Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Burgery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Burgery. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 stycznia 2014

MITMI Restobar Łódź

        Kolejny piątkowy lub sobotni wieczór? Po raz kolejny spotykasz się ze znajomymi pod Saspolem i po chwili zastanawiacie się gdzie uderzyć? Znowu wybieracie się na Off Piotrkowską, nową stolicę łódzkich lokali? Jeżeli tak, to dobrze trafiliście, dzisiaj bierzemy bowiem na warsztat kolejną stosunkowo nową restaurację tej części miasta. Zapraszamy do lektury recenzji MITMI Restobar :)
        Lokal sąsiaduje bezpośrednio z opisywaną wcześniej na blogu kawiarnią podróżniczą Daleko Blisko. Wejść do niego możemy zarówno od strony placu Off Piotrkowskiej jak i od Roosevelta. Podwójne wejście to wygoda dla klienta, ale i niekiedy nieprzyjemne przeciągi. No nic, coś za coś! W środku dominuje modna ostatnimi czasy surowa cegła, którą właściciele postanowili (podobnie jak belki stropowe) zachować w niezmienionym stanie na większości ścian. Dopełnieniem wnętrz są industrialne lampy, drewniane stoły z czarnymi, białymi i turkusowymi krzesłami i bar (również w drewnie) z tablicami, na których wypisano co ciekawsze z kulinarnych propozycji. Wszystko to dobrze ze sobą współgra, a pomimo swoistego minimalizmu i przewagi cegły wnętrza uznać można za ciepłe i przytulne.
        Zgodnie z zasadą "karta dań to nie książka telefoniczna" wybór pozycji w menu jest umiarkowany. Z pewnością każdy znajdzie tu coś dla siebie, choć kręcić nosem mogą nieco wegetarianie, dla których przygotowano raptem kilka pozycji. W MITMI możemy zjeść klasyczne śniadania – omlety, naleśniki, tosty czy jajka sadzone, modne przystawki – hummus, tapenady czy terrinę, serwowane z bagietką lub podpłomykiem własnego wypieku. Nie zabrakło również sałatek, zup i wszechobecnych burgerów. Są też sycące kanapki w stylu włoskim, w tym rewelacyjna porchetta, czy w końcu dania główne: kurczak z risotto i serem pleśniowym, kaczka malinowa, ale i steki z polędwicy lub łaty wołowej. Kartę wieńczą doskonałe desery i napoje, w tym alkoholowe. Przydałoby się tylko dodać informację o tym, czy dane wino jest wytrawne, słodkie, czy semi.
        Ceny potraw, choć nie są przesadnie wysokie, nie należą też do najniższych, szczególnie, gdy porównamy je do cen w innych lokalach Off Piotrkowska Center. W moim odczuciu, nieco tańsze mogłyby być sałatki, niektóre dania główne i burgery. Z drugiej strony, jakość jest w cenie, a w przypadku MITMI jest pod tym względem bardzo dobrze. Czas bowiem przejść do samych potraw. 
        Po trzech wizytach stwierdzam, że MITMI świetnie karmi :) Warto zapłacić każdą cenę za kanapkę z porchettą, czyli schabem z boczku z chrupiącą skórką, pieczonym przez bite 12 godzin i serwowanym z ziołami, konfiturą cebulową i glaze miodowo-musztardowym. Do tego miniaturowy słoiczek z piklami z curry. Zastanawiałem się czy MITMI samo wypieka bagietki i bułki do burgerów i kanapek. Po krótkiej rozmowie z kelnerką okazało się że nie, pieczywo pochodzi jednak z piekarni Montag. Taka współpraca na pewno wyszła obu partnerom na dobre, o kliencie już nie wspominając :) Wracając do potraw, dobre wrażenie zrobiła też na mnie winna wołowina podawana z makaronem pappardelle i warzywami. Wołowina mięciutka, wręcz rozpływająca się w ustach, makaron równie świetny, chciałbym jedynie poczuć w całym daniu ociupinę więcej wina :)
        Na oddzielny akapit zasługują desery. Fondant czekoladowo-kasztanowy jest wręcz obłędny. Podawany z musem jabłkowym i włosami z karmelu robi wrażenie! Dawno nie jadłem w żadnym lokalu tak dobrego deseru. Zastąpiłbym jedynie mus jabłkowy czymś innym, może sosem waniliowym? Crème brûlée również na wysokim poziomie. Wyrazisty krem, poprawnie skarmelizowany cukier, tworzący charakterystyczną dla tego deseru skorupkę i dodatki w postaci owoców, włosów karmelowych i bułeczki piernikowej, czynią ten smakołyk przyjemnym i fantazyjnym zwieńczeniem kolacji.
        Jeżeli już miałbym do czegoś w MITMI się doczepić, to byłby to w pierwszej kolejności sposób podawania niektórych dań. Serwowanie canelé na cienkim papierze polewanym dodatkowo śmietaną i musem jagodowym, nie dość że nie wygląda zbyt apetycznie, to jeszcze po chwili powoduje całkowite przemoknięcie tegoż papieru, jego rozdzieranie się i mieszanie z potrawą. Podobnie sprawa się ma w przypadku kanapek, podawanych w identyczny sposób, nie wspominając już o kanapce z kurczakiem serwowanym między dwiema warstwami macy/podpłomyka, przez co praktycznie nie da się go zjeść bez wysypania wnętrza na wspominany wcześniej nieapetyczny papier.
        Po drugie, wspomniane już wcześniej ceny, które niektórzy mogą uznać za zbyt wysokie. Podkreślić jednak muszę, że to, co przyszło mi w MITMI zjeść, warte było każdego grosza.
        Bez dwóch zdań – MITMI to świetna propozycja na kulinarny wypad ze znajomymi. Lokal na pewno wyróżnia się na tle offowej konkurencji znacznie lepszą jakością i kapitalnym smakiem serwowanych potraw, zaś schludne, przyjemne wnętrza i uśmiechnięta, atrakcyjna obsługa tym bardziej utwierdzają mnie w przekonaniu, że MITMI Restobar odwiedzę jeszcze nie raz!
POLUB NAS NA FACEBOOK'U: FOOD FETISH PO ŁÓDZKU
Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego w poście logo lokalu, pochodzi ono z oficjalnej strony restauracji MITMI

poniedziałek, 9 września 2013

Jerry's Burger Łódź - kolejna amerykańska flaga na łódzkiej ziemi

            Przy okazji ostatniej recenzji Byk Burgera, wspominałem o mającym niedługo nastąpić otwarciu kolejnej burgerowni, czyli Jerry'sBurger. Nowy lokal czynny jest już od ponad dwóch tygodni i choć ostatnimi czasy miałem burgerów po dziurki w nosie, w końcu postanowiłem wybrać się i do tej knajpki.
            Usytuowana przy ulicy Piotrkowskiej 85 restauracja z zewnątrz prezentuje się bardzo skromnie. Szyby oklejone folią ze wzorem szachownicy i neonowy napis Jerry's Burger. Miejsca starczyło jeszcze tylko na wywieszenie menu. Lokal do największych bowiem nie należy. W środku jest jednak o wiele ciekawiej niźli moglibyśmy się po witrynie spodziewać.
           W końcu mamy bowiem do czynienia z wnętrzem iście amerykańskim, a nie tylko zawierającym amerykańskie akcenty (vide American Bull w Manufakturze). Co więc znajdziemy w środku? Na podłodze czarno-białe kafelki, na pastelowych, błękitno-różowych ścianach liczne blaszane tabliczki ściągnięte ze Stanów, poza tym szklane gablotki wypełnione baseballowymi piłeczkami, kaskami, biretami akademickimi, maskotkami, piłkami do rugby i innymi akcesoriami zza oceanu. Usiąść przyjdzie nam na wygodnych, czerwonych, przeszywanych kanapach, przy prostych ladowych stolikach ze srebrnymi wstawkami. Nie mogło również zabraknąć otwartej kuchni wzdłuż której rozmieszczono barowe stołki. Na suficie chromowane wiatraki i, jako jedyne nie do końca pasujące mi do wnętrz, lampy w kształcie wielkich halogenów. Całokształt sprawia jednak bardzo dobre wrażenie, a o zbieżności z amerykańskimi lokalami pin-up lat 50' niech świadczy zdjęcie typowego amerykańskiego dinnera zestawione z Jerry's Burger. Prawda że podobnie?
               Pozytywnie zaskakuje również obsługa. Pomijając urodę dziewczyn, na plus zasługuje ich wpasowujący się w konwencję strój. Poza tym, kelnerki są miłe, uśmiechnięte i bardzo sprawnie obsługują stoliki. Na dania nie przyszło nam bowiem długo czekać, panie nie zapomniały też spytać o poziom wysmażenia burgerów, zaproponowały również rozdzielenie rachunków dla łatwiejszej rachuby. Tak trzymać!
              Czas zerknąć w menu. Karta dań jest przejrzysta i dobrze skomponowana. Pierwsze miejsce zajmują oczywiście burgery, a tych jest aż 14 do wyboru. Poza klasyką znalazły się takie ciekawe pozycje jak Aloha – z ananasem, żurawiną i serkiem kremowym, Bandito – czyli burger na ostro z papryczkami jalapeno, sosem chilli i czerwoną papryką, burgery z jajkiem sadzonym a nawet z puree z mango. Jest więc w czym wybierać. Nawet wegetarianie znajdą coś dla siebie, będą mogli bowiem spróbować burgera na bazie tofu albo cukinii. Pomijając burgery, w Jerrysie możemy także zjeść klasyczną jajecznię, omlety jak i naleśniki z sadzonym jajkiem i bekonem. Oddzielną grupę stanowią zaś pancakes'y na słodko. A na nich, czego dusza tylko zapragnie: Nutella, fluff, posypki, kakao, M&M's, mus jabłkowy i oczywiście nieśmiertelny syrop klonowy. Poza tym nabyć możemy kolby kukurydzy, krążki cebulowe i shake'i. Pomijając te ostatnie i sok aloesowy, propozycja napojów jest raczej klasyczna. Alkoholi nie uświadczymy wcale, jest za to kawa parzona w dzbankach z darmową dolewką :)
              Menu jest więc bogate i ciekawe, a jak ze smakiem? Również nieźle. Ja zdecydowałem się na średnio wysmażonego God Fathera, czyli burgera z suszonymi pomidorami, czarnymi oliwkami, parmezanem i rukolą, na deser wybrałem zaś pancakes'y z kakao i musem jabłkowym, do picia shake'a waniliowego. Burgery podawane są w specjalnych drewnianych koszyczkach – wygląda to bardzo fajnie, sam burger leży jednak na papierowych serwetkach, które nie są zbyt dobrym pomysłem. Szybko nasiąkają tłuszczem, zaczynają się drzeć i przyklejać bo bułki. Na szczęście smak burgerów rekompensuje tę niewygodę. Są one dużo lepsze od tego co miałem okazję skosztować w Ribs & Rings czy Byk Burgerze. Mięso jest co prawda nadmiernie spieczone z zewnątrz, w środku jednak takie, jakie je sobie zażyczyliśmy. W końcu lokal, w którym widać i czuć różnicę między burgerem średnio a dobrze wysmażonym (żałuję, że nie zrobiłem zdjęcia przekroju mięs). Do kupnej bułki już przywykłem i pomijając Drukarnię, w łódzkim burgerowniach w tym zakresie chyba niewiele się zmieniło. Reszta składników jest świeża i smaczna, a dobrze skomponowane sosy dodają całości konkretnego smaku. Burgery serwowane są z frytkami i sałatką coleslaw. Taka porcja każdego głodomora powinna zadowolić, mniej wymagający mogą zdecydować się na samego burgera bez zestawu płacąc wówczas za danie 3zł mniej. Frytki są poprawne, o ile lubicie miękkie a nie chrupiące, sałatka jest zaś chyba najsłabszym elementem układanki (wysuszona i mała porcja)
            Pozostałe dania również oceniam pozytywnie. Naleśniki są puszyste i bardzo sycące, a te serwowane z fluffem, Nutellą i M&Ms to po prostu niebo w gębie, bardzo słodkie niebo :) Skosztowałem też krążków cebulowych, o których nie mogę złego słowa powiedzieć. Sok aloesowy był zaś za słodki. Warto wspomnieć też o shake'ach. Ładnie podane i serwowane w wysokich szklankach, mogłyby jednak być nieco tańsze, bo w gruncie rzeczy, pojemność szklanek nie jest zbyt duża. Pomijając to, pozostałe ceny są bardzo rozsądne. Za burgera z zestawem przyjdzie nam zapłacić od 18 do 24zł, naleśniki to wydatek rzędu 10-15zł, shake kosztuje 10zł. Podsumowując, większość osób naje się i napije do syta za około 23-28zł.
            Reasumując, Jerry's Burger to bardzo ciekawa propozycja dla każdego głodomora. W knajpce jest zdecydowanie lepiej niż w Byk Burgerze czy Ribs & Rings, zastanawiam się czy nie lepiej nawet niż w American Bullu, mimo że Jerry's Burger nie serwuje steków. Patrząc na ilość polubień na oficjalnym profilu lokalu jak i ilość klientów w niedzielne popołudnie widzę zaś, że lokal przypadł do gustu nie tylko mnie, ale i sporej części łodziaków.
Zapraszamy do polubienia nas na Facebooku: https://www.facebook.com/foodfetishpolodzku

Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie, powielanie i wykorzystywanie zdjęć i tekstów bez zgody autora zabronione! Jednocześnie informuję, że nie posiadam praw autorskich do logo lokalu, pochodzi ono z oficjalnej strony restauracji: https://www.facebook.com/jerrysburger1

środa, 31 lipca 2013

Byk Burger Łódź - amerykański rozkwit na łódzkiej ziemi, czy oby na pewno?

      Na mapie rozkwitającej kulinarnie Łodzi przez długi czas brakowało miejsc, w których uraczono by konsumenta porządnym burgerem czy smakowitym stekiem. Jeszcze do niedawna, pytając przypadkowego przechodnia o lokal serwujący kuchnię amerykańską, skierowano by nas co najwyżej do mieszczącego się przy Placu Wolnośc Ribs & Rings, choć i tak większość ankietowanych wskazałaby nam najbliższą budkę z hot-dogami albo McDonalda. Ostatnio jednak, nowe knajpki serwujące burgery, pojawiają się niczym przysłowiowe grzyby po deszczu. Steków możemy skosztować w mieszczącym się w Manufakturze American Bullu, smakowicie wyglądają też burgery w Mega Burgerze. Zwolennicy Off Piotrkowskiej powinni wybrać się zaś do Drukarni.
       Od przeszło miesiąca funkcjonuje też ulokowany na ulicy Struga Byk Burger, który będzie tematem dzisiejszego wpisu. Wybrałem się do niego niecały tydzień po otwarciu, jak i w ostatni weekend w celu zweryfikowania mojej opinii z pierwszej wizyty. Usytuowanie w ścisłym centrum na modnej przecznicy Piotrkowskiej, niedaleko zamkniętej chwilowo Fermentacji czy pubu M-3, jak i długie godziny pracy powinny teoretycznie zagwarantować knajpce rzesze klientów. Byk Burger wydaje się idealnym miejscem na beeforek przed imprezą, czy szybki posiłek między kolejnymi dance floorami. Tym bardziej byłem więc zdziwiony gdy podczas piątkowych wizyt, raz o 19.00 raz o 22.00 lokal świecił pustkami.
      A przecież wnętrza prezentują się całkiem nieźle. Czerwone kanapy, ciemno-szare stoliki i krzesła, bardzo wysokie sufity i cegła na ścianach nadają restauracji typowego klimatu łódzkich loftów. Całość dopełnia ciepłe oświetlenie i bardzo fajne plakaty dobrze współgrające z charakterem lokalu. Jest więc schludnie, estetycznie i w miarę kameralne, na plus zasługuje też dobrze zaaranżowana łazienka i bar w centralnej części drugiej sali.
       So far, so good. Zerknijmy więc w menu. To podzielono na cztery działy:
1. Śniadania – tu znajdziemy takie pozycje jak jajecznica, francuskie croissanty , jajka sadzone z bekonem i kiełbaskami, czy omlet z czekoladą. Kawa lub herbata gratis! Ceny 10-20zł
2. Burgery – od classica poprzez cheese burgery, burgery z bekonem lub gorgonzolą, po Byk Burgera (dla prawdziwych byków). Ceny 17-33zł
3. Sałatki – tu dość standardowo cesar, nicejska, wegańska, wiejska, capresa – nazwy mówią same za siebie, ceny 15-23zł
4. Grillowane mięsa – króluje stek z Angusa, poza tym nabyć można Ribeye'a, karkówkę, czy grillowanego kurczaka. Stek z Angusa kosztuje 46zł, w porównaniu do konkurencji nie jest więc bardzo drogi.
       Poza tym, nabyć możemy sosy do mięs i frytki, małe lub duże w cenach odpowiednio 4zł i 6zł. Oferta karty dań jest więc umiarkowana, każdy powinien jednak znaleźć coś dla siebie, zarówno pod względem smaku jak i ceny.
       Obsłsuga teoretycznie bardzo miła, pozostawia jednak nieco do życzenia. Za pierwszym razem, nikogo z nas nie spytano o poziom wysmażenia burgerów, podczas drugiej wizyty pytanie to usłyszała tylko połowa z biesiadników. Po raz kolejny spotkaliśmy się też z sytuacją gdy kelnerka pytając czy smakowało, nie była przygotowana na słowa krytyki (bardzo delikatnej). Do obsługi wliczam też kucharzy, wspomnę więc w tym akapicie, że za pierwszym razem, mimo że w chwili zamawiania byliśmy jedynymi klientami, bardzo długo przyszło czekać nam na dania (prawie 45 min). Dziwi to tym bardziej, gdy wspomnę, że za drugim razem na zamówienie czekaliśmy niecałe 20 minut, skąd więc takie różnice w czasie? Do tego dochodzi jeszcze brak koncesji na alkohol (ponoć ma być). Na chwilę obecną na burgera przyjdzie nam jednak poczekać co najwyżej przy szklance coli... A przecież podczas otwarcia nie było problemów z kupnem piwa...
      A dania główne? Za pierwszym razem wybrałem Classic Burgera z małymi frytkami. Do frytek nie mam większych zastrzeżeń (były naprawdę dobre), do burgera już tak. Classic, choć apetycznie wygląda, nie jest zbyt duży. Jeżeli jesteście głodni a nie bierzecie frytek, decydujcie się na Byk Burgera lub chociaż Bekon Burgera. Mięso bardzo przeciętne, praktycznie bez smaku, wysmażone chyba zbyt szybko na dużym ogniu. Kotlet spieczony z zewnątrz w środku był niedosmażony. Poza tym brakowało mu wyrazistości, wołowina nie była praktycznie w ogóle przyprawiona. Sytuację mógłby jeszcze uratować jakiś dobry sos, ten jednak był równie mdły co mięso...Warzywa świeże i chrupiące. Bułka niestety kupna... Para która przyszła do lokalu po nas oddała swoje burgery do kuchni (nie wiem jednak z jakiego powodu).
      Podczas drugiej wizyty zdecydowałem się na większego i droższego Bekon Burgera. Tym razem zostałem zapytany o poziom wysmażenia a mięso zostało poddane prawidłowej obróbce termicznej ;) nadal jednak nie wyróżniało się pod względem smaku. Sytuację ratował wyłącznie chrupiący, smakowity bekon i ładnie usadzone jajko (choć osobiście preferuję bardziej ścięte żółtko). Może przydałoby się zaoferować klientowi sosy do burgerów do wyboru, na pewno ubarwiłyby one smak wołowiny.
      Podsumowując, Byk Burger nie zrobił na nas najlepszego wrażenia. Teoretycznie nie jest źle, dużo jednak jeszcze brakuje do przyzwoitego poziomu. Jeżeli nic się nie zmieni w zakresie koncesji na alkohol, obsługi i co najważniejsze smaku burgerów to lokal nadal będzie się cieszyć znikomą frekwencją. Na chwilę obecną, polecam wybrać się więc na burgery do American Bulla, lub wyczekiwać na otwarcie na Piotrkowskiej 85 Jerry's Burger, który poza burgerami i stekami ma też serwować puszyste amerykańskie naleśniki, shake'i i kawę parzoną w dzbankach. Normalnie, jak na filmach :)

POLUB NAS RÓWNIEŻ NA FACEBOOK'U: Food Fetish po łódzku

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego logo lokalu. Pochodzi ono ze strony Byk Burger

czwartek, 17 stycznia 2013

Ribs & Rings Łódź - Ameryki nie odkryjesz!



Kuchnia amerykańska chyba nigdy nie była zbyt popularna w naszym mieście. Nie mam oczywiście na myśli fastfoodowych, franczyzowych McDonald'sów czy Burger Kingów, a porządne knajpki gdzie można zjeść dobrze usmażony stek, grillowane żeberka czy porządnego burgera. Ostatnimi czasy sytuacja zmienia się na lepsze, tym razem będzie jednak o miejscu, które smakoszom potraw z USA znane jest pewnie od dawna. Mianowicie o Ribs & Rings mieszczącym się w Łodzi na Placu Wolności 12.
         Po dwóch wizytach, pozwolę sobie na kilka słów na temat lokalu. Umiejscowienie w ścisłym centrum miasta, estetyczna fasada budynku i działający w sezonie letnim, dobrze zaaranżowany „ogródek” zachęcają do odwiedzin. Wnętrza uderzają zaś intensywnością kolorów – głównie zieleni i czerwieni, takie barwy pokrywają bowiem wszystkie ściany. W praktyce wyróżnić możemy trzy pomieszczenia. Główne z całkiem przyjemnym, długim i dobrze zaopatrzonym barem i dwa w głębi. Na ścianach kilka czarno-białych zdjęć z amerykańskimi motywami. Cały wystrój określiłbym mianem poprawnego, jest czysto i estetycznie, brakuje jednak elementów które nadałyby temu miejscu jakiegoś ciekawego charakteru czy klimatu, szkoda...

       
         Karta dań zaskakuje swoją różnorodnością. Wchodząc możnaby się spodziewać głównie dań kuchni amerykańskiej, zaglądając jednak w menu, znajdziemy nie tylko stek T-bone, krążki cebulowe i szaszłyki, ale również śledzika w oliwie, żurek, rosół, pierogi, spaghetti, pizzę, kurczaka słodko-kwaśnego, rybę czy sushi (które trzeba zamówić dzień wcześniej). Z jednej strony przy takim rozwiązaniu każdy znajdzie coś dla siebie, z drugiej zaś liczyłem głównie na kuchnię ze Stanów, a taki misz-masz rodzi obawy o jakość i sposób przyrządzenia potraw.
          Na duży plus zasługuje pokaźny wybór napoi alkoholowych. Ribs & Rings okazuje się bowiem być dobrym miejscem na szybkie piwko lub wódeczkę. Bar, poza klasyczną ofertą, zbliżoną do większości lokali zaserwować nam może bowiem również takie specjały jak oryginalną, koszerną Śliwowicę Strykowską (72%) czy cydry X-Cider – warto spróbować!
          No dobrze, ale my chcemy coś zjeść. Pierwszy raz w lokalu byłem przeszło dwa lata temu – zamówiłem wówczas jednego z trzech pokaźnych burgerów do wyboru, który bardzo miło zaskoczył mnie swoim smakiem (kosztował ok. 12zł) Tym razem, do lokalu wybraliśmy się w kilka osób w sobotni wieczór . Po zajęciu miejsc, nie przyszedł nikt z obsługi, sami więc wzięliśmy karty, wybraliśmy co trzeba i udaliśmy się po zamówienia do baru uznając, że najwidoczniej specyfika lokalu nieco się zmieniła. W karcie widniał już tylko jeden burger – w cenie 6zł, czyli kolejne zmiany. Zdecydowałem się na niego z czystej chęci porównania (wziąłem dwa). Kumpel niemiło rozczarował się chcąc zamówić żeberka (Ribs) a następnie krążki cebulowe (Rings) – wszystko się ponoć akurat skończyło. Jak lokal specjalizujący się w tych daniach i mający je w swojej nazwie może nie być przygotowany na ich serwowanie w sobotę wieczorem...? Ostatecznie każdy zamówił po burgerze, a jedna osoba wybrała tortille z kurczakiem.

       
         Zajęliśmy stolik w sali za barem, łączący się z okienkiem kuchni przy którym wydawane są dania dla kelnerów. Po pewnym czasie kucharz zadzwonił dzwonkiem a w okienku pojawiły się nasze burgery, obsługa jednak nie podała ich do stolika, uznaliśmy więc że ten obowiązek należy do nas (szczególnie że za dania płaciliśmy z góry przy barze). Gdy podszedłem po odbiór talerzy, zdziwiony kucharz powiedział, że przecież wystarczyło poczekać aż kelner poda nam je do stołu...
         Same burgery były dobre, choć nie takie jak kiedyś. Na pewno smaczniejsze od tych z Maca czy Burger Kinga i warte swej ceny, jednak nie rewelacyjne. Mięso dobrze wysmażone, dodatki świeże, bułka oczywiście kupna. Z jednej strony liczyliśmy na więcej, z drugiej przy cenie 6zł za sztukę nie mięliśmy prawa spodziewać się idealnego burgera.
         Podsumowując, Ribs&Rings tym razem wypadło dość blado. Lokal kusi atrakcyjnymi cenami dań (najadłem się za 12zł), szybkim ich serwowaniem, ciekawą kartą alkoholi i dobrą lokalizacją, jednakże widać, że jego specyfika zmieniła się z restauracyjnej na bardziej barową. Obecnie to raczej miejsce na szybki, tani, przeciętny obiad, lunch czy snack podczas dnia czy przed imprezą niż na fajną posiadówkową kolację w gronie znajomych. Duży karniak należy się dodatkowo za praktycznie zerową obsługę naszego stolika i brak podstawowych pozycji z karty....Mam nadzieję, że była to sytuacja, która więcej się nie powtórzy, jej zaistnienie znacznie obniża jednak końcową ocenę restauracji. Jeżeli szukacie kuchni amerykańskiej na najwyższym poziomie, w Ribs & Rings jej niestety nie uświadczycie...

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego logo jak i zdjęć lokalu i potraw. Pochodzą one z oficjalnej strony restauracji. Więcej na: http://ribsandrings.com/