadczasowy. Teoretycznie nie ma się do czego doczepić, w zachwyt też jednak nie wpadniemy. Na dole proste, jasne stoliki z czarnymi, obitymi skórą, wygodnymi krzesłami. Na lewej ścianie geometryczne witraże, przez które wpada sztuczne światło, po prawo kolorowe, nieciekawie wyglądające ściany z fototapetami . Na podłodze ciemne kafelki, sufit bez upiększeń, na końcu bar z neonowym napisem Hot Spoon. Schodami zmierzamy na antresolę, gdzie dominuje czerwony kolor. Czerwone są zarówno obrusiki jak i krzesła i przyścienne kanapy. Wzdłuż jednej ze ścian biegnie zaś paskudna fototapeta z tajskimi, jak mniemam, napisami. Ciekawiej prezentują się jedynie gablotki z posążkami Shivy i Buddy. Oświetlenie przytłumione. W moim odczuciu w lokalu jest troszkę za ciemno, choć z drugiej strony półmrok nadaje miejscu specyficznego klimatu. Za dnia, dzięki światłu wpadającemu z okien jest tu z pewnością jaśniej. Łazienka czysta i schludna.
Zajmujemy miejsca przy złączonych stolikach pod ścianą by już po chwili poznać naszego kelnera. Otrzymujemy darmową przystawkę – prażynki krewetkowe oraz karty dań (www.hotspoon.pl/menu.html) Te zaś kuszą bogactwem smaków choć ich ilość jest umiarkowana – mimo wszystko każda pozycja wydaje się na tyle dobra, że ciężko się szybko na coś zdecydować. Mamy przekąski, zupy, sałatki, dania mięsne z drobiu, wołowiny i wieprzowiny, owoce morza, ryby i makarony. Znalazły się także typowe dania wegetariańskie i desery. Przy potrawach widnieje zielony listek (dania wegetariańskie) i papryczki wskazujące na ostrość potrawy – od 0 do 3 papryczek.  Bogata jest karta alkoholi z licznymi winami, wódkami, whisky, a także idealnymi do pikantnych potraw piwami, w tym również tajską Singhą.
Kelner jest bardzo uprzejmy i co najważniejsze, pomocny i komunikatywny. Zna dobrze potrawy serwowane w lokalu i umie doradzić, tak by na talerz każdego trafiło coś, co przypadnie mu do gustu. W kwestii ryb, dla przykładu, proponuje skosztować okonia, a bardziej przeciętnego pstrąga zostawić sobie na następny raz ;) Ja ostatecznie decyduję się na wołowinę z woka podawaną z sosem z czarnego pieprzu (2 papryczki) i ryżem (płatny oddzielnie), do tego zimne piwko Książęce – idealny zestaw. Znajomi zamawiają ryby, krewetki, wieprzowinę, zielone curry z kurczakiem - praktycznie każdy skusił się na coś innego. Napoje trafiają na stół po 2-3 minutach, dania zaś po około 20 minutach. Bardzo dobry wynik jak na tak spore zamówienie (10 osób) i fakt, że prawie wszystkie stoliki na piętrze były zajęte.
Potrawy pachną i wyglądają fantastycznie. Dania można obejrzeć na stronie internetowej restauracji i muszę przyznać, że te które postawiono przed nami niewiele się od nich różniły (rybka może biedniej udekorowana). Ładnie przyozdobione wyglądają bardzo apetycznie, a co najważniejsze, są rewelacyjne w smaku. Dawno nie jadłem tak dobrze przyrządzonej wołowiny, po prostu rozpływała się w ustach. Mięso, prawdopodobnie wcześniej peklowane, miało perfekcyjną konsystencję. Nie było ani twarde, ani ścięgniste, co często się zdarza w przypadku wołowiny niższej klasy polskiego pochodzenia, szczególnie po jej wstępnym duszeniu. Ostrość jedzenia (jak na dwie papryczki) raczej umiarkowana, stąd też osoby o delikatniejszym podniebieniu nie muszą się o nie obawiać, fanom pikanterii proponuję zaś wybrać coś z dań najostrzejszych! Potrawy są uczciwej wielkości, jednakże najgłodniejszym polecam koniecznie zamówić jakąś przystawkę lub przynajmniej dodatek – ja zdecydowałem się na klasyczny ryż. Tu mała uwaga, w Hot Spoonie, tak samo jak w Tajlandii nie soli się gotowanego ryżu! Ten zaś był idealnie kleisty, tak by można go było jeść pałeczkami, które zresztą są dostępne dla gości na każdym stole. Poza tym otrzymuje się widelec i łyżkę, tajowie nie używają bowiem podczas jedzenia noży.
Skosztowałem także potraw znajomych. Wieprzowina z grzybami fungus w sosie imbirowym była świetna. O dziwo, choć na ogół za nimi nie przepadam, smakowały mi również krewetki - lekko chrupiące i dobrze przyprawione. Na szczególną pochwałę zasłużył smażony okoń w sosie cytrynowym. Pięknie podany i kapitalny w smaku.
Wszystko co dobre szybko się jednak kończy, po jedzeniu przyszedł więc czas płacenia. Niestety, smaczny posiłek na ogół bywa droższy, tak jest też w przypadku Hot Spoona. Cing Ciang Ciong portfel wsiąkł - dania główne kosztują średnio około 35zł, choć jest na szczęście sporo pozycji tańszych, również w cenie 25zł. Mimo wszystko, za obiad składający się z napoju, przystawki i dania głównego z dodatkiem w postaci ryżu czy makaronu przyjdzie nam zapłacić circa 50-55zł. Oszczędni będą się jednak potrafili najeść do syta dużo taniej. Od poniedziałku do czwartku obowiązuje bowiem tzw. lunch menu, w ramach którego możemy zamówić drugie danie z ryżem lub makaronem i napój w cenie 25zł – brawo! Poza tym, w lokalu obowiązuje także system zniżkowy. „Jeśli chcesz dostać kartę rabatową na wszystko z karty z rabatem 17% to zbierz 8 paragonów z różnych dni, na kwotę minimum 89 zł z Restauracji Hot Spoon” – głosi informacja na stronie internetowej.
Podsumowując, Hot Spoon to nowa jakość na kulinarnej mapie Łodzi. Pomimo  przeciętnego wystroju i nieco wyższych cen, doskonała lokalizacja, fachowa obsługa i co najważniejsze, wyśmienite, przepyszne jedzenie przypadły do gustu nie tylko mi, lecz także moim znajomym. Nie pozostaje więc nic innego jak gorąco polecić ‘gorącą łyżkę’ każdemu, kto jeszcze nie miał okazji tam zawitać. Zdecydowanie jeden z lepszych lokali w mieście.
Ocena:
Jedzenie: 9/10 Wystrój: 6/10 Obsługa: 8/10 Jakość/cena: 7/10
Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonych zdjęć lokalu, potraw (z wyjątkiem ryby) i logo. Pochodzą one z oficjalnej strony internetowej lokalu. Więcej na: http://www.hotspoon.pl