Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia europejska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia europejska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 stycznia 2014

Bawełna Łódź - nowy lokal w Manufakturze bez owijania!

       Choć restauracja Bawełna zaleca prać w 40 stopniach, my postanowiliśmy nie czekać do lata i przetestować ją już teraz. W jeden z ostatnich zimowych wieczorów, kiedy to temperatury dochodziły do minus 15º C wybraliśmy się do nowego lokalu, który zajął miejsce wysłużonego już klubu Paparazzi. Jakie zrobił na mnie i reszcie biesiadników wrażenie? Nie będziemy owijać w bawełnę, zapraszamy do lektury!
       Z zewnątrz praktycznie nic poza logo nie uległo zmianie, co jednak dziwić nie powinno. Wnętrza doczekały się zaś licznych modyfikacji. Na lokal składa się obecnie piwnica, parter i piętro. Piwnica? – zapytają stali bywalcy Paparazzi! Tak, tak – nowym właścicielom udało się bowiem odkopać i odgruzować starą przestrzeń piwniczną (plus za wystrój), która obecnie służy za salę dla palących. Gówna sala (nieciekawe szare ściany) znajduje się zaś na parterze, a w jej centrum ulokowano dużą, otwartą kuchnię, dzięki której klient może przyglądać się pracy obsługi przygotowującej nasze dania. Na piętrze mieści się zaś największe, podłużne pomieszczenie z barem na samym końcu. Tutaj przeważa odkryta, oryginalna cegła, nadająca sali typowo fabryczno-loftowego klimatu. Dopełnienie stanowią industrialne lampy i proste stoły z dębowymi blatami (te, przy których przyszło nam zasiąść strasznie się chybotały). Podsumowując, wystrój Bawełny jest prosty i raczej surowy - na pewno niezbyt odkrywczy, do czynienia mamy bowiem z tym, co spotkać można w innych lokalach – chociażby Drukarni czy MitMi, tyle że w Bawełnie brakuje nadal elementów, które nadałyby jej przestrzeni indywidualnego charakteru. Nie jest źle, mogłoby jednak być lepiej :)
       Sporej reorganizacji wymaga obsługa Bawełny. Kelnerzy nie wiedzieli, które miejsca dla nas zarezerwowali, przez przeszło 30 minut nikt nie podszedł z kartami dań do naszego stolika (czekaliśmy jeszcze na dwójkę znajomych, więc akurat tak nam to nie przeszkadzało), o karty musieliśmy jednak ostatecznie poprosić sami. Dania podawane były w sporych odstępach czasu, część osób dostała napoje, gdy już praktycznie kończyła swoje posiłki, a niektórzy z nas, gdyby nie interwencja, nie doczekaliby się ich wcale. Obsługa nie wiedziała jakie piwa ma obecnie na stanie, czarną herbatę zaserwowano nam w małych filiżankach od kawy o pojemności niespełna 120-150 ml... Oj dawno już nie uświadczyliśmy takiego bałaganu organizacyjnego. Sprawę mogłaby jeszcze ratować w pełni obłożona klientelą sala, ta jednak była w połowie pusta... Mam nadzieję, że takie sytuacje nie będą się powtarzać w przyszłości.
       Przejdźmy jednak do sedna i zerknijmy w menu. To również zaskakuje, w szczególności ilością oferowanych pozycji. Panuje obecnie moda na krótkie karty dań i tak też jest w przypadku Bawełny. Niestety, odliczając pizze, przystawki i desery, wybierać przyjdzie nam raptem między 10 daniami, spośród których ciężko było niejednemu z nas wybrać coś dla siebie... Lokal oferuje też dania spoza karty, np. małże w winie czy doradę z pieca, o tym przyjdzie nam jednak dowiedzieć się jedynie z tablicy wiszącej nad kuchnią na parterze, którą łatwo można przeoczyć kierując się do sali na piętrze (bądźcie więc czujni lub pytajcie o to obsługę). Mamy nadzieję, że wkrótce pojawią się w menu nowe pozycje. Ceny, choć nie są zbytnio wygórowane, są nieco wyższe niż w sporej części łódzkich lokali. Sałatka z łososiem – 24zł, deska serów i wędlin – 42zł, focaccia z pastami – 22zł, pizze od 20zł do 35zł (sos pomidorowy – 4zł!).
       Ostatecznie decydujemy się właśnie na pizze i makarony. Strozzapreti con tonno – czyli krótki, podobny do casareccia makaron z tuńczykiem, pomidorami i śmietanką zrobił na nas całkiem niezłe wrażenie. Makaron ugotowany al dente, sos wyrazisty i ładnie złamany smakiem tuńczyka. Porcja w sam raz dla dam, mężczyźni mogą się jednak nie najeść do syta. Pizze również niczego sobie. Cieniutkie, ładnie wypieczone i smaczne ciasto (niestety delikatnie przypalone spody), składniki wysokiej jakości, doskonałe, pikantne salami na pizzy Diavola. W moim odczuciu pizze, choć nie tak smaczne i korzystne cenowo jak te z Pomodoro, Piknik'u czy Gronowalskiego, warte są polecenia.
       Przechodząc do podsumowania, Bawełna wzbudziła w nas mieszane uczucia. Cieszyć może duża ilość miejsca, wydzielona sala dla palaczy, długie godziny pracy, możliwość przyjścia z psem, czy dodatkowe koncerty z muzyką na żywo. Wnętrza, choć poprawne, niczym jednak nie zaskakują, karta dań jest chwilowo zbyt uboga a niska jakość obsługi woła o pomstę do nieba. Pod tym względem byliśmy tak zniesmaczeni, że sprawy nie ratowało nawet całkiem dobre jedzenie. Nie pozostaje mi nic innego, jak mieć nadzieję, że niektóre wpadki wynikają z krótkiego czasu jaki minął od otwarcia restauracji. Na chwilę obecną Bawełna musi jeszcze sporo rzeczy dopracować. Mam nadzieję, że kolejne wizyty należeć będą do bardziej udanych (czego życzę sobie jak i właścicielom restauracji), szkoda bowiem żeby potencjał tego miejsca się zmarnował!

POLUB NAS NA FACEBOOK'U: FOOD FETISH PO ŁÓDZKU
EDIT z 10.03.2014: w ostatnich dniach ponownie wybrałem się w mniejszym gronie do Bawełny na szybką kawę i piwo. Tym razem obsługa nie zawiodła - obsłużono nas sprawnie i sympatycznie. W ogóle wydaje mi się, że lokal zatrudnił nieco więcej kelnerek do pomocy :) Na ścianach na piętrze zagościły też zdjęcia w antyramach a menu poszerzyło się o nowe pozycje :) Zmiany na plus!

sobota, 4 stycznia 2014

MITMI Restobar Łódź

        Kolejny piątkowy lub sobotni wieczór? Po raz kolejny spotykasz się ze znajomymi pod Saspolem i po chwili zastanawiacie się gdzie uderzyć? Znowu wybieracie się na Off Piotrkowską, nową stolicę łódzkich lokali? Jeżeli tak, to dobrze trafiliście, dzisiaj bierzemy bowiem na warsztat kolejną stosunkowo nową restaurację tej części miasta. Zapraszamy do lektury recenzji MITMI Restobar :)
        Lokal sąsiaduje bezpośrednio z opisywaną wcześniej na blogu kawiarnią podróżniczą Daleko Blisko. Wejść do niego możemy zarówno od strony placu Off Piotrkowskiej jak i od Roosevelta. Podwójne wejście to wygoda dla klienta, ale i niekiedy nieprzyjemne przeciągi. No nic, coś za coś! W środku dominuje modna ostatnimi czasy surowa cegła, którą właściciele postanowili (podobnie jak belki stropowe) zachować w niezmienionym stanie na większości ścian. Dopełnieniem wnętrz są industrialne lampy, drewniane stoły z czarnymi, białymi i turkusowymi krzesłami i bar (również w drewnie) z tablicami, na których wypisano co ciekawsze z kulinarnych propozycji. Wszystko to dobrze ze sobą współgra, a pomimo swoistego minimalizmu i przewagi cegły wnętrza uznać można za ciepłe i przytulne.
        Zgodnie z zasadą "karta dań to nie książka telefoniczna" wybór pozycji w menu jest umiarkowany. Z pewnością każdy znajdzie tu coś dla siebie, choć kręcić nosem mogą nieco wegetarianie, dla których przygotowano raptem kilka pozycji. W MITMI możemy zjeść klasyczne śniadania – omlety, naleśniki, tosty czy jajka sadzone, modne przystawki – hummus, tapenady czy terrinę, serwowane z bagietką lub podpłomykiem własnego wypieku. Nie zabrakło również sałatek, zup i wszechobecnych burgerów. Są też sycące kanapki w stylu włoskim, w tym rewelacyjna porchetta, czy w końcu dania główne: kurczak z risotto i serem pleśniowym, kaczka malinowa, ale i steki z polędwicy lub łaty wołowej. Kartę wieńczą doskonałe desery i napoje, w tym alkoholowe. Przydałoby się tylko dodać informację o tym, czy dane wino jest wytrawne, słodkie, czy semi.
        Ceny potraw, choć nie są przesadnie wysokie, nie należą też do najniższych, szczególnie, gdy porównamy je do cen w innych lokalach Off Piotrkowska Center. W moim odczuciu, nieco tańsze mogłyby być sałatki, niektóre dania główne i burgery. Z drugiej strony, jakość jest w cenie, a w przypadku MITMI jest pod tym względem bardzo dobrze. Czas bowiem przejść do samych potraw. 
        Po trzech wizytach stwierdzam, że MITMI świetnie karmi :) Warto zapłacić każdą cenę za kanapkę z porchettą, czyli schabem z boczku z chrupiącą skórką, pieczonym przez bite 12 godzin i serwowanym z ziołami, konfiturą cebulową i glaze miodowo-musztardowym. Do tego miniaturowy słoiczek z piklami z curry. Zastanawiałem się czy MITMI samo wypieka bagietki i bułki do burgerów i kanapek. Po krótkiej rozmowie z kelnerką okazało się że nie, pieczywo pochodzi jednak z piekarni Montag. Taka współpraca na pewno wyszła obu partnerom na dobre, o kliencie już nie wspominając :) Wracając do potraw, dobre wrażenie zrobiła też na mnie winna wołowina podawana z makaronem pappardelle i warzywami. Wołowina mięciutka, wręcz rozpływająca się w ustach, makaron równie świetny, chciałbym jedynie poczuć w całym daniu ociupinę więcej wina :)
        Na oddzielny akapit zasługują desery. Fondant czekoladowo-kasztanowy jest wręcz obłędny. Podawany z musem jabłkowym i włosami z karmelu robi wrażenie! Dawno nie jadłem w żadnym lokalu tak dobrego deseru. Zastąpiłbym jedynie mus jabłkowy czymś innym, może sosem waniliowym? Crème brûlée również na wysokim poziomie. Wyrazisty krem, poprawnie skarmelizowany cukier, tworzący charakterystyczną dla tego deseru skorupkę i dodatki w postaci owoców, włosów karmelowych i bułeczki piernikowej, czynią ten smakołyk przyjemnym i fantazyjnym zwieńczeniem kolacji.
        Jeżeli już miałbym do czegoś w MITMI się doczepić, to byłby to w pierwszej kolejności sposób podawania niektórych dań. Serwowanie canelé na cienkim papierze polewanym dodatkowo śmietaną i musem jagodowym, nie dość że nie wygląda zbyt apetycznie, to jeszcze po chwili powoduje całkowite przemoknięcie tegoż papieru, jego rozdzieranie się i mieszanie z potrawą. Podobnie sprawa się ma w przypadku kanapek, podawanych w identyczny sposób, nie wspominając już o kanapce z kurczakiem serwowanym między dwiema warstwami macy/podpłomyka, przez co praktycznie nie da się go zjeść bez wysypania wnętrza na wspominany wcześniej nieapetyczny papier.
        Po drugie, wspomniane już wcześniej ceny, które niektórzy mogą uznać za zbyt wysokie. Podkreślić jednak muszę, że to, co przyszło mi w MITMI zjeść, warte było każdego grosza.
        Bez dwóch zdań – MITMI to świetna propozycja na kulinarny wypad ze znajomymi. Lokal na pewno wyróżnia się na tle offowej konkurencji znacznie lepszą jakością i kapitalnym smakiem serwowanych potraw, zaś schludne, przyjemne wnętrza i uśmiechnięta, atrakcyjna obsługa tym bardziej utwierdzają mnie w przekonaniu, że MITMI Restobar odwiedzę jeszcze nie raz!
POLUB NAS NA FACEBOOK'U: FOOD FETISH PO ŁÓDZKU
Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego w poście logo lokalu, pochodzi ono z oficjalnej strony restauracji MITMI

niedziela, 7 kwietnia 2013

Mia Cucina Łódź - bo nadal kochamy włoskie knajpki!

                Patrząc na mapę łódzkich lokali i obecne trendy kulinarne ulicy wydawać mogłoby się, że miasto nie potrzebuje kolejnej restauracji specjalizującej się w kuchni włoskiej. Łodzianie coraz więcej eksperymentują, poszukują nowych smaków, a Ci, którzy mimo wszystko pragną dobrego spaghetti czy pizzy doskonale wiedzą gdzie się udać. Swoją pozycję ugruntowało już Pomodoro, Tari Bari, La Strada, Restauracja Gronowalski czy Bellanapoli. Z drugiej strony ciężka sytuacja Ristorante Doneda, tajemnicze zamknięcie Locandy (choć na lokalu wiszą już banery informujące o zmianach), czy świecące pustkami Marcello Magdy Gessler, tworzą lukę, w którą idealnie wpasowała się jednak nowo otwarta restauracja Mia Cucina (wł. Moja Kuchnia) mieszcząca się przy ulicy Wigury 13, nieopodal Galerii Łódzkiej. Co niektórzy z pewnością skojarzą adres z mieszczącą się tam wcześniej Prowokacją.
               Z zewnątrz lokal prezentuje się bardzo dobrze – odnowiona i odmalowana fasada, podświetlany szyld z ładnym logo i gablotka z menu zachęcają do wstąpienia. Wewnątrz przytulnie i bez zbędnego przepychu. Dominują beże na ścianach i brązy na podłogach; co jeszcze - wygodne krzesła i stoliki z charakterystycznymi obrusami w czerwoną kratę. Wzrok przykuwają zawieszone na murach drewniane okiennice ze zdjęciami uliczek i winnic Italii. Wieczorem przyjemne, ciepłe oświetlenie. Do wystroju naprawdę nie można mieć żadnych zastrzeżeń, choć ciężko też powiedzieć by był on wyjątkowy i nietuzinkowy. Dopełnieniem włoskiego klimatu jest sącząca się z głośników muzyka. W Mia Cucina z pewnością dobrze poczują się osoby nieco starsze, dla licealistów może być tam zbyt sztywno, bo w gruncie rzeczy, pod względem atmosfery, to taki lokal pośredni pomiędzy Pomodoro a Ristorante Doneda.
               Zerknijmy w kartę dań. Dominują klasyczne pozycje włoskiego menu. Przystawki w postaci bruschetty, carpaccio czy grillowanych warzyw, kilka sałatek i zup. Nie mogło zabraknąć makaronów, dań mięsnych i pizzy. Standardy przełamują jednak takie propozycje jak łosoś pieczony w wiśniach, czy pstrąg w sosie musztardowym. Polecić można również doskonałe herbaty Richmond. Ceny – bardzo umiarkowane, znajdziemy pozycje stosunkowo tanie jak i nieco droższe.  Sałatki kosztują średnio 15zł, zupy 10zł,  pasty i pizza między 20 a 25zł. Za obiad z napojem nie przyjdzie nam więc zapłacić więcej niż 30zł, koszt kolacji z przystawkami, deserem i kieliszkiem wina to wydatek rzędu 50zł.
               A czy dania warte są swej ceny? Ja skusiłem się na zupę – pomidorowe pole, pizzę funghi nobili z grzybami leśnymi i truflami i herbatę smakową Richmond – za wszystko zapłaciłem 42zł i był to w pełni uzasadniony wydatek. Krem z pomidorów był wyśmienity, podany z serem i ostrym Pesto, przyjemnie rozgrzewał i podrażniał kubki smakowe (lepszy jadłem tylko w Marcello). Pizza również nie budziła większych zastrzeżeń, praktycznie rzecz biorąc była tylko niewiele gorsza od tej w Pomodoro, choć trufle ciężko było mi w niej jednak wyczuć. Ciasto lekko kruche i niezbyt grube, składniki świeże, smaczna oliwa i oczywiście brak sosów. W skrócie – dobra, tradycyjna włoska pizza. Dania zamówione przez znajomych również im smakowały. 
               Moje zastrzeżenia budził jedynie łosoś pieczony w wiśniach serwowany z grillowanymi warzywami. Pięknie podany, pobudzał apetyt samym swoim wyglądem. W praktyce jednak połączenie smaku ryby ze słodką konfiturą wiśniową i warzywami zupełnie mi nie odpowiadało, podobnie koledze, który danie zamówił. Składniki, zamiast się ładnie komponować gryzły się ze sobą niemiłosiernie.
               Obsługa miła i zaangażowana. Co prawda byliśmy w Mia Cucina niecałe 2 tygodnie po jej otwarciu, trudno więc się spodziewać, by było inaczej. Mały minus za niedoinformowanie kelnerki. Na pytanie o wielkość pizzy usłyszałem po chwili namysłu odpowiedź, że jest tak duża, że zajmuje cały talerz :) Pozostaje mieć nadzieję, że z czasem zmieni się to na lepsze, a klient dowie się chociaż ile ten talerz ma centymetrów średnicy :) Pomimo małej wpadki obsłużeni byliśmy sprawnie, z uśmiechem i w miarę szybko.
               Podsumowując, Mia Cucina to przyjemna, mała knajpka, w której za rozsądną cenę przyjdzie nam smacznie zjeść specjały włoskiej kuchni. To dobre miejsce na niedzielny obiad, spokojną kolację w niewielkim gronie, czy romantyczne spotkanie we dwoje. Być może nie wszystkie dania stoją tu na tak samo dobrym poziomie, jeżeli nie nastawiacie się jednak na kuchenne rewolucje czy kuchnię autorską najwyższych lotów, lokal z pewnością przypadnie Wam do gustu. Wstąpcie i przekonajcie się sami. Buon appetito!

POLUB NAS RÓWNIEŻ NA FACEBOOK'U: Food Fetish po łódzku

           Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonego logo jak i zdjęć lokalu i potraw. Pochodzą one z oficjalnej strony restauracji. Więcej na: http://www.mia-cucina.pl/

niedziela, 16 grudnia 2012

Pomodoro Łódź - tradycyjna włoska pizza w centrum miasta



            Pomodoro to nowo otwarta pizzeria usytuowana w ścisłym centrum Łodzi, przy ulicy Rewolucji 1905 roku 4. Co niektórzy mogą kojarzyć adres z istniejącą do niedawna pod tym numerem pizzerią Etna. Zmienił się jednak właściciel, nazwa i specyfika lokalu – zamiast zwykłej pizzy, serwowana jest typowa pizza włoska, taka jak w Bella Napoli, Marcello czy Ristorante Doneda. Po starym lokalu został tylko nie do końca ciekawy wystrój.
            Pomalowane na czerwono ściany, proste stoliki z obrusami, parę półeczek z buteleczkami i bibelotami. Na tym koniec, to nieco za mało by powiedzieć, że miejsce jest przytulne czy estetyczne. Wystrój jest co najwyżej poprawny i kojarzy się bardziej z lokalem na osiedlu niż fajną knajpką w centrum miasta....szkoda. Na dodatek, podczas naszej wizyty, w restauracji było stosunkowo zimno. Zaletą jest otwarta kuchnia, dzięki której widzimy jak pizzerman, rodowity włoch Antonio zresztą, przyrządza nasze posiłki, przypiekając je później w prawdziwym piecu opalanym drewnem.
            W menu (po polsku i włosku), poza pizzą znalazło się parę sałatek, prostych przystawek, deserów i smażaków. Wybór jest więc dość przeciętny, choć przecież najbardziej liczy się pizza. Oferta tejże jest zaś bogata. Znalazły się nie tylko klasycznie pozycje znane z każdej pizzeri, lecz również pizze bianche, calzone jak i panozzi, czyli kanapki robione z ciasta na pizzę. Do picia: kawa, herbata, napoje na zimno, piwo i wino. Niestety, choć w lokalu byliśmy już jakieś 2 miesiące od otwarcia, właściciele nadal nie mieli koncesji na alkohol, zaproponowali jednak zakupy w pobliskim sklepie i z możliwością spożycia ich w lokalu :)
            Tu warto wspomnieć o obsłudze. Właścicielka jest bowiem bardzo miła, otwarta i żywiołowa, krząta się po knajpce jak po własnej kuchni, jest rozgadana i sympatyczna. Podobne wrażenie sprawia Antonio, który choć ledwo mówi po polsku, stara się z każdym nawiązać kontakt. Niektórym może to przeszkadzać, dla mnie było jednak miłym zaskoczeniem. Widać, że właściciele wkładają w serce to co robią, a robią to dobrze!
            Sama pizza, choć choć dla niektórych może wydać się nieco za droga, zasługuje na pochwałę. Składniki są świeże i w dużej mierze sprowadzane z Italii. Ciasto cienkie i bardo smaczne - niebo w gębie! Zdecydowanie, pod tym względem jest to jedna z lepszych pizzerii w mieście. Ja, klasycznie już zdecydowałem się na Diavolę i muszę przyznać, że właśnie takiej ostrości spodziewam się po daniach tego typu. Pizza jest pikantna, jednak na tyle, by poza ostrością czuć jeszcze pozostałe smaki (co nie zawsze zdarza się w innych lokalach). Skosztowałem również quattro formaggi znajomych - nie mam  żadnych zastrzeżeń! Większym głodomorom polecam zamówić cały placek, na mniejszy głód, najlepiej wybrać się we dwójkę - jedna pizza w zupełności wystarczy wówczas na dwie osoby. Nie przypadła mi do gustu jedynie oliwa – była zbyt gorzka, poprosiłem więc o inną, zaproponowano mi wersję na ostro – kapitalna, reszcie towarzyszy też przypadła do gustu.
            Pomodoro z pewnością szybko zyska rzeszę fanów. Dobra lokalizacja, miła obsługa i bardzo smaczna włoska pizza, dla wielu będzie wystarczającym argumentem by zostać stałym bywalcem knajpki. Drobne wpadki - zimno w środku czy brak koncesji na alkohol, a także wysoce nieprzemyślana aranżacja wnętrz, nie pozwalają mi jednak wystawić najwyżej oceny. Pomodoro wypada bardzo dobrze na tle licznych łódzkich pizzerii, do czołówki trochę jej jednak jeszcze brakuje. Jeżeli będziecie w okolicy, wstąpcie i przekonajcie się sami!

EDIT z 06.03.2014: Kolejne wizyty w Pomodoro utwierdziły nas tylko w przekonaniu, że Pomodoro to lokal oferujący jedną z najlepszych pizzy w naszym mieście :)

POLUB NAS RÓWNIEŻ NA FACEBOOK'U: Food Fetish po łódzku

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonych zdjęć i logo. Pochodzą one z oficjalnej strony internetowej lokalu. Więcej na https://www.facebook.com/pomodoropizza

poniedziałek, 29 października 2012

Restauracja Tulipan - czyli co oferuje osiedlowa Łódź


            Restauracja Tulipan z pewnością nie należy do czołówki znanych łódzkich lokali gastronomicznych, głównie za sprawą osiedlowej lokalizacji przy ulicy Wspólnej 6, jakieś 300 metrów od skrzyżowania ul. Zgierskiej z ul. Julianowską. Sam trafiłem tam tylko dlatego, że uczęszczam na zajęcia fotograficzne, które odbywają się nieopodal. Czy mimo takiego umiejscowienia warto się pofatygować do Tulipana na obiad lub kolację?
            Po dwóch wizytach mogę napisać co nieco. Lokal mieści się na dole typowego osiedlowego pawilonu handlowego. Nieopodal sklep spożywczy i długi murek, na którym, szczególnie w okresie letnim, lubią się wylegiwać żule z piwkiem. W około oczywiście bloki i troszkę zieleni. W dwóch słowach, lokalizacja taka sobie.
            Wnętrze odremontowane i schludne ogranicza się do jednej dużej sali z pomarańczowymi ścianami, ciemnymi kafelkami na podłodze i paskudnym zielonkawym sufitem z blachy... Proste stoły z obrusami i krzesła, rogowa, dość wygodna kanapa i nowoczesny sztuczny kominek z wyświetlaczem LCD. W skrócie estetyczny kicz. Mimo wszystko, szczególnie wieczorem (za sprawą przyjemnego oświetlenia) może tu być całkiem przytulnie, gorzej jednak w dzień.
            Menu umiarkowane zarówno pod względem ilości potraw jak i ich ceny. Jest taniej niż w większości restauracji w centrum, jednak nie aż tak tanio, jakby na osiedlową restauracyjkę przystało. Dla przykładu, makarony tańsze od tych z Locandy czy Marcello średnio o 2-3 zł, za to wyrabiane na miejscu, czego nie spodziewałem się po takim miejscu. Zaskakują również niektóre wyszukane pozycje z karty, między innymi polędwiczki wieprzowe w sosie kurkowym czy stek z rekina z sosem rumowym!
            Obsługa miła, sympatyczna i uśmiechnięta. Można się zakochać. Na dania nie przyjdzie też długo czekać. Podczas pierwszej wizyty nie byłem zbyt głodny, zamówiłem więc tylko zupę cebulową. Intensywna w smaku, bardzo rozgrzewająca, podana z grzanką zapieczoną z serem. Śmiało mogę powiedzieć, że przypadła mi do gustu, zarówno pod względem smaku jak i formy podania. W ten weekend zdecydowałem się zaś na spaghetti arrabiata. Skusiła mnie informacja o samodzielnym wykonywaniu makaronów, miałem poza tym ochotę porównać pastę do tej, którą jadłem u Gesslerowej w Marcello.
            Wcześniej jednak otrzymałem darmową przystawkę – mini bruschette z siekanym pomidorem i cebulą, polaną olejem balsamicznym. Miły dodatek, szkoda tylko, że farsz na pieczywie był taki zimny.
            Tulipanowa pasta wypadła niestety dość blado. Spaghetti bardzo grube, gdyby nie brak dziurki powiedziałbym, że to bucatini, - było po prostu przeciętne. Makaron dość kleisty a sos niezbyt wyrazisty w smaku. O ile w Marcello arrabiata była może ciutkę za ostra, to w Tulipanie na odwrót, danie nie było prawie w ogóle pikantne. Co gorsza, porcja niewielka, letnia a nie ciepła. Na domiar złego, w sosie trafiła mi się chrząstka z boczku...
            Drugą wizytę oceniam więc znacznie gorzej od pierwszej i suma sumarum, na temat restauracji mam mieszane odczucia. Jak na osiedlowy lokal, czy knajpkę na szybki obiad, gdy akurat jesteśmy w okolicy a nie mamy ochoty na pizzę czy inne fast foody, może być. Wiele osób decyduje się też pewnie na zorganizowanie tam spotkań rodzinnych z okazji chrzcin czy komunii, miejsca jest bowiem pod dostatkiem. Z pewnością jednak nie ma sensu wybierać się do Tulipana, jeżeli nie mieszkacie w okolicy. W centrum jest bowiem sporo lokali, w których za niewiele większe lub te same pieniądze można zjeść dużo smaczniej! No i czemu w logo nie ma kwiatka?

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonych zdjęć lokalu i logo. Pochodzą one z oficjalnej strony internetowej lokalu. Więcej na: http://www.tulipan-restauracja.pl/

środa, 24 października 2012

Marcello Łódź - kuchenna rewolucja w naszym mieście?

             Za co lubimy Włochów? Za pizzę i spaghetti rzecz jasna! I choć najlepsze włoskie dania przyszło mi zjeść nie w Italii a w znajdującej się pod wpływem kulinarnej kultury Włoch Rumunii to przyznać trzeba, że w Łodzi też można skosztować dobrej kuchni tego regionu. Czy to w Bellanapoli, Ristorante Doneda czy mojej ulubionej i stawianej za wzór restauracji - Locandzie. Jakiś czas temu na włoskiej mapie miasta zagościło również Marcello. Lokal interesujący i wart odwiedzenia nie tylko ze względu na dobrą lokalizację (Manufaktura) i kapitalny wystrój ale głównie z powodu jego właściciela, Magdy Gessler.
            Choć telewizji nie oglądam wcale i trudno wypowiadać mi się na temat samej pani Gessler (w przeciwieństwie do wielu osób w internecie), to mimo wszystko nazwisko zobowiązuje. Dlatego też jakiś czas temu wybrałem się z grupką znajomych na sobotnią kolację właśnie do Marcello. Naczytałem się wcześniej sporo negatywnych komentarzy na temat lokalu, moja ciekawość była więc tym większa. Świadomie jednak nie decydowałem się na wizytę zaraz po otwarciu, lepiej dać bowiem obsłudze i kuchni nieco czasu na stabilizację i zapuszczenie korzeni.
              Od wejścia przywitani zostaliśmy przez kelnerkę, która skierowała nas do zarezerwowanych stolików. Jak na restaurację tego formatu i weekendowy, jesienny wieczór, spodziewałem się sporej ilości klientów. Jakim zaskoczeniem okazała się więc niemalże pusta sala, w której przyszło nam spędzić najbliższe dwie godziny.
              Wystrój Marcello robi wrażenie. Wszystko jest przemyślane i idealnie ze sobą współgra. Lokal podzielony został na dwie przestronne sale, połączone wąskim, pięknie urządzonym przesmykiem. Wnętrza są jasne, perfekcyjnie oświetlone i przytulne. Zasiąść możemy na wygodnych krzesłach lub mini-sofach. Na ścianach wiszą setki czarno-białych zdjęć, w oknach i na stołach znajdziemy kwiaty. Sale urządzone są w podobnym stylu, na pierwszy rzut oka dostrzeżemy jednak sporo różnić. Część ścian stanowi bielona cegła, część pokryta jest pasiastą tapetą, na innych znów znajdziemy drewnianą oblicówkę. Dopełnienie sal stanowią estetyczne kredensy, lustra w masywnych ramach i równie obfite zasłony. Znalazł się także kącik dla dzieci. Ogólny wystrój restauracji kojarzyć może się ze skrzyżowaniem domku dla lalek z zadbaną chatką na wsi. Jeżeli mieliście okazję stołować się w Locandzie i LaVende, to Marcello pod względem designu jest mixem wnętrz tych właśnie dwóch lokali :) Brawo!
Czas zerknąć w menu. Ilość pozycji umiarkowana, jednak każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie. Mamy przekąski, zupy, sałatki, mięsa, ryby, a także to czego nie mogło zabraknąć we włoskiej knajpie – pasty, pizzę i risotto, choć to ostatnie tylko w dwóch odsłonach. Dopełnieniem karty jest bogata oferta alkoholi, z wieloma winami i szampanami (Dom Perignon na czele). Blado wypadły jednak piwa, do wyboru bowiem tylko Tyskie, Lech i Peroni.
Zamawiam toskańską zupę pomidorową i spaghetti all’arrabiata (ciągłe zamiłowanie do ostrych potraw). Inni biorą pizze, gnocchi i penne. Tego wieczoru zdecydowanie stawiamy na klasykę. Na dania nie przyjdzie nam długo czekać, pewnie dlatego, że w lokalu jest mało gości. Nie więcej niż po 20 minutach talerze trafiają na stół. Wcześniej dostajemy jednak miły dodatek w postaci darmowej przystawki – zapiekanego pieczywa, które idealnie współgra z moją zupą. Ta zresztą jest wyśmienita! Bardzo gęsta, w konsystencji zbliżona do przecieru pomidorowego, intensywna w smaku i rozgrzewająca. Świetna pozycja na chłodne, jesienne wieczory, szczególnie ze świeżo zmielonym pieprzem, który dodatkowo zaoferowała kelnerka. Gdyby komuś zabrakło pieczywa, może je sobie samemu dokroić w przejściu między salami (tradycja znana łodzianom chociażby ze wspomnianej już wcześniej Locandy).
Spaghetti, a dokładniej spaghettini również przypadło mi do gustu, choć już mniej niż zupa. Makaron taki jaki lubię - lekko al dente i niekleisty, a co najważniejsze ostry. Dla mnie w sam raz, obawiam się jednak, że dla osób o delikatniejszym podniebieniu może być za pikantny. Kelnerka zaproponowała też świeżo tarty parmezan, nie mogłem odmówić! Na koniec skosztowałem pizzy znajomych, specjału lokalu serwowanego z sosem śliwkowym, boczkiem, kiełbasą i mozarellą. Niewątpliwie ciekawe połączenie smaków, polecam je jednak wyłącznie osobom, które bardzo lubią suszone śliwki, reszta może być bowiem zawiedziona, kojarząc smak pizzy z wigilijnym kompotem... Po skończonym posiłku otrzymaliśmy jeszcze po darmowym kieliszeczku cytrynówki na lepsze trawienie.
Na koniec parę słów o cenach i obsłudze. Nasza kelnerka była miła i stosunkowo dobrze znała serwowane w lokalu dania. Niestety była też nieco „nadopiekuńcza”. Wynikało to może z braku innych klientów, jednakże nader częste wizyty przy stoliku były dla nas męczące i wprowadzały w zakłopotanie. Pochwalam oferowanie świeżo zmielonego pieprzu czy parmezanu i pilnowanie kiedy ktoś skończył jeść. Dolewanie każdemu piwa do szklanek uznaję jednak za czynność całkowicie zbędną, a już w szczególności w lokalu o takim charakterze i przedziale cenowym.

Bo ceny, choć nieco wyższe (podkreślam – nieco) niż w większości łódzkich restauracji, nie były wcale wygórowane. Szczególnie jak na lokal Gesslerowej, po którym niektórzy spodziewaliby się pewnie wysokiego rachunku. Mnie przyszło zapłacić za zupę, spaghetti i duże piwo 44zł. Część osób naje się jednak samą pizzą czy pastą, za którą łącznie z napojem przyjdzie średnio zapłacić 25-30zł. Nagannym posunięciem ze strony lokalu jest jednak automatyczne wliczanie w rachunek napiwku dla kelnera w wysokości 10% wartości zamówienia bez względu na to, ile osób przyszło mu obsługiwać. Sam chciałbym decydować o wysokości napiwku i tym, czy obsługa w ogóle na niego zasłużyła.
Choć do Marcello podchodziłem z początku dość sceptycznie, to moja ostateczna opinia na temat lokalu jest pozytywna (nie każdy z kolacyjnego grona ją jednak podziela). Dobra lokalizacja, kapitalne wnętrza i smaczne jedzenie, wzięły górę nad nieco wyższymi cenami i nadgorliwą obsługą. Restaurację Gesslerowej można polecić zarówno na romantyczną kolację we dwoje, biznesowy lunch jak i rodzinny obiad. Nie jest to może kuchenna rewolucja, ale z pewnością ewolucja kulinarnej w Łodzi w dobrym kierunku. Buon appetito!

P.S. Aktualnie obowiązuje w Lidlu tydzień włoski. Wybrałem się dzisiaj na mały rekonesans, który zaowocował kupnem makaronów Pastalsole typu armoniche i sconcigli. Ten drugi zdążył już wylądować w zupie pomidorowej. Zdecydowałem się także na szynkę parmeńską i Grazzano Sprizz – aromatyzowany koktajl winopodobny o smaku gorzkiej pomarańczy. Doskonały w smaku - lekko gorzkawy i delikatnie musujący. Warto spróbować!

POLUB NAS RÓWNIEŻ NA FACEBOOK'U: Food Fetish po łódzku

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonych zdjęć lokalu, potraw i logo. Pochodzą one z oficjalnej strony internetowej lokalu. Więcej na: http://restauracjamarcello.pl/lodz/

środa, 26 września 2012

Czy Grek Zorba odwiedziłby Kamari? - Czyli o łódzkiej restauracji serwującej śródziemnomorskie specjały


Kolejny wieczór kulinarny ze znajomymi przyszło mi spędzić w Kamari (www.restauracjakamari.pl), stosunkowo nowej restauracji, specjalizującej się tylko i wyłącznie w kuchni greckiej. Lokal usytuowany jest w samym sercu miasta, przy ulicy Piotrkowskiej 15. Dojechać możemy więc bez problemu komunikacją miejską jak i samochodem, ten przyjdzie nam jednak zostawić na Placu Wolności lub jednej z najbliższych restauracji przecznic – ulicy Rewolucji 1905 lub na Jaracza (za dnia mogą być problemy z miejscami parkingowymi).
Wnętrze prezentuje się bardzo okazale. Urządzone w greckim stylu, na szczęście bez zbędnego przepychu. Dominuje charakterystyczna biel połączona z intensywnym błękitem - zestawienie dobrze znane każdemu, kto choć raz odwiedził Grecję, a w szczególności zawitał na Santorini. Przyjemne oświetlenie, proste lecz wygodne krzesła, bardzo ciekawie zaaranżowana przestrzeń pod sufitem, zawieszone na ścianach niebieskie okiennice z dzbankami i butelkami, a także podłoga będąca połączeniem płytek i czarnych kamyczków ułożonych tak, by stanowić drogę przez cały lokal – wszystko to zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Taki wystrój sprawia, że w restauracji jest przytulnie i chciałoby się w niej zostać na dłużej. Z głośników sączy się grecka muzyka a dopełnieniem śródziemnomorskiego klimatu mógłby być już chyba tylko widok na morze i przechadzające się po lokalu koty :) Dodatkowymi atutami Kamari są: szybkie, darmowe wi-fi, schludna łazienka, klimatyzacja i ogrzewanie podłogowe.
           Plusem lokalu jest również miła i sprawna obsługa. Po zajęciu miejsc przyszła pani, która wręczyła nam karty dań. Wiedziała także kiedy byliśmy gotowi na złożenie zamówienia i potrafiła pomóc w wyborze pozycji kulinarnych. Menu jest stosunkowo obszerne, znalazły się w nim przystawki, zupy, typowe dania greckie, sałatki, ryby, makarony jak i mięsa z grilla. Są także mniejsze zestawy dla dzieci, desery i co istotne, potrawy z produktów bezglutenowych – brawo! Na uwagę zasługuje również szeroki wachlarz napojów alkoholowych z Mythosem, Metaxą i greckimi winami na czele.
Choć w Grecji byłem już dwa razy to kulinarnie zawsze kojarzyła mi się wyłącznie z fetą, oliwkami, sałatkami i gyrosem polanym jakże nielubianym przeze mnie tzatziki. Dlatego też z menu (www.restauracjakamari.pl/pl/menu) postanowiłem wybrać mniej znane pozycje. Przystawka – tomatokieftedes, czyli kotleciki warzywne w cieście z miętą posypane kozim serem, danie główne – giouvetsi, grillowany kurczak z makaronem w kształcie ryżu i świeżymi pomidorami. Inni zamawiają sery, gyrosy i szaszłyki drobiowe z dodatkami (frytki, ryż, pita, zapiekane ziemniaczki do wyboru w cenie dania głównego gratis)
Po chwili na stole zawitały zamówione przez nas napoje i szybka, darmowa przystawka – pieczywo opiekane z sosem tzatziki, miło. Niewiele później obsługa przynosi przystawki. Moje tomatokieftedes jest niestety bardzo przeciętne - ładnie podane, nie ma jednakże prawie w ogóle smaku. Nie czuć ani warzyw, ani mięty, ani ciasta piwnego, rozczarowany mogę porównać to do nieprzyprawionego placka ziemniaczanego - zdecydowanie odradzam. Skosztowałem jeszcze Halloumi, czyli grillowanego sera owczego koleżanki – o wiele lepsza przystawka od mojej.
Po zjedzeniu kelnerka sprząta talerze, a jakieś 5 minut później na stolik trafiają pierwsze główne dania (łączny czas oczekiwania na główne danie – ok. 15 minut). Pani zapomina niestety o nowych zestawach sztućców, na szczęście po delikatnym zwróceniu uwagi szybko je przynosi wraz z ostatnimi talerzami. Porcje są przeciętnej wielkości. Dla większości osób będą wystarczające, głodomorom polecam jednak zamówić przed głównym daniem jakąś zupę lub większą przystawkę. Moje giouvetsi było stosunkowo dobre, kurczak i ryż nie były rozgotowane, sos również mi smakował, ogólnie danie bardzo zbliżone w smaku do spaghetti napoli kurczakiem. Na widelec nadziałem także nieco gyrosu kolegi – tutaj niestety sytuacja jak z moją przystawką, jak dla mnie mięso, choć ładnie wypieczone i soczyste, było zdecydowanie za słabo doprawione. Skosztowałem także szaszłyku drobiowego znajomej – całkiem niezły, z pewnością lepiej przyprawiony niż gyros. Mięsa są serwowane z  tzatziki, który z pewnością ratuje sytuację, ja jednak nie przepadam za większością białych sosów.
Na zdjęciu po lewo moje danie - giouvetsi, po prawo szaszłyk drobiowy z ryżem i sosem tzatziki
Po zjedzeniu przyszedł czas na rachunek. Ten bez problemu mogliśmy rozdzielić na każdego z uczestników kolacji. Ceny w Kamari są umiarkowane. Większość dań głównych oscyluje w granicach 23-25zł, znajdą się jednak również dania tańsze i droższe, za drogie są zaś w moim odczuciu niektóre przystawki (w tym wybrana przeze mnie). Za kolację (przystawka + danie główne + Nestea)  przyszło mi zapłacić 33zł.
Słowem podsumowania, Kamari to ciekawa propozycja dla każdego, kto chce spróbować specjałów kuchni śródziemnomorskiej. Na duży plus zasługuje bardzo, ale to bardzo dobry wystrój wnętrz a także miła, fachowa obsługa, której nie można prawie nic zarzucić. Korzystne jest również ulokowanie restauracji w samym centrum Łodzi. Jeżeli chodzi o jedzenie, to większość osób z którymi odwiedziłem lokal nie miała do niego zastrzeżeń i stwierdziła, że w Kamari można smacznie zjeść. Osobiście nie do końca podzielam tę opinię, wolałbym bowiem by potrawy były lepiej doprawione i bardziej wyraziste w smaku (z czym zgodził się jeden z uczestników kolacji). Niektóre dania powinny być również nieco tańsze, szczególnie, że nie każdą pozycją z karty można się najeść do syta. Ogólnie jednak z Kamari wyszedłem zadowolony i pewnie dam restauracji jeszcze szansę by zaskoczyć mnie smakiem innych potraw z bogatego i ciekawego menu greckiej kuchni.    

                                           Ocena:                                                                 
Jedzenie: 5,5/10 - Wystrój: 8/10 - Obsługa: 7/10 - Jakość/cena: 6/10

Zdjęcia dań autorstwa własnego, zdjęcia wnętrza lokalu pochodzą z oficjalnej strony internetowej restauracji. Więcej na: www.restauracjakamari.pl

poniedziałek, 17 września 2012

Restauracja Montenegro Łódź – kulinarne Bałkany w centrum Polski



Zeszłoroczny urlop przyszło mi spędzić na ponad dwutygodniowym podróżowaniu po Serbii i Czarnogórze. Pomijając wspaniałe góry, urocze, malownicze miasteczka i ciepłe morze, miałem również przyjemność zapoznać się z tutejszą kuchnią regionalną. Bałkańskie przysmaki, choć nie należą do wyszukanych, przypadły mi do gustu. Po powrocie długo wspominałem wyśmienite sery, domową szynkę, przednie wina i klasyczne dania mięsne, takie jak cevapcici czy pljeskavicę. Dlatego też, w niecały miesiąc po przybyciu do kraju, zdecydowałem się odwiedzić Montenegro (http://montenegro.lodz.pl) – łódzki lokal serwujący typową kuchnię bałkańską. Od tego czasu w restauracji byłem już pięć razy, w tym również w ostatnią sobotę podczas większego spotkania ze znajomymi, mogę więc napisać kilka słów na temat moich odczuć związanych z tym miejscem.
            Lokal usytuowany jest w centrum miasta, przy ulicy Wólczańskiej 51 – naprzeciwko znanej wszystkim pubo-pizzerii Dwie Dłonie. Zaparkować można na niewielkim parkingu przed samą restauracją lub po drugiej stronie ulicy na wydzielonym pasie postojowym (niestety z parkometrem). Dojazd komunikacją miejską nie będzie stanowić problemu, wystarczy dojechać jakimkolwiek tramwajem lub autobusem na przystanek Kościuszki/Struga, knajpa znajduje się 5 minut pieszo od miejsca w którym wysiadamy z tramwaju.
Budynek nie prezentuje się zbyt okazale, jest zresztą dzielony między restaurację i inne instytucje. Na zewnątrz, w sezonie letnim, grill i duży parasol, mające stanowić namiastkę ogródka, niestety okolica mało ciekawa, w pobliżu ulica o średnim natężeniu ruchu i typowe dla miasta szare kamienice. Stąd, choć Montenegro odwiedzałem już kilkakrotnie, nie przyszło mi jeszcze zająć miejsca pod parasolem Żywca. Wewnątrz nieco lepiej, jednak do ideału sporo brakuje. Wystrój wzbudził we mnie bardzo mieszane uczucia. Przydałoby się więcej finezji, polotu i dobrego smaku, tak by miejsce to miało bardziej bałkański charakter. Na podłodze panele, na panelach zaś proste krzesła i stoły w kolorze bardzo ciemnego brązu, poprzykrywane białymi obrusami. Ściany pokryte lakierowanymi deskami w kolorze zbliżonym do koloru mebli. Wygląda to dość staroświecko i przygnębiająco, szczególnie gdy w lokalu prawie nikogo nie ma. W restauracji zawieszono kilka zdjęć i obrazków z Czarnogóry o niejednolitym charakterze i formie wykonania. Większe wrażenie robi jedynie północna ściana dużej sali pokryta kamieniem, będącym jednocześnie surowcem dla płaskorzeźby przedstawiającej monastyr Ostrog – wygląda to dość ciekawie. Obok kominek, który służy chyba jedynie za ozdobę, w środku znalazła się bowiem beczułka z czarnogórskim Vranaciem. Nieopodal stoi zaś mała, szklana i nieco tandetna gablotka z butelkami win. Po prawo przejście do drugiej, mniejszej sali, w której poza stolikami znalazł się również dość dobrze zaopatrzony bar. Toaleta na korytarzu, wspólna dla lokalu i innych instytucji w budynku kojarzy się z łazienkami szkolnymi - rzędy kabin, pisuary, ogólnie tak sobie. W restauracji jest także mała sala vipowska, która w sezonie letnim stanowi łącznik między ogródkiem a salą główną. Te właśnie miejsca przyszło nam zarezerwować (działa elektroniczna rezerwacja na stronie www) ostatniego wieczoru. Salka jest idealna na spotkania biznesowe, szczególnie że można ją zamknąć tak by odciąć się od ewentualnego gwaru głównej sali lub dla zwykłego zachowania prywatności spotkania. W sobotę wszystko było gotowe na nasze przyjście – stoliki były ładnie zastawione, na każdym znajdowały się sztućce, kieliszki do wina i wódki a także duże bordowo-beżowe serwetki.
Po zajęciu miejsc przyszła kelnerka, która przy okazji przeniosła do naszej sali wieszak na ubrania. Wręczono nam karty menu i spytano czy chcemy zamówić coś do picia. Poprosiliśmy o chwilkę czasu na podjęcie decyzji, czekaliśmy zresztą jeszcze na ostatnich znajomych. Jeżeli chodzi o napoje to ich wybór jest spory. Szczególne, jeżeli chodzi o napoje alkoholowe. W menu znalazły się bowiem zarówno wódki czyste i kolorowe, whisky, brandy, drinki jak i czarnogórskie wina i niestety już bardziej nam znane piwa, w tych ostatnich ciekawszą pozycją jest jedynie Paulaner w cenie 10zł na którego tego wieczoru się zdecydowałem. Wraz z napojami przybyła druga kelnerka, która zaproponowała nam półmiski z mieszanką grillowanych mięs Montenegro (1,5kg mięsa na półmisek). My jednakże odmówiliśmy i poprosiliśmy o jeszcze chwilę czasu na podjęcie decyzji. Menu jest bowiem dość obszerne. Najwięcej miejsca zajmują w nim właśnie mięsa, nie zabrakło jednak również ryb jak i licznych sałatek, znalazły się także przekąski na zimno i ciepło, desery i ciorby, czyli zupy bałkańskie.
Jako, że w Montenegro byłem już kilka razy, miałem przyjemność skosztować klasycznego cevapcici, czyli grillowanych paluchów z mięsa siekanego, podobnych nieco do naszego kotleta mielonego, zarówno pod względem popularności tego dania w Czarnogórze jak i jego dość zbliżonego do naszego kotleta smaku. Jadłem także pljeskavicę (bryzol) w wersji klasycznej, na ostro jak i z dodatkiem sera i szynki. Większość dań dostępna jest w dwóch cenach. Niższa oznacza mniejszą porcję. Dla przykładu, typowe cevapi z frytkami lub ziemniakami (te bowiem są wliczane w cenę) kosztuje 15zł lub 21zł w zależności od wielkości dania, przy czym na uwadze należy mieć fakt, że małe porcje są w rzeczywistości dość obszerne, o dużych nawet nie wspomnę. Choć jestem facetem, zawsze w pełni najadam się małą porcją do której dodatkowo biorę bukiet surówek. Do mięs dodawany jest także w osobnych miseczkach biały i czerwony sos. Jak widać cena takich dań jest więc bardzo atrakcyjna – pamiętać jednak należy, że cevapcici czy pljeskavia nie są zbyt wyszukane pod względem smaku czy formy – to raczej odpowiednik naszego schabowego, czy mielonego z ziemniakami – swoisty must-eat kuchni bałkańskiej Jeżeli wasze podniebienia szukają bardziej wyrafinowanego połączenia składników, radzę jednak wybierać inne pozycje z karty (menu dostępne pod adresem http://tnij.com/dcdUt) Ja zdecydowałem się na papryczki faszerowane serem na ostro i sałatkę serbską. Reszta znajomych postawiła na bardziej klasyczne dania mięsne. Przy okazji spytaliśmy czy istnieje możliwość by każdy zapłacił osobno za siebie, jest to bowiem rozwiązanie wygodne dla klienta w przypadku większej grupy osób. Dla obsługi chyba już nie, gdyż pani powiedziała, że lepiej jeżeli dostaniemy jeden wspólny rachunek, gdyż nie pamięta już kto jaki napój zamawiał. Ostatnio w Le Loft nie było z tym żadnych problemów, więc jak to mówią - dla chcącego nic trudnego...Minus dla obsługi. Po zebraniu zamówień zajęliśmy się rozmową. Po paru minutach wróciła kelnerka by dopytać o jedno z zamawianych dań, nic dziwnego, zdarza się coś przeoczyć.
Po mniej więcej 20-25 minutach zaczęto podawać nasze zamówienia. Tu mała uwaga, podczas wcześniejszych wizyt zawsze czekałem na danie maksymalnie 15 minut, tym razem czas się wydłużył ze względu na serwowanie posiłku ośmiu osobom jednocześnie. Dokładniej zaś siedmiu, okazało się bowiem, iż mimo wcześniejszego dopytywania o jedno z dań, kelnerka w ogóle go nie spisała lub zapomniała przekazać zamówienie do kuchni. Naszej znajomej przyszło więc poczekać na swoją porcję chwilę dłużej (na szczęście raptem 5-7 minut), mimo wszystko obsługa zarabia tego wieczoru drugiego minusa. Szkoda, gdyż wszystkie moje wcześniejsze wizyty były pod tym względem nienaganne.
Dania, tak jak pisałem wcześniej, są dość duże, czym każdy jest miło zaskoczony. Na stole ląduje jednak tylko jeden zestaw sosów, powinny być zaś minimum trzy, gdyż poza mną praktycznie każdy zamówił mięsa. Biorę się za jedzenie. Papryczki faszerowane są rewelacyjne! Serwowane na zimno, choć wstępnie chyba podpiekane, zachwycają swoją miękkością i smakiem nadzienia. Ser jest dość pikantny, jednocześnie rozpływa się w ustach. Zdecydowanie polecam. Sałatka serbska nie zrobiła już na mnie tak dużego wrażenia. To zwykła kompozycja pomidora, cebuli, ogórka, papryczek i oliwy. Czuć, że wszystkie składniki są świeże i za to należy się plus, dodano jednak nieco zbyt dużo octu winnego. Jednym może to odpowiadać, innym nie. Ja preferowałbym nieco delikatniejszy smak. A co sądzi reszta o swoich daniach? Większość jest w miarę zadowolona, choć jedna koleżanka dostaje niestety lekko niedopieczone cevapcici, drugiej zaś brakuje w smaku mięsa wyrazistości, werdykt – powinno być lepiej i mocniej doprawione. Ja akurat na mięsa nie mogłem nigdy narzekać, ale jak wiadomo, o gustach się nie dyskutuje. Tak jak wspominałem wcześniej, trzeba mieć na uwadze, że zarówno cevapcici jak i bryzol w formie podstawowej nie są zbyt wyszukanymi daniami.
Pomimo już przepełnionego żołądka zamawiam deser – banana pieczonego w koniaku z bitą śmietaną. Poza mną na słodkości decydują się jeszcze dwie osoby, na stół trafi więc również baklava. Banan był smaczny, mam jednak wątpliwości czy faktycznie pieczono go w koniaku, spodziewałem się że będzie nim między innymi polany lub chociaż wyczuję alkohol w smaku, tak się jednak nie stało. Deser był za to estetycznie podany – przyozdobiony bitą śmietaną i polany obficie płynną czekoladą, o czym o dziwo nie wspomina menu. Może więc całkowicie zastąpiono koniak czekoladą?
Dodam jeszcze, że od godziny 20.00 w piątki i soboty, co nie ominęło i nas, posłuchać można na żywo bałkańskiej muzyki. W głównej sali występuje bowiem wówczas duet wokalno-gitarowy, który z pewnością umili chwile spędzone przy stoliku.
Za kolację dla 8 osób przyszło nam ostatecznie zapłacić 293zł, rachunek podano w porcelanowej szkatułce wypełnionej cukierkami, miły gest na zakończenie kulinarnego wieczoru. Ostateczna kwota widniejąca na paragonie nie była wg mnie wygórowana. Poza głównymi daniami kilka osób zamówiło bowiem dodatki, desery, czy droższe piwa. Dla porównania, podczas jednej z wcześniejszych wizyt w tej restauracji przyszło mi zapłacić 44zł za dwa dania z frytkami i bukietami surówek + napoje. Trzeba przyznać, że 22zł za obfity, stosunkowo smaczny obiad to niewiele.
Rekapitulując, restaurację Montenegro oceniam raczej pozytywnie, choć niestety lokal nie ustrzegł się również kilku błędów. Zdecydowanie nie przypadł mi do gustu ogródek jak i trochę staroświecki, nieprzemyślany wystrój wnętrz. Także obsługa, choć tylko podczas jednej z pięciu wizyt, nie spisała się na medal. Brak możliwości rozdzielenia rachunku na każdego z biesiadników można jeszcze pominąć, gorzej z przeoczeniem jednego z zamówień. No cóż, za błędy się płaci, w najlepszym wypadku mniejszym napiwkiem lub jego brakiem. Po stronie plusów wskazać należy bardzo korzystne ceny oferowanych dań, bogate menu, duże porcje i dość dobrą lokalizację. Co do samego jedzenia – opinie uczestników ostatniego wieczoru były podzielone. Ja raczej się nie zawiodłem, zarówno teraz jak i wcześniej. W Montenegro można bowiem dość tanio i smacznie najeść się do syta, co ważniejsze, mało który lokal w Łodzi ma w swojej ofercie dania bałkańskie, Montenegro ma ich zaś bez liku. Restauracja będzie dobrym miejscem na niedzielny obiad z rodziną, spotkanie we dwoje czy wieczór w nieco większym gronie znajomych.

Ocena:
Jedzenie: 6,5/10
Wystrój: 4/10
Obsługa: 6/10
Jakość/cena: 8/10

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonych zdjęć. Pochodzą one z oficjalnej strony internetowej lokalu. Więcej na: http://montenegro.lodz.pl

poniedziałek, 10 września 2012

Łódź Le Loft Cafe Restaurant, czyli loft na każdą kieszeń



          W ostatnią sobotę postanowiłem wybrać się z grupką przyjaciół do kolejnej z licznych, nowych łódzkich restauracji. Tym razem padło na Le Loft Cafe Restaurant (strona lokalu) mieszczącą się przy skrzyżowaniu ulic Tymienieckiego i Kilińskiego, czyli kilka minut pieszo od ścisłego centrum miasta. Nazwa lokalu nie przypadkowa, wiąże się bowiem bezpośrednio ze stojącymi nieopodal łódzkimi loftami. Dojazd nieskomplikowany, szczególnie gdy na miejsce wybierzemy się samochodem - zaparkować trzeba będzie jednak na chodniku przed lokalem. Z centrum dojechać można także jakimkolwiek tramwajem jadącym ulicą Kilińskiego, usytuowanie Le Loft nie powinno więc nikomu przeszkodzić w odwiedzeniu tego bądź co bądź ciekawego punktu na kulinarnej mapie Łodzi.
            Z zewnątrz lokal nie prezentuje się zbyt okazale, mamy bowiem do czynienia z przeciętną, szarą łódzką kamienicą. Przydałoby się pomalować elewację i dodać jej nieco życia. Cieszą zaś nowe okna i estetyczny murek z czerwonej cegły za którym kryje się miniaturowy ogródek z 3-4 malutkimi stoliczkami, latem można więc wypić kawę i przekąsić rogalika na świeżym powietrzu. Szkoda tylko, że okolica niezbyt okazała, choć parę drzew się znajdzie, tramwaj wzdłuż Kilińskiego też przejedzie.
            Wnętrze prezentuje się dużo lepiej, wyglądem nawiązuje do łódzkich loftów, nie mogło więc zabraknąć ścian z charakterystycznej czerwonej cegły. Na podłodze panele, na ścianach zdjęcia z dalekich zakątków naszego globu. Zasiąść zaś możemy przy niższych kawiarnianych stolikach na niewielkich sofach lub przy prostych obiadowych, drewnianych stołach. Wszystko ładnie ze sobą współgra, w restauracji jest czysto, schludnie, przyjemnie i w miarę nowocześnie, nie zaryzykowałbym jednak stwierdzenia że przytulnie. Nie jest to raczej lokal do dłuższego przesiadywania ze znajomymi przy kolejnym piwie lub kawie, a miejsce w którym możemy w spokoju zjeść lunch czy wypić kawkę i ruszać dalej. Le Loft jest przystankiem na drodze, nie punktem docelowym wieczoru. Na dłuższą metę może bowiem męczyć nieco zbyt jasne oświetlenie i niezbyt wygodne, proste krzesełka obiadowych stołów przy których przyszło nam zasiąść.
            Po chwili, nieco zbyt krótkiej, przy stoliku pojawiła się miła kelnerka, która zebrała zamówienia od większości naszej ekipy – w pośpiechu nikt nie zamówił nic do picia, kelnerka też o to nie spytała. Ja zaś potrzebowałem jeszcze chwilę na wybór dania z karty.
            Menu, podobnie jak wystrój wnętrz jest proste i przejrzyste. Pozycji nie ma może zbyt wielu, są one jednak na tyle zróżnicowane, że z pewnością każdy znajdzie tu coś dla siebie, zarówno pod względem smaku jak i ceny. Ta ostatnia nie jest bowiem wygórowana. Za ciepłą ciabattę z indykiem i rukolą przyjdzie nam zapłacić 6,50zł, pasty to wydatek rzędu 15-16zł, sałatki nie przekraczają 12zł za porcję, najdroższe zresztą danie - polędwiczki wieprzowe z pieca z czarnym pieprzem, kosztuje 25zł, brawo! Całe menu widoczne pod adresem - http://www.leloft.pl/menu/ Warto dodać, iż Le Loft reklamuje się jako lokal oferujący zdrowe posiłki – bez ulepszaczy i konserwantów. Kolejną zaletą jest obszerna jak na takie miejsce karta win i ciekawe propozycje dla smakoszy piwa. Nie uświadczymy bowiem, i Bogu dzięki, Lecha, Żywca czy Warki a Bernarda i Raciborskie w licznych odmianach, również owocowe czy bezalkoholowe, a wszystko to w rozsądnych cenach.
            Wracając jednak do meritum, czyli dań które zamówiliśmy. Ja zdecydowałem się na pastę z oliwą z oliwek, czosnkiem, czarnym pieprzem, kaparami i płatkami łososia na parze + Nestea. Dodatkowym atutem Le Loft jest możliwość wybrania rodzaju makaronu bez względu na formę jego podania. Wybrałem pappardelle. Znajomi zamówili zaś sałatkę marokańską i kuskus po arabsku. Pierwsze na stół trafiły sałatki – porcje były stosunkowo duże i wyglądały apetycznie, następnie pojawił się kuskus, na sam koniec zaś makaron. Ogólny czas oczekiwania to około 15-20 minut, całkiem nieźle.
            Moja porcja była stosunkowo duża (ponad dwukrotnie większa niż porcje pasty serwowane w Locandzie) i dzięki estetycznej formie podania prezentowała się wyśmienicie, zapach również robił swoje. Jak było jednak ze smakiem? Już nieco gorzej. Makaron był idealnej twardości, jednak zbyt suchy i jednocześnie kleisty. Zdecydowanie zabrakło większej ilości oliwy, tej nie znalazłem niestety na stole, nie podano mi jej również do dania. Żałuję, że nie pofatygowałem się do kelnerki i o nią nie poprosiłem, wówczas jednak nie przyszło mi to do głowy. Pomijając to, pasta mogłaby być nieco mocniej przyprawiona, w rezultacie bowiem smak całego dania sprowadzał się do smaku łososia, któremu nie mogę nic zarzucić, moje podniebienie spodziewało się jednak bardziej urozmaiconej kompozycji.
            Nie próbowałem porcji znajomych. Ich odczucia co do smaku dań były pozytywne jednak również bez przesadnego ach i och. Po zjedzeniu i zabraniu talerzy przez kelnerkę posiedzieliśmy jeszcze chwilę i porozmawialiśmy po czym każdy oddzielnie zapłacił za swoje danie. Przed wyjściem udałem się jeszcze do łazienki - schludnie i przyjemnie, zero zastrzeżeń.
            Podsumowując, Le Loft to ciekawa propozycja dla osób, które chcą wypróbować miejsce nieco oddalone od kulinarnego centrum miasta. Reszta raczej nie ma potrzeby specjalnie się tam fatygować. Restauracja jest doskonałym lokalem na szybkie śniadanie, lunch zaraz po pracy, czy niezobowiązujące spotkanie biznesowe. Odradzam jednak umawiać się tam na dłuższe i większe meetingi towarzyskie czy romantyczną kolację we dwoje. Ceny umiarkowane, adekwatne do poziomu obsługi i smaku dań. Choć z pewnością nie będę stałym bywalcem Le Loft, to mam zamiar jeszcze raz tam zawitać i skosztować filetu z dorsza w sosie cytrynowym. Dam znać jak było! Smacznego!

Ocena:
Jedzenie: 6/10
Wystrój: 6/10
Obsługa: 7/10
Jakość/cena: 7/10  

Nie posiadam praw autorskich do zamieszczonych zdjęć. Pochodzą one z oficjalnej strony internetowej lokalu. Więcej na: http://www.leloft.pl/