Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pizza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pizza. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 marca 2014

Ristorante Mare e Monti Łódź - restauracja, która w końcu zaspokoi podniebienia znawców włoskiej kuchni :)

       Mare e Monti (wł. Morze i Góry) to nowo otwarta restauracja włoska mieszcząca się przy ulicy Wigury 13, nieopodal Galerii Łódzkiej. Co niektórzy z pewnością skojarzą adres z mieszczącą się tam wcześniej Mia Cucina, którą opisywałem już na łamach bloga lub istniejącą tam jeszcze wcześniej Prowokacją. Mia Cucina, choć nie stanowiła ideału, zrobiła na mnie dobre wrażenie, dlatego informacja o jej szybkim zamknięciu nieco mnie zdziwiła. Okazało się jednak, że lokal przejęli właściciele IMEC Italian Special – łódzkiej hurtowni zajmującej się sprowadzeniem i sprzedażą produktów spożywczych ze słonecznej Italii – co już świadczyć może o tym, że w lokalu zaznamy potraw przygotowanych ze składników najwyższej jakości. Postanowiłem więc jak najszybciej wybrać się ze znajomymi by sprawdzić, czy nowy lokal sprosta naszym oczekiwaniom.
       Z zewnątrz niewiele uległo zmianie, choć i niewiele zmiany wymagało. Odnowiona i odmalowana fasada, podświetlany szyld z ładnym logo i sporych rozmiarów szynka parmeńska dojrzewająca na parapecie za oknem zachęcają do wstąpienia :) Również wnętrza zostały tylko delikatnie odświeżone. Jest przytulnie i bez zbędnego przepychu. Dominują beże na ścianach i brązy na podłogach – na klientów czekają zaś wygodne krzesła i stoliki przykryte obrusami. Wzrok przykuwają zawieszone na murach drewniane okiennice ze zdjęciami uliczek i winnic Italii. Wieczorem przyjemne, ciepłe oświetlenie. Choć wystój nie jest nadmiernie nietuzinkowy czy tak oryginalny jak wnętrza Marcello czy paru innych łódzkich restauracji, to naprawdę ciężko mieć do niego jakieś większe zastrzeżenia. Dopełnieniem włoskiego klimatu jest sącząca się z głośników muzyka :)
       A teraz zerknijcie proszę w kartę dań. Nie muszę się w ogóle rozpisywać – jest w 100% włosko, a poza klasykami znanymi z innych łódzkich lokali Mare e Monti oferuje również spory wybór dań z owocami morza – zamówić można krewetki, kalmary, ostrygi, sałatkę z ośmiorniczek, czy risotto z atramentem z kałamarnicy, są też ryby – chociażby okoń czy miecznik. Spróbować będziemy mogli też takich przysmaków jak carpaccio z bizona, czy pojawiającej się co jakiś czas (chociażby w ten weekend) oferty potraw z truflami. Nie zabrakło również tradycyjnej włoskiej pizzy, deserów i alkoholi z winami na czele.
      Ceny, choć nieco wyższe niż w niektórych lokalach, są w pełni uzasadnione – nad wszystkim czuwają kucharze, dla których kuchnia włoska to codzienność, a potrawy przygotowywane są z najlepszych składników prosto z Italii – mąka Stagioni, guanciale, wysokiej klasy sery pecorino, mozzarella z bufali, wyborne szynki, oliwa z dodatkiem trufli czy aromatem cytrynowym – to wszystko pozytywnie świadczy o klasie lokalu, podobnie jak fakt, że typowe dania włoskie, które wiele lokali w Polsce przyrządza nie do końca prawidłowo, w Mare e Monti serwowane są jak Pan Bóg przykazał. Przykładem może być spaghetti alla carbonara na bazie jajek sera pecorino, czarnego pieprzu i prawdziwego guanciale, obowiązkowo bez śmietany! Brawo! Makarony, risotto i pizze kosztują między 20 a 30zł, zupy 12-28zł, przystawki między 20 a 35zł, dania mięsne i owoce morza 35-55zł, dodatki 7-9zł. Porcje są umiarkowanej wielkości, dla dziewczyn będą wystarczające, faceci niekiedy mogą nie najeść się do syta pojedynczym daniem, ale wszystko zależy od spustu ;)
       No i jak to wszystko smakuje? Rewelacyjnie – dania są doskonale skomponowane i zbalansowane smakowo. Już gratisowe przystawki – świetne oliwki i grissini z prosciutto zrobiły na nas bardzo dobre wrażenie, później było jeszcze lepiej. Po stokroć polecam pizzę z pomidorami i mozzarellą z bufali. Wysokiej jakości składniki, przepyszny sos pomidorowy o bardzo naturalnym aromacie, ciągnący się ser i delikatne lekko miękkie ciasto w stylu neapolitańskim z szerszym rantem. Primo! Pozytywnie zaskoczyła również polędwica w sosie z zielonego pieprzu – ładnie podane lekko krwiste w środku mięso idealnie współgrało z ostrzejszym sosem. Kucharz zadbał o to było frapująco nie tylko na talerzu ale i na języku ;) 
       Zastrzeżeń nie budziło również risotto czy linguine z owocami morza, wśród których koleżankę urzekł mały, wesoły choć w stu procentach martwy krabik, mnie osobiście urzekło zaś ravioli z truflami ozdobione świeżą bazylią. Ciasto pierożków lekko kleiste i elastyczne kryło w sobie przedni, delikatny w smaku farsz z białych trufli. Po dodaniu świeżo zmielonego pieprzu danie smakowało jeszcze lepiej :) Jedynie mięsne tortellini w zupie na bazie rosołu nie do końca mnie przekonało – choć wywar był mało tłusty a pierożki smaczne, to było ich zdecydowanie za mało, przez co po czasie przyszło mi pić sam bulion :) Na koniec pokusiliśmy się jeszcze o desery – kapitalnie zaserwowaną panna cotte z karmelizowanymi zasiekami i carpaccio z ananasa, do którego mam słabość – proste w swej formie, lecz idealne zakończenie świetnej kolacji!
       Na oddzielny akapit zasługuje obsługa. Kelnerzy z Mare e Monti powinni być bowiem dla pracowników niejednego lokalu wzorem do naśladowania. Doskonała znajomość pozycji z karty, permanentny uśmiech na twarzach, zainteresowanie stolikiem, umiejętność doradzenia w wyborze, cierpliwość, sprawność przy serwowaniu potraw czy zbieraniu talerzy – dawno już nie zaznaliśmy tak miłej i fachowej obsługi. Dzięki chłopakom czuliśmy się w restauracji jak w domu a luźna atmosfera i na szczęście niepełne obłożenie sali pozwoliły nam miło przesiedzieć w Mare e Monti aż trzy godziny, za co serdecznie dziękujemy :)
      Podsumowując, restauracja Mare e Monti każdemu z nas przypadła do gustu i jestem pewien, że przypadnie do gustu również Wam. Dobra lokalizacja, cudowna obsługa, wyśmienite jedzenie i nienaganny, schludny wystrój stawiają lokal w ścisłej czołówce moich ulubionych miejsc. Bez względu na to czy kochasz kuchnię włoską czy nie, Mare e Monti to obowiązkowy must eat Łodzi, a jednocześnie jedna z niewielu restauracji w naszym mieście, w której kuchnia włoska jest aż tak autentyczna i zachwycająco prawdziwa! Bon appetit!

POLUB NAS NA FACEBOOK'U: FOOD FETISH PO ŁÓDZKU

niedziela, 7 kwietnia 2013

Mia Cucina Łódź - bo nadal kochamy włoskie knajpki!

                Patrząc na mapę łódzkich lokali i obecne trendy kulinarne ulicy wydawać mogłoby się, że miasto nie potrzebuje kolejnej restauracji specjalizującej się w kuchni włoskiej. Łodzianie coraz więcej eksperymentują, poszukują nowych smaków, a Ci, którzy mimo wszystko pragną dobrego spaghetti czy pizzy doskonale wiedzą gdzie się udać. Swoją pozycję ugruntowało już Pomodoro, Tari Bari, La Strada, Restauracja Gronowalski czy Bellanapoli. Z drugiej strony ciężka sytuacja Ristorante Doneda, tajemnicze zamknięcie Locandy (choć na lokalu wiszą już banery informujące o zmianach), czy świecące pustkami Marcello Magdy Gessler, tworzą lukę, w którą idealnie wpasowała się jednak nowo otwarta restauracja Mia Cucina (wł. Moja Kuchnia) mieszcząca się przy ulicy Wigury 13, nieopodal Galerii Łódzkiej. Co niektórzy z pewnością skojarzą adres z mieszczącą się tam wcześniej Prowokacją.
               Z zewnątrz lokal prezentuje się bardzo dobrze – odnowiona i odmalowana fasada, podświetlany szyld z ładnym logo i gablotka z menu zachęcają do wstąpienia. Wewnątrz przytulnie i bez zbędnego przepychu. Dominują beże na ścianach i brązy na podłogach; co jeszcze - wygodne krzesła i stoliki z charakterystycznymi obrusami w czerwoną kratę. Wzrok przykuwają zawieszone na murach drewniane okiennice ze zdjęciami uliczek i winnic Italii. Wieczorem przyjemne, ciepłe oświetlenie. Do wystroju naprawdę nie można mieć żadnych zastrzeżeń, choć ciężko też powiedzieć by był on wyjątkowy i nietuzinkowy. Dopełnieniem włoskiego klimatu jest sącząca się z głośników muzyka. W Mia Cucina z pewnością dobrze poczują się osoby nieco starsze, dla licealistów może być tam zbyt sztywno, bo w gruncie rzeczy, pod względem atmosfery, to taki lokal pośredni pomiędzy Pomodoro a Ristorante Doneda.
               Zerknijmy w kartę dań. Dominują klasyczne pozycje włoskiego menu. Przystawki w postaci bruschetty, carpaccio czy grillowanych warzyw, kilka sałatek i zup. Nie mogło zabraknąć makaronów, dań mięsnych i pizzy. Standardy przełamują jednak takie propozycje jak łosoś pieczony w wiśniach, czy pstrąg w sosie musztardowym. Polecić można również doskonałe herbaty Richmond. Ceny – bardzo umiarkowane, znajdziemy pozycje stosunkowo tanie jak i nieco droższe.  Sałatki kosztują średnio 15zł, zupy 10zł,  pasty i pizza między 20 a 25zł. Za obiad z napojem nie przyjdzie nam więc zapłacić więcej niż 30zł, koszt kolacji z przystawkami, deserem i kieliszkiem wina to wydatek rzędu 50zł.
               A czy dania warte są swej ceny? Ja skusiłem się na zupę – pomidorowe pole, pizzę funghi nobili z grzybami leśnymi i truflami i herbatę smakową Richmond – za wszystko zapłaciłem 42zł i był to w pełni uzasadniony wydatek. Krem z pomidorów był wyśmienity, podany z serem i ostrym Pesto, przyjemnie rozgrzewał i podrażniał kubki smakowe (lepszy jadłem tylko w Marcello). Pizza również nie budziła większych zastrzeżeń, praktycznie rzecz biorąc była tylko niewiele gorsza od tej w Pomodoro, choć trufle ciężko było mi w niej jednak wyczuć. Ciasto lekko kruche i niezbyt grube, składniki świeże, smaczna oliwa i oczywiście brak sosów. W skrócie – dobra, tradycyjna włoska pizza. Dania zamówione przez znajomych również im smakowały. 
               Moje zastrzeżenia budził jedynie łosoś pieczony w wiśniach serwowany z grillowanymi warzywami. Pięknie podany, pobudzał apetyt samym swoim wyglądem. W praktyce jednak połączenie smaku ryby ze słodką konfiturą wiśniową i warzywami zupełnie mi nie odpowiadało, podobnie koledze, który danie zamówił. Składniki, zamiast się ładnie komponować gryzły się ze sobą niemiłosiernie.
               Obsługa miła i zaangażowana. Co prawda byliśmy w Mia Cucina niecałe 2 tygodnie po jej otwarciu, trudno więc się spodziewać, by było inaczej. Mały minus za niedoinformowanie kelnerki. Na pytanie o wielkość pizzy usłyszałem po chwili namysłu odpowiedź, że jest tak duża, że zajmuje cały talerz :) Pozostaje mieć nadzieję, że z czasem zmieni się to na lepsze, a klient dowie się chociaż ile ten talerz ma centymetrów średnicy :) Pomimo małej wpadki obsłużeni byliśmy sprawnie, z uśmiechem i w miarę szybko.
               Podsumowując, Mia Cucina to przyjemna, mała knajpka, w której za rozsądną cenę przyjdzie nam smacznie zjeść specjały włoskiej kuchni. To dobre miejsce na niedzielny obiad, spokojną kolację w niewielkim gronie, czy romantyczne spotkanie we dwoje. Być może nie wszystkie dania stoją tu na tak samo dobrym poziomie, jeżeli nie nastawiacie się jednak na kuchenne rewolucje czy kuchnię autorską najwyższych lotów, lokal z pewnością przypadnie Wam do gustu. Wstąpcie i przekonajcie się sami. Buon appetito!

POLUB NAS RÓWNIEŻ NA FACEBOOK'U: Food Fetish po łódzku

           Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego logo jak i zdjęć lokalu i potraw. Pochodzą one z oficjalnej strony restauracji. Więcej na: http://www.mia-cucina.pl/

niedziela, 16 grudnia 2012

Pomodoro Łódź - tradycyjna włoska pizza w centrum miasta



            Pomodoro to nowo otwarta pizzeria usytuowana w ścisłym centrum Łodzi, przy ulicy Rewolucji 1905 roku 4. Co niektórzy mogą kojarzyć adres z istniejącą do niedawna pod tym numerem pizzerią Etna. Zmienił się jednak właściciel, nazwa i specyfika lokalu – zamiast zwykłej pizzy, serwowana jest typowa pizza włoska, taka jak w Bella Napoli, Marcello czy Ristorante Doneda. Po starym lokalu został tylko nie do końca ciekawy wystrój.
            Pomalowane na czerwono ściany, proste stoliki z obrusami, parę półeczek z buteleczkami i bibelotami. Na tym koniec, to nieco za mało by powiedzieć, że miejsce jest przytulne czy estetyczne. Wystrój jest co najwyżej poprawny i kojarzy się bardziej z lokalem na osiedlu niż fajną knajpką w centrum miasta....szkoda. Na dodatek, podczas naszej wizyty, w restauracji było stosunkowo zimno. Zaletą jest otwarta kuchnia, dzięki której widzimy jak pizzerman, rodowity włoch Antonio zresztą, przyrządza nasze posiłki, przypiekając je później w prawdziwym piecu opalanym drewnem.
            W menu (po polsku i włosku), poza pizzą znalazło się parę sałatek, prostych przystawek, deserów i smażaków. Wybór jest więc dość przeciętny, choć przecież najbardziej liczy się pizza. Oferta tejże jest zaś bogata. Znalazły się nie tylko klasycznie pozycje znane z każdej pizzeri, lecz również pizze bianche, calzone jak i panozzi, czyli kanapki robione z ciasta na pizzę. Do picia: kawa, herbata, napoje na zimno, piwo i wino. Niestety, choć w lokalu byliśmy już jakieś 2 miesiące od otwarcia, właściciele nadal nie mieli koncesji na alkohol, zaproponowali jednak zakupy w pobliskim sklepie i z możliwością spożycia ich w lokalu :)
            Tu warto wspomnieć o obsłudze. Właścicielka jest bowiem bardzo miła, otwarta i żywiołowa, krząta się po knajpce jak po własnej kuchni, jest rozgadana i sympatyczna. Podobne wrażenie sprawia Antonio, który choć ledwo mówi po polsku, stara się z każdym nawiązać kontakt. Niektórym może to przeszkadzać, dla mnie było jednak miłym zaskoczeniem. Widać, że właściciele wkładają w serce to co robią, a robią to dobrze!
            Sama pizza, choć choć dla niektórych może wydać się nieco za droga, zasługuje na pochwałę. Składniki są świeże i w dużej mierze sprowadzane z Italii. Ciasto cienkie i bardo smaczne - niebo w gębie! Zdecydowanie, pod tym względem jest to jedna z lepszych pizzerii w mieście. Ja, klasycznie już zdecydowałem się na Diavolę i muszę przyznać, że właśnie takiej ostrości spodziewam się po daniach tego typu. Pizza jest pikantna, jednak na tyle, by poza ostrością czuć jeszcze pozostałe smaki (co nie zawsze zdarza się w innych lokalach). Skosztowałem również quattro formaggi znajomych - nie mam  żadnych zastrzeżeń! Większym głodomorom polecam zamówić cały placek, na mniejszy głód, najlepiej wybrać się we dwójkę - jedna pizza w zupełności wystarczy wówczas na dwie osoby. Nie przypadła mi do gustu jedynie oliwa – była zbyt gorzka, poprosiłem więc o inną, zaproponowano mi wersję na ostro – kapitalna, reszcie towarzyszy też przypadła do gustu.
            Pomodoro z pewnością szybko zyska rzeszę fanów. Dobra lokalizacja, miła obsługa i bardzo smaczna włoska pizza, dla wielu będzie wystarczającym argumentem by zostać stałym bywalcem knajpki. Drobne wpadki - zimno w środku czy brak koncesji na alkohol, a także wysoce nieprzemyślana aranżacja wnętrz, nie pozwalają mi jednak wystawić najwyżej oceny. Pomodoro wypada bardzo dobrze na tle licznych łódzkich pizzerii, do czołówki trochę jej jednak jeszcze brakuje. Jeżeli będziecie w okolicy, wstąpcie i przekonajcie się sami!

EDIT z 06.03.2014: Kolejne wizyty w Pomodoro utwierdziły nas tylko w przekonaniu, że Pomodoro to lokal oferujący jedną z najlepszych pizzy w naszym mieście :)

POLUB NAS RÓWNIEŻ NA FACEBOOK'U: Food Fetish po łódzku

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonych zdjęć i logo. Pochodzą one z oficjalnej strony internetowej lokalu. Więcej na https://www.facebook.com/pomodoropizza

środa, 24 października 2012

Marcello Łódź - kuchenna rewolucja w naszym mieście?

             Za co lubimy Włochów? Za pizzę i spaghetti rzecz jasna! I choć najlepsze włoskie dania przyszło mi zjeść nie w Italii a w znajdującej się pod wpływem kulinarnej kultury Włoch Rumunii to przyznać trzeba, że w Łodzi też można skosztować dobrej kuchni tego regionu. Czy to w Bellanapoli, Ristorante Doneda czy mojej ulubionej i stawianej za wzór restauracji - Locandzie. Jakiś czas temu na włoskiej mapie miasta zagościło również Marcello. Lokal interesujący i wart odwiedzenia nie tylko ze względu na dobrą lokalizację (Manufaktura) i kapitalny wystrój ale głównie z powodu jego właściciela, Magdy Gessler.
            Choć telewizji nie oglądam wcale i trudno wypowiadać mi się na temat samej pani Gessler (w przeciwieństwie do wielu osób w internecie), to mimo wszystko nazwisko zobowiązuje. Dlatego też jakiś czas temu wybrałem się z grupką znajomych na sobotnią kolację właśnie do Marcello. Naczytałem się wcześniej sporo negatywnych komentarzy na temat lokalu, moja ciekawość była więc tym większa. Świadomie jednak nie decydowałem się na wizytę zaraz po otwarciu, lepiej dać bowiem obsłudze i kuchni nieco czasu na stabilizację i zapuszczenie korzeni.
              Od wejścia przywitani zostaliśmy przez kelnerkę, która skierowała nas do zarezerwowanych stolików. Jak na restaurację tego formatu i weekendowy, jesienny wieczór, spodziewałem się sporej ilości klientów. Jakim zaskoczeniem okazała się więc niemalże pusta sala, w której przyszło nam spędzić najbliższe dwie godziny.
              Wystrój Marcello robi wrażenie. Wszystko jest przemyślane i idealnie ze sobą współgra. Lokal podzielony został na dwie przestronne sale, połączone wąskim, pięknie urządzonym przesmykiem. Wnętrza są jasne, perfekcyjnie oświetlone i przytulne. Zasiąść możemy na wygodnych krzesłach lub mini-sofach. Na ścianach wiszą setki czarno-białych zdjęć, w oknach i na stołach znajdziemy kwiaty. Sale urządzone są w podobnym stylu, na pierwszy rzut oka dostrzeżemy jednak sporo różnić. Część ścian stanowi bielona cegła, część pokryta jest pasiastą tapetą, na innych znów znajdziemy drewnianą oblicówkę. Dopełnienie sal stanowią estetyczne kredensy, lustra w masywnych ramach i równie obfite zasłony. Znalazł się także kącik dla dzieci. Ogólny wystrój restauracji kojarzyć może się ze skrzyżowaniem domku dla lalek z zadbaną chatką na wsi. Jeżeli mieliście okazję stołować się w Locandzie i LaVende, to Marcello pod względem designu jest mixem wnętrz tych właśnie dwóch lokali :) Brawo!
Czas zerknąć w menu. Ilość pozycji umiarkowana, jednak każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie. Mamy przekąski, zupy, sałatki, mięsa, ryby, a także to czego nie mogło zabraknąć we włoskiej knajpie – pasty, pizzę i risotto, choć to ostatnie tylko w dwóch odsłonach. Dopełnieniem karty jest bogata oferta alkoholi, z wieloma winami i szampanami (Dom Perignon na czele). Blado wypadły jednak piwa, do wyboru bowiem tylko Tyskie, Lech i Peroni.
Zamawiam toskańską zupę pomidorową i spaghetti all’arrabiata (ciągłe zamiłowanie do ostrych potraw). Inni biorą pizze, gnocchi i penne. Tego wieczoru zdecydowanie stawiamy na klasykę. Na dania nie przyjdzie nam długo czekać, pewnie dlatego, że w lokalu jest mało gości. Nie więcej niż po 20 minutach talerze trafiają na stół. Wcześniej dostajemy jednak miły dodatek w postaci darmowej przystawki – zapiekanego pieczywa, które idealnie współgra z moją zupą. Ta zresztą jest wyśmienita! Bardzo gęsta, w konsystencji zbliżona do przecieru pomidorowego, intensywna w smaku i rozgrzewająca. Świetna pozycja na chłodne, jesienne wieczory, szczególnie ze świeżo zmielonym pieprzem, który dodatkowo zaoferowała kelnerka. Gdyby komuś zabrakło pieczywa, może je sobie samemu dokroić w przejściu między salami (tradycja znana łodzianom chociażby ze wspomnianej już wcześniej Locandy).
Spaghetti, a dokładniej spaghettini również przypadło mi do gustu, choć już mniej niż zupa. Makaron taki jaki lubię - lekko al dente i niekleisty, a co najważniejsze ostry. Dla mnie w sam raz, obawiam się jednak, że dla osób o delikatniejszym podniebieniu może być za pikantny. Kelnerka zaproponowała też świeżo tarty parmezan, nie mogłem odmówić! Na koniec skosztowałem pizzy znajomych, specjału lokalu serwowanego z sosem śliwkowym, boczkiem, kiełbasą i mozarellą. Niewątpliwie ciekawe połączenie smaków, polecam je jednak wyłącznie osobom, które bardzo lubią suszone śliwki, reszta może być bowiem zawiedziona, kojarząc smak pizzy z wigilijnym kompotem... Po skończonym posiłku otrzymaliśmy jeszcze po darmowym kieliszeczku cytrynówki na lepsze trawienie.
Na koniec parę słów o cenach i obsłudze. Nasza kelnerka była miła i stosunkowo dobrze znała serwowane w lokalu dania. Niestety była też nieco „nadopiekuńcza”. Wynikało to może z braku innych klientów, jednakże nader częste wizyty przy stoliku były dla nas męczące i wprowadzały w zakłopotanie. Pochwalam oferowanie świeżo zmielonego pieprzu czy parmezanu i pilnowanie kiedy ktoś skończył jeść. Dolewanie każdemu piwa do szklanek uznaję jednak za czynność całkowicie zbędną, a już w szczególności w lokalu o takim charakterze i przedziale cenowym.

Bo ceny, choć nieco wyższe (podkreślam – nieco) niż w większości łódzkich restauracji, nie były wcale wygórowane. Szczególnie jak na lokal Gesslerowej, po którym niektórzy spodziewaliby się pewnie wysokiego rachunku. Mnie przyszło zapłacić za zupę, spaghetti i duże piwo 44zł. Część osób naje się jednak samą pizzą czy pastą, za którą łącznie z napojem przyjdzie średnio zapłacić 25-30zł. Nagannym posunięciem ze strony lokalu jest jednak automatyczne wliczanie w rachunek napiwku dla kelnera w wysokości 10% wartości zamówienia bez względu na to, ile osób przyszło mu obsługiwać. Sam chciałbym decydować o wysokości napiwku i tym, czy obsługa w ogóle na niego zasłużyła.
Choć do Marcello podchodziłem z początku dość sceptycznie, to moja ostateczna opinia na temat lokalu jest pozytywna (nie każdy z kolacyjnego grona ją jednak podziela). Dobra lokalizacja, kapitalne wnętrza i smaczne jedzenie, wzięły górę nad nieco wyższymi cenami i nadgorliwą obsługą. Restaurację Gesslerowej można polecić zarówno na romantyczną kolację we dwoje, biznesowy lunch jak i rodzinny obiad. Nie jest to może kuchenna rewolucja, ale z pewnością ewolucja kulinarnej w Łodzi w dobrym kierunku. Buon appetito!

P.S. Aktualnie obowiązuje w Lidlu tydzień włoski. Wybrałem się dzisiaj na mały rekonesans, który zaowocował kupnem makaronów Pastalsole typu armoniche i sconcigli. Ten drugi zdążył już wylądować w zupie pomidorowej. Zdecydowałem się także na szynkę parmeńską i Grazzano Sprizz – aromatyzowany koktajl winopodobny o smaku gorzkiej pomarańczy. Doskonały w smaku - lekko gorzkawy i delikatnie musujący. Warto spróbować!

POLUB NAS RÓWNIEŻ NA FACEBOOK'U: Food Fetish po łódzku

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonych zdjęć lokalu, potraw i logo. Pochodzą one z oficjalnej strony internetowej lokalu. Więcej na: http://restauracjamarcello.pl/lodz/